wtorek, 7 sierpnia 2012

Taniec Słońca


Wyrzeczenia, umartwianie się czy udręki wiążące się tak często z indiańskimi tańcami są ofiarą składaną mocom, którym poświęcony jest taniec. W Ameryce Północnej ofiara taka osiągnęła szczytowy wyraz w Tańcu Słońca. Rytuał związany z tym tańcem był najważniejszym obrzędem przystosowanym do zmieniającej się sytuacji ekonomicznej plemion Prerii i Równin, w którym – podobnie jak i w wierzeniach Indian tego obszaru – odnajdujemy ślady kultów agrarnych.
Tahca Ushte (Lame Deer – Kulawy Jeleń), czarownik Dakotów, pisze w swej książce pod tym samym tytułem, że Taniec Słońca jest najstarszą i najbardziej uroczystą z wielkich ceremonii. Uważa on tę ofiarę za oddanie się pod opiekę Wakan Tanka. Możliwe, że pierwotnie był to także rytuał płodności. Stanowi on tylko część wielkich dorocznych obrzędów, których przedmiotem jest ustąpienie Wielkiego Potopu, taniec bizona i ceremonia wtajemniczenia młodzieży, połączone w jedną całość.
Głównym celem tej uniwersalnej i charakterystycznej dla Indian Prerii i Równin uroczystości było duchowe i cielesne oczyszczenie przez torturowanie samego siebie, a sama tortura pewnego rodzaju samogloryfikowaniem się jednostki, przez co taniec wyrażał indywidualny stosunek Indian do sił najwyższych. Był to taniec umierającego i na nowo ożywającego słońca, taniec umierającej i odradzającej się siły męskiej, taniec dziękczynienia i ofiary składanej gwiazdom.
Sama ceremonia i częstotliwość jej wykonywania były różne w różnych plemionach. U jednych ludów Taniec Słońca wykonywano bardzo rzadko, u innych zaś gromadziła całe plemię raz na rok. Stanowiła ona najważniejsze wydarzenie dla tysięcy osób w czasie letniego przesilenia. Do tej ceremonii przygotowywano się przez cały rok. Organizowano ją przed rozpoczęciem polowań na bizony, kiedy preria obficie pokrywała się trawą i nie było kłopotów ze zdobyciem pożywienia.
Szczytowy rozwój Taniec Słońca przypadał na początek XIX w. i był związany z rozkwitem kultury Wielkich Równin. Obrzędu dokonywało około dwudziestu plemion Prerii. Wiadomo, że istniał on wśród plemion Arapaho, Cheyenne, Siksika, Cree, Dakota, Assiniboin, Mandan, Crow, Ponca, Omaha, Shoshoni, Ute, nie spotykano go jedynie u Paunisów i Wichite oraz u kilku południowych plemion z rodziny Sju. Szczególnie dużą wagę do obrzędu Tańca Słońca przywiązywali Dakotowie, Czejenowie i Arapahowie.
W celu odbycia ceremonii Tańca Słońca w określonym miejscu zbierało się całe plemię, co dawało poczucie jedności, umożliwiało zawieranie znajomości wśród młodzieży oraz wskazywało na siłę zjednoczonego w swym kole plemienia. W zwykłych obozach, w codziennym życiu, Dakotowie ustawiali tipi w równoległych szeregach, z wejściami do namiotu skierowanymi na wschód. Natomiast podczas uroczystości Tańca Słońca obóz rozbijano w kształcie dużego kręgu, do którego środka zwrócone były otwory wejściowe. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie organizacji plemiennej, gdzie wszyscy byli sobie równi, a także wzmacniało poczucie wspólnoty. Każdy ród miał swoje wyznaczone miejsce dla rozbijania tipi.
Według powszechnego zwyczaju obóz założony na obrzędy Tańca Słońca nie był nigdy atakowany nawet przez wrogie plemiona. Wszyscy czuli się wtedy całkowicie bezpieczni. Wokół obozu nie rozstawiano straży, ani nie wysyłano zwiadowców. Był to czas powszechnego zawieszenia broni.
O zgromadzeniu w celu odbycia Tańca Słońca w czerwcu 1876 r. tak mówił Siedzący Byk w rozmowie z księdzem Genin: „Nie przybyliśmy tam, by walczyć. Zabraliśmy ze sobą kobiety i dzieci. Chcielismy spotkania wszystkich plemion całego regionu, żeby ustanawiać prawa, zawierać rozejmy, odwiedzać się nawzajem, by umożliwić młodzieży poznanie się, co sprzyja zawieraniu małżeństw. Spotkaliśmy się, tak jak czynili to od pokoleń nasi ojcowie”.
W centrum obozu wznoszono duże tipi. W nim to specjalnie wybrani wojownicy przygotowywali sprzęty liturgiczne, ćwiczyli się w pieśniach, szamani wyjaśniali im znaczenie zbliżającej się uroczystości. Pozostali członkowie plemienia dzielili się na grupy, które zbierały drzewo dla wzniesienia specjalnej konstrukcji. Wokół niej odbywały się ceremonie religijne. Przygotowywano żywność na osiem-dziewięć dni. Niektóre potrawy miały również znaczenie rytualne. Myśliwi zdobywali nową skórę bizonią.
Ceremonie dzieliły się na tajne – dla wtajemniczonych, i publiczne, w których brało udział całe plemię.
Czterodniowe bezpośrednie przygotowania do obrzędów rozpoczynały się od wybrania i ścięcia świętego drzewa, które miało być wkopane w samym środku obozu. Pień tego drzewa był centralnym słupem dla okrągłego wspólnego domu obrzędów, budowanego w samym środku koła obozu z pali osłoniętych ścianami z wierzbowych gałęzi.
Wyboru i ścięcia świętego drzewa mogła dokonać tylko kobieta. Wierzono, że samo ścinanie stanowiło tak wielką świętość, że była ona wprost niebezpieczna. Dlatego zadanie to powierzano przeważnie brance z obcego plemienia, aby nie narażać na niebezpieczeństwo własnych kobiet. Przyniesione do obozu wysokie drzewo, które ustawiano w centrum konstrukcji, uczestnicy ceremonii witali krzykiem, strzelali ze strzelb. Najwyższy kapłan rozpoczynał modlitwy.
Następnego dnia mężczyźni ścinali mniejsze pale na okrągły szkielet budowli, a w trzecim dniu wszyscy zbierali wierzbowe gałęzie, z których pleciono ściany i dach. Kiedy ukończono budowę drewnianej konstrukcji, w której głównym elementem był słup, zawieszano na nim przedmioty o charakterze sakralnym. Towarzyszyły temu tańce wojowników. Przez cały czas długich pląsów tancerze nie otrzymywali napojów. W czwartym dniu rozpoczynały się właściwe uroczystości.
Po wcześniej odbytych postach i oczyszczeniach w saunie, próbie wytrzymałości poddawani byli dobrowolnie zgłaszający się, młodzi mężczyźni, by w ten sposób uzyskać prestiż i pozycję dojrzałych wojowników. Taniec ten był modlitwą, podzięką za doznane dobrodziejstwa lub prośbą o nie. Wielu mężczyzn uczestniczyło w obrzędach Tańca Słońca dla wypełnienia ślubowań złożonych w zamian za pomoc otrzymaną od sił nadnaturalnych. Święty taniec zbliżał człowieka do wszechobecnej natury, łączył go z nią w nierozerwalną całość. Udział w obrzędzie Tańca Słońca mogli brać tylko mężczyźni. Jeśli kobieta prosząc bóstwa o jakąś łaskę ślubowała odbycie tańca dziękczynnego, tańczył za nią jej mąż lub brat.
Uroczystości towarzyszyły uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam Taniec Słońca stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego mężczyźni poddawani byli próbom męstwa.
George Catlin (1796–1872), który obserwował uroczystość w 1834 r. w plemieniu Mandan swój opis rozpoczyna słowami: „Oh! Horribile visu – et mirabile dictu! Chwała Bogu, że to co widziałem już minęło, i że mogę o tym opowiedzieć światu”. Widowisko to wywarło na niestrudzonym wędrowcu i przyjacielu Indian, który przecież przywykł już do niejednego okropnego widoku, tak wstrząsające wrażenie, że kazał sporządzić oficjalny protokół podpisany przez trzech świadków potwierdzających, że jego zapiski odpowiadają prawdzie i że „nic nie jest dodane ani przesadzone”. Niemniej wstrząśnięci byli owi świadkowie oglądający ceremonie, Ernst von Hesse-Wartegg i inni.
Co jest aż tak strasznego w Tańcu Słońca? Otóż chodzi o sposób, w jaki wypróbowuje się męstwo młodych, o sposób odbywania pohk-hong, czyli dobrowolnych tortur.
Główna ceremonia rozpoczynała się specjalnym tańcem błagalnym, w trakcie którego patrzono na słońce, a po zachodzie słońca – na święte przedmioty zawieszone na centralnym słupie. Uczestnik obrzędu wchodził do domu obrzędów w towarzystwie starca, który był jego przewodnikiem i nauczycielem podczas całej ceremonii. Szaman przewodniczący obrzędom siedział w liściastej altance, ustawionej przy zachodniej ścianie budowli. Za nim wisiała drewniana kukła wyobrażająca potęgę Słońca.
Zgodnie z relacją Catlina, w sakralnym tipi stary szaman plemienia, pełniący rolę mistrza ceremonii, wyjaśniał najpierw zebranym znaczenie Tańca Słońca, potem zapalał obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad bólem. Pod ścianami tipi leżeli młodzi ludzie, których specjalnie przygotowywano do tego rytuału przez posty i bezsenność. Wśród zebranych znajdowali się odziani w ozdobne stroje wodzowie i szamani, pełniący niejako rolę sędziów, oceniających zachowanie się młodych wojowników. Ci najbardziej odporni na ból w przyszłości mogli otrzymać dowództwo w różnych niebezpiecznych wyprawach wojennych. Uważano, że wytrzymałość na ból jest oznaką posiadania przez człowieka nadprzyrodzonych mocy, co niejako upoważnia do przewodzenia innym.
Na polecenie przewodnika tancerz zdejmował ubranie, pozostawiając na sobie tylko przepaskę biodrową i mokasyny. Przewodnik malował jego ciało niebieską, czerwoną, żółtą i zieloną farbą. Ręce i nogi z reguły malowano na czerwono, natomiast niebieskie pasy przeciągnięte przez ramiona stanowiły znak niebios. Świeże wierzbowe gałązki przywiązywano do przegubów rąk i kostek u nóg. Potem wręczał mu świstawkę ze skrzydła orła.
W pewnej chwili w środku tipi zajmowali miejsca dwaj wojownicy, w tym jeden z nożem do skalpowania, drugi miał w ręku przygotowane zaostrzone drewniane kołeczki. Podchodzącym do nich młodym ludziom przebijano skórę, przez którą przeprowadzano kołki. Nacięcia te wykonywano po obu stronach pleców i piersi wojownika. Czasami nacięcia wykonywano od nadgarstków aż po barki. Obficie brocząca z ran krew tworzyła „szkarłatny koc” ofiarowany Wielkiemu Duchowi (np. Wakan Tanka u Dakotów). Do tych przewleczonych przez skórę drewienek podwiązywano dwa rzemienie. Niekiedy rzemienie przepychano bezpośrednio pod skórą narzędziem przypominającym szydło – nie stosowano wtedy drewnianych kołeczków.
Przy dźwiękach fletów, grzechotek i bębnów mężczyzna zaczynał rytmicznie tańczyć, to zbliżając się, to oddalając od słupa, do którego przywiązane były rzemienie. Tancerz ciągle zawodził modlitewne prośby, bez jedzenia i bez choćby kropli wody tańczył przez długie godziny, z reguły blisko dobę. Niekiedy na dany przez szamana znak podciągano rzemienie do góry, podrywając gwałtownie poddającego się próbie człowieka. Gdy jego ciało zawisło, do drewienek obserwatorzy przywiązywali i inne przedmioty (na przykład czaszki bizonów), co wzmagało ból, po czym tancerz znowu zostawał podniesiony do góry około dwóch metrów nad ziemię. Potem dochodziło do pomnożenia jego cierpień poprzez obracanie wiszącego ciała, by zmusić go do krzyku, który natychmiast przemieniał się w modlitwę do Ducha Słońca o opiekę w tej straszliwie próbie. Kiedy młodzieniec tracił przytomność (czyli stawał się „zupełnie nieżywy” lub „przechodził przez śmierć”), jego rytualni „oprawcy” odstępowali i na pewien czas zawieszali ciało nieruchomo nad ziemią. Na znak szamana opuszczano je na ziemię. Powracająca świadomość przynosiła wizje, będące osobistym przeżyciem Indianina. Torturowanie miało na celu uwolnienie się od wszystkich powpinanych w ciało przedmiotów. Torturowanemu nie wolno było pomagać. Przez cały czas pozostawał pod opieką sił nadprzyrodzonych, które same wyprowadzały go ze stanu omdlenia. Potem pomocnicy szamana uwalniali go od rzemieni. Po odzyskaniu przytomności tancerz Słońca musiał pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia ku czaszce bizona, gdzie siedział inny szaman. Trzymał on w ręku toporek. Tancerz pragnął złożyć dodatkowy dar siłom nadprzyrodzonym: był nim mały palec lewej ręki, który mu odcinano.
„Niewzruszony spokój, z jakim każdy z nich znosił tortury, przechodzi wszelkie pojęcie. Każdy zachowywał ten sam niezmienny wyraz twarzy. Gdy słyszałem, jak nóż krajał ich ciało, gdy czułem to niemal na sobie, oni spoglądali na mnie z łagodnym uśmiechem, a mnie mimo woli płynęły z oczu nie dające się powstrzymać łzy” – pisze Catlin.
Przez takie próby przechodziło kilku młodych ludzi. Po krótkim odpoczynku zostawali wyprowadzeni na centralny plac, by na oczach całego plemienia dokończyć Taniec Słońca. Polegało to na uwolnieniu ciała od pozostałych powpinanych w nie przedmiotów. Każdemu z tancerzy pomagali dwaj młodzi wojownicy. Owijali oni nadgarstki tancerza rzemieniami i rozpoczynała się ceremonia tzw. „ostatniego wyścigu”. Na rozkaz szamana zaczynał się powolny marsz. Dopóty wleczono ofiary za sobą, dopóki wszystkie drewienka tkwiące w skórze nie rozerwały jej po zahaczeniu o jakąś przeszkodę terenową. Czasami pomagali w tym widzowie, którzy rzucali się na torturowanego tancerza. Często tancerz „umierał” wtedy po raz drugi. Gdy teraz odzyskiwał przytomność, mógł zawlec się do chaty, gdzie rodzina przywracała go do zdrowia. Blizny na ciele wojownika były przedmiotem dumy. Interesujące jest, że rany zadane młodemu wojownikowi w Tańcu Słońca szybko się zabliźniały dzięki lekom ziołowym stosowanym przez szamanów.
Ze względu na samotortury i wizje, rząd federalny w 1881 r. wydał zakaz uprawiania Tańca Słońca. Większość kultów starali się likwidować misjonarze, którzy upatrywali w nich źródło jedności i siły jednostki utożsamiającej się ze swoim plemieniem i jego kulturą. Biuro do Spraw Indian upoważniło agentów do wzywania pomocy wojska w wypadku prób powracania do tego rytuału. Jednak mimo zakazu nie udało się wyprzeć Tańca Słońca – w tajemnicy był on nadal uprawiany w odosobnionych miejscach rezerwatów na całym obszarze Wielkich Równin, choć w nieco zmienionej formie. Brakowało już w tym okresie niektórych przedmiotów rytualnych, potrzebnych do prawidłowego odprawienia obrzędu. Skóry i głowy bizonie były rzadkie i bardzo drogie, czasem więc używano w ich zastępstwie kupionych od farmerów skór i głów bydła domowego. Wśród Indian Ute i Szoszonów pojawiła się też około 1890 roku  nowa wersja tego tradycyjnego obrzędu. Uczestnicy przez kilka dni pościli, zadawali sobie rozmaite cierpienia, czasem nawet trwałe okaleczenia, w celu uzyskania siły nadprzyrodzonej. Elementy tradycyjnej obrzędowości zostały zatem połączone w nowy zespół kulturowy.
 Zakaz został zniesiony dopiero w 1934 r. i Taniec Słońca przeżywał w połowie XX wieku zadziwiający renesans. Obecnie tylko w bardzo rzadkich przypadkach biały mógłby uczestniczyć w tak świętym widowisku.


http://wieszwal.republika.pl/pliki/taniecsl.htm

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Wiatr



W drzew ramionach lekkie tchnienie,

ciche westchnienie,

szloch przejmujący,

krzyk rozdzierający.

Duszy ziemi 

o Indian cierpieniu.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Indianie obrazy

"Zwycięstwo Indian nad Little Bighorn"
uwielbiam ten obraz.. Indianie zdobywający Amerykański sztandar. 

czwartek, 2 sierpnia 2012

legendy Indian: Kłótni wiatru i burzy


legenda Apaczów

"To ja utrzymuję porządek na tej zielonej ziemi," powiedział wiatr. "To ja wykonuję całą pracę."
"Nieprawda", powiedziała burza. "To dzięki mnie świat jest taki a nie inny. Ja wszystko robię."
"Moja władza jest największa." Wiatr dmuchną mocno, rozrzucając gałęzie, by udowodnić swoją rację.
"Ziemia potrzebuje mnie." burza zagrzmiała rozgniewana.
"Nie tak bardzo jak mnie."
"Udowodnij to." zagrzmiała burza i odleciała daleko, by nie pozostawać w pobliżu wiatru.
Wiatr zawył i korzystając, że jest sam pomyślał: "Mogę sam pracować. Tak czy inaczej to ja utrzymuję porządek. Sprawię, że rośliny urosną."
Aby to udowodnić, Wiatr zaczął dmuchać. I dmuchał. I dmuchał. Ale żadne rośliny nie urosły. Ziemia powoli zmieniła kolor. Już nie była jak dawniej zielona, ale stała się brązowa, pozbawiona wody i spieczona przez wiatr.
W końcu Wiatr przyznał, że te pochopnie powiedziane słowa nie były prawdziwe. Ziemia potrzebowała burzy.
Wiatr zbliżył się do burzy. "Nie mogę działać samemu. Ziemia potrzebuje nas obojga. Na równi Ciebie i mnie. Chcę, byś znów pracowała z mną."
Burza coraz głośniej i głośniej zagrzmiała wyrażając zgodę. Wkrótce na Ziemię spadł deszcz. Rośliny zazieleniły się i zaczęły rosnąć.
Wiatr poszedł za burzą, szczęśliwy, znów szeleścił w łodygach wysokich traw.
Od tego momentu, burza i wiatr współpracowały, troszcząc się o Ziemię.

środa, 1 sierpnia 2012

grupa krwi i geny Indian



Grupa krwi jest kluczem, ktory otwiera drzwi do zdrowia, choroby, i odpornosci psychicznej. Decyduje o podatnosci na choroby i o upodobaniu do zywnosci. Okolo 40 tysiecy lat temu nasi przodkowie zajeli najwyzsze miejsce w lancuchu pokarmowym jedzac prawie wylacznie mieso. Bylo to wynikiem stylu zycia lowcy, mysliwego, typowego dla ludzi epoki kamiennej. Organizmy naszych przodkow przystosowaly sie do pozywienia, ktore zawieralo w wiekszosci mieso upolowanych zwierzat, a ich wyznacznik antygenow grupowych mial strukture okreslana dzis jako grupa "O". Wspolczesni ludzie z grupa "O", by chronic swoje zdrowie powinni jesc wzglednie duze ilosci miesa.
Wsrod Indian prerii (Lakota Sioux, Nakota Sioux, Dakota Sioux, Komancze, Kiowa, Czejeni, Arapahowie, Czarne Stopy, Osedzowie, Apacze Prerii itd.) dominuje grupa krwi "O". Wlasciwie jest ona bardzo rozpowszechniona wsrod wszystkich Indian Ameryki Polnocnej i Poludniowej. Uczeni oceniaja ze 70-90 % Indian obu Ameryk posiada grupe krwi "O". Do nielicznych wyjatkow nalezo Czarne Stopy. Wedlug "Racial and Ethnic Distribution of A B O Blood Types" zaledwie 17 % tego plemienia ma grupe krwi "O". Za to az 100 % Indian z plemienia Bororo w Brazylii ma te grupe krwi.

  • USA (Indianie) - 80 % z grupa krwi "O"
  • USA (murzyni) - 49 %
  • Irlandia - 47 %
  • Islandia - 47 %
  • USA (biali) - 45 %
  • Anglia - 37 %
  • Francja - 36 %
  • Niemcy - 35 %
  • Izrael - 32 %
  • Wegry - 31 %
  • Polska - 31 %

Wzrostowi ludnosci towarzyszyl spadek liczebnosci dzikich zwierzat. Nasi przodkowie z grupa krwi "O" musieli znalezc inne zrodlo pozywienia. Zaczela rozwijac sie produkcja oparta na rolnictwie i uprawach. Wielu z nich zaczelo spozywac pokarm roslinny. W ten sposób wyksztalcila sie grupa krwi "A", z genetycznym kodem roslinozercy.
Wsrod Indian w USA procent ludzi z grupa krwi "A" jest bardzo niski.

  • Norwegia - 48 %
  • Portugalia - 46 %
  • Szwecja - 44 %
  • Finlandia - 44 %
  • Dania - 44 %
  • Francja - 44 %
  • Anglia - 42 %
  • Niemcy - 43 %
  • USA (biali) - 40 %
  • Polska - 38 %
  • Izrael - 38 %
  • Arabia Saudyjska - 26 %
  • Indie - 23 %
  • USA (Indianie) - 15 % 


Jesli chodzi o kod genetyczny DNA, to wsrod Indian obu Ameryk zdecydowanie dominuja ci z chromosomem Y, grupa Q. Na mapce ponizej czestotliwosc jego wystepowania w Ameryce, Azji i Europie jest oznaczona kolorami:
25-90 % ludnosci, kolor czerwony,
5-25 % ludnosci, pomaranczowy,
2-5 % ludnosci, kolor zolty,
ponizej 2 % oznaczone jest kolorem bialym.
W Europie takich ludzi jest niewielu. Jedynie 2.5 % Norwegow, Szewdow i Slowakow ma dokladnie ten kod DNA. Wsrod Indian obu Ameryk sprawa wyglada zupelnie odwrotnie. Na przyklad 30 % Czipewejow, 60 % Czejenow, 80 % Apaczow i az 90 % Nawahow i Utahow ma chromosom Y (DNA), grupa Q. Co ciekawe to w Azji najwiecej ludzi z takim kodem genetycznym wystepuje nie w Mongolii ale w Rosji, wsrod Czukczow, Ketow, Selkupow i Koriakow. Wszystkie te ludy zyja na Syberii.

poniedziałek, 30 lipca 2012

cicho.....



Cicho. 

Smutno.

Pusto.

I tylko mój krzyk

wiatr niesie tam,

gdzie wolność śpi.


Cicho. 

Smutno.

Pusto.

I tylko mój krzyk

wiatr niesie tam,

gdzie jesteście WY.


czwartek, 26 lipca 2012

Legendy Indian ZBOŻE, MŁYNEK I KOJOT

Legenda Indian Caddo 

Pewna kobieta mieliła zboże w swoim ulubionym młynku zrobionym z pnia drzewa. Młynek miał wieko, był wygładzony, szeroki na dwie stopy i na trzy, cztery stopy wysoki. Kobieta wrzuciła do środka zboże i mieliła je na mąkę przy pomocy pala umieszczonego wewnątrz młynka. W miarę jak mieliła, zauważyła, że więcej zboża znikało, niż wytwarzało się mąki. Po zmieleniu całego zboża okazało się, że uzyskała niewiele mąki. Zawołała inną kobietę i poprosiła żeby ta zmieliła jej zboże patrząc czy stanie się podobna rzecz. Druga kobieta zmieliła całe zboże, ale także uzyskała z niego niewiele mąki. Teraz obydwie stały zdziwione. Zawołały trzecią kobietę, która z werwą mieliła i mieliła, ale niewiele mąki zastąpiło całe zboże, które wrzuciła do środka. Znów to samo. Teraz wszystkie trzy stały zastanawiając się, jak to się działo. Przedyskutowały sytuację i doszły do wniosku, że coś jest nie tak z młynkiem. Obejrzały go dokładnie, od góry i od dołu i zrozumiały, że nie był to ten sam młynek, którego zawsze używały. Jedna z kobiet rozrąbała młynek na pół siekierą, tak, aby mogły mu się przyjrzeć od wewnątrz. Gdy podeszła bliżej aby go obejrzeć, młynek obrócił się na bok i potoczył po ziemi. Kobiety aż podskoczyły ze zdziwienia. Wtem ze środka wyskoczył kojot i uciekł. Kobiety się roześmiały. Zrozumiały, że kojot ukrył stary młynek a sam zamienił się w inny, aby zjadać ich zboże.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Zła modlitwa




Modląc się,
prosił o przebaczenie.
Modląc się,
błagał o wsparcie.
By mógł wygrać walkę
przegnać białego najeźdźcę.
Z promieniem słońca
na twarzy
wojny znak.
I cóż, że się modlił,
przegrał walkę i tak.
jego modlitwy Bóg go nie chciał,
bo modlił się nie tak.
Lecz wygrał swe życie, 
za ziemię je dał.

czwartek, 19 lipca 2012

legendy Indian: Jelenie i szamani


legenda Komanczów

Pewnego razu Indianie obozowali u podnóża góry, niedaleko płynącego strumienia. Po pewnym czasie zaczęły znikać pojedyncze osoby, co bardzo martwiło Starszyznę. W związku z tym zwróciła się do swoich szamanów. Ci po oczyszczeniu tipi przy pomocy szałwi i słodkiej trawy zaczęli się naradzać.
"Nie ufam tym jeleniom," powiedział szaman.
"Ufam im mniej niż ty," szamanka spojrzała na zbocze góry, gdzie w pobliżu dużej jaskini żyły jelenie.
"Ja podejrzewam, że to one porywają naszych ludzi."
"I trzymają ich w swojej jaskini."
"Aby ich pożreć," powiedział szaman.
"Nasi ludzie nam ufają, wierzą, że będziemy się o nich troszczyć."
"Musimy coś zrobić. "
I szaman i szamanka poszli w górę ku jaskini gdzie mieszkały jelenie.
Jeleń-strażnik stał w pobliżu ciemnego wejścia, blisko niego leżały cztery laski.
"Dzień dobry," powiedziała szamanka. "Jak się miewasz?"
"Wyglądasz na tłustego i najedzonego," powiedział szaman.
"Jakie jedzenie spożywasz?" spytała szamanka.
"Dobrze się odżywiamy," powiedział strażnik. "Może chcielibyście zobaczyć?"
"Tak, z chęcią."
Jeleń-strażnik podniósł jedną z lasek i zapukał w wejście. "Jeden tłusty bawół" – rzekł.
Z jaskini wybiegł bawół.
"Imponujące," powiedziała szamanka.
"Popatrz teraz." Jeleń-strażnik znów uderzył w wejście. "Jedno cielę bawoła."
Cielę bawoła wyskoczyło z pieczary.
"Jestem naprawdę pod wrażenie," powiedział szaman.
"Teraz już wiesz jak zdobywamy nasze jedzenie," powiedział Jeleń-strażnik. "Niczego więcej tu nie zobaczycie."
"Dziękujemy", powiedziała szamanka.
Gdy szamani trochę odeszli, zaczęli do siebie szeptać.
"Nie wierzę, że tylko to mają w jaskini," powiedział szaman.
"Zgadzam się. Musimy odkryć, co tam jeszcze jest."
Ukryli się za dużą skałą, aby rozważyć problem.
"Być może moglibyśmy zamienić kije, kiedy Jeleń-strażnik nie patrzy," powiedział szaman.
"Jeleń-strażnik jest zbyt ostrożny."
"To prawda."
"Oni wkrótce muszą zmienić straże i przez krótki czas nikogo przy wejściu nie będzie," powiedział szaman.
"Musimy wtedy spróbować."
"Tak."
Po cichu skierowali się w pobliże wejścia. Ukryci za skałami i roślinami, patrzyli i czekali. Wkrótce Jeleń-strażnik odszedł, by zawołać zmiennika. Wtedy szamani podeszli do wejścia.
Jedno z nich chwyciło laskę i uderzyło w jaskinię mówiąc: "Dwoje ludzi." Dwaj wojownicy wyszli.
Szaman chwycił laskę i uderzył znów. "Więcej ludzi." Wielu Indian wybiegło z jaskini. Wszyscy mieli łuki i strzały.
Jelenie wybiegły ze wszystkich stron, lecz wojownicy z łatwością odparli ich atak. Kiedy bitwa się zakończyła zwycięstwem Indian, większość jeleni leżała martwa. Szamani zwrócili się do tych, co przeżyli.
"My jesteśmy silniejsi i od teraz to my będziemy was zjadali," powiedział szaman.
"Wasza skóra i kości, całe wasze ciało, będzie wykorzystywane przez Indian," dodała szamanka.
Jeleń-strażnik podniósł głowę. "Tak będzie."

poniedziałek, 16 lipca 2012

Idę wciąż przez życie.....



Idę wciąż przez życie

Nieznaną dotąd drogą.

Dom prawdziwy chcę odnaleźć 

I ostoję moją.

A teraz chaos świata wokół mnie.

Nigdzie wytchnienia znaleźć nie mogę.

Inna jestem i to jest złe.

Nigdzie spocząć nie mogę.

czwartek, 12 lipca 2012

Legendy Indian - o niedźwiedziu co stracił ogień


Legenda Indian Coushatta z Alabamy 


Razu pewnego niedźwiedź wędrował przez gęsty las, jedząc słodki miód z barci, polując na ryby w strumieniach i śpiąc podczas długich zim w głębokich, ciepłych jaskiniach.
Ten silny i potężny niedźwiedź był właścicielem OGNIA. Zawsze nosił GO przy sobie, gdziekolwiek poszedł. Pewnego dnia skuszony mnóstwem smacznych żołędzi, niedźwiedź pozostawił OGIEŃ na ziemi i zabrał się za ich zjadanie zapominając o swoim podopiecznym. Ten wkrótce zaczął przygasać aż się przeraził, że całkiem zgaśnie. W tym czasie niedźwiedź przechadzał się pomiędzy potężnymi drzewami i dalej zajadał się żołędziami. "Pomóż mi!" - OGIEŃ próbował zapłonąć jaśniej, ale mu się nie udało. Niedźwiedź nie usłyszał wołania, ponieważ w tym momencie zauważył ul. Myśli o grubym i słodkim plastrze miodu tańczyły w jego głowie.
"Nakarm mnie!" - rozpaczliwie krzyknął OGIEŃ, który nie podsycany niemal zgasł.
W pobliżu pojawili się Indianie i to oni usłyszeli płacz ognia, lecz zdawali sobie sprawę, że zbliżenie się do niedźwiedzia, właściciela OGNIA, jest bardzo niebezpieczne.
Lecz nie potrafili zignorować bezradnych nawoływań OGNIA.
"Czym się odżywiasz?" - Spytali ludzie.
"Drewnem. Potrzebuję drewna." - odparł OGIEŃ.
Indianie szybko zebrali kawałki drewna ze wszystkich kierunków świata i powrócili do ognia. Położyli gałąź na OGNIU kierując ją na północ. Drugą skierowaną na zachód, trzecią na południe a czwartą na wschód i w końcu ogień zapłonął.
"Uratowaliście mnie." - OGIEŃ rozjarzył się jasno.
Wtem głośny ryk dobiegł spod okolicznych dębów.
To niedźwiedź śpieszył na polanę. Indianie rozproszyli się we wszystkich kierunkach, upuszczając z rąk kosze.
Niedźwiedź pochylił się, aby zabrać OGIEŃ, ale szybko cofnął łapę, po raz pierwszy sparzony przez TEGO, którym tyle czasu się opiekował..
"Odejdź", powiedział OGIEŃ. "Zapomniałeś o mnie, więc i ja już nie chcę dłużej ciebie znać."
Niedźwiedź podniósł się i stanął na tylnych łapach, warcząc i jęcząc, ale nic mu to już nie pomogło.
OGIEŃ nie chciał go więcej znać, i to potężne zwierzę zostało zmuszone do odejścia, nie interesując się już ani żołędziami ani miodem.
"Podejdźcie, i podnieście mnie," OGIEŃ zwrócił się do Indian.
"Jeśli zaopiekujecie się mną, ja zaopiekuję się wami."
I w ten sposób Indianie zdobyli OGIEŃ.


poniedziałek, 9 lipca 2012

Uchronić



Nad równinami i puszczami,

na gór szczycie

dusza ma stoi

i kolana swe zgina,

i głowę pochyla,

łzy roni.

I nie wie, co począć ma,

aby to, co zostało,

przed nimi dla Was uchronić.

czwartek, 5 lipca 2012

legenda indiańska


Według wielu wierzeń świat jest pełen dobrych i złych duchów. Kiedyś, dawno temu, złe duchy niezadowolone ze stworzenia człowieka, wypowiedziały wojnę dobrym duchom. Niestety, dobre duchy przegrały wielką bitwę. Złe duchy, by  pokazać, kto rządzi światem i całym kosmosem, sprowadziły z północy śniegi, zimne wiatry, chmury oraz lody i zniszczyły słońce. Z ziemi zaczęły znikać kwiaty, zboża, ptaki, zwierzęta. Było zimno, pusto nieprzyjemnie, a ludziom zaczął głód zaglądać w oczy.
Wielcy wodzowie indiańscy zasiedli do wielkiej narady. "Co robić? Jak przywrócić ciepło i urodzaj?" Stary, szanowany czarownik zabrał głos: "Trzeba ponownie stworzyć słońce! Najdzielniejszy z wojowników musi na zawsze zostawić ziemię i swoich bliskich i udać się w pdróż międzygwiezdną. Wędrując od gwiazdy do gwiazdy musi nazbierać tyle promieni, by wystarczyło na zrobienie nowego słońca".
Po długiej ciszy, wstał młody wojownik Chickovaneg i powiedział, że jest gotów się poświęcić. W ciągu następnych dni przygotował się do wyprawy. Uszył sobie mokasyny - indiańskie buty - z łap upolowanego niedźwiedzia, ubranie ze skóry tygrysa, zrobił też wyjątkowo mocną tarczę i ostry oszczep. Wyruszył na polowanie promieni gwiezdnych. Wędrował tak od gwiazdy do gwiazdy, każdej zabierając niewielką ilość blasku. Pomagał mu Ognisty Wąż, który czasem służył Chicovengowi za most do bardziej odległych gwiazd. Wojownikowi w jego wyprawie próbowały przeszkodzić złe duchy, które za wszelką cenę chciały uniemożliwić powstanie nowego słońca. Na próżno. Coraz więcej promieni gwiezdnych było przyklejonych do tarczy Chicovenga, która z każdą chwilą jaśniała coraz jaśniej, w końcu stała się nowym słońcem. Jego blask przywrócił życie na ziemi.
Nie oznaczało to jednak końca pracy wojownika. Codziennie musiał wędrować po niebie z tarczą i bronić się przed złymi duchami. Zawsze, gdy go wściekle atakowały, rzucał w nie złotymi oszczepami-błyskawicami, a na koniec walki rozkładał na niebie kolorowy most - znak przywróconego porządku i spokoju.

http://www.uniwersytetdzieci.pl/clubs/showselectedarticle/1141

poniedziałek, 2 lipca 2012

Podziękuj Kolumbowi



Co słyszysz? 

Biją bębny.

Zapamiętaj ten dźwięk.

Nie usłyszysz go więcej.




Co widzisz?

Kolor zwycięstwa pokrywa twarze.

Zapamiętaj ten widok.

nie ujrzysz go więcej.




Co czujesz?

Są szczęśliwi.

Zapamiętaj te uczucie.

Nie doznają go więcej.




Podziękuj Kolumbowi.

czwartek, 28 czerwca 2012

indiański mit o powstaniu człowieka



Wielki Wódz - Gichy Manitou - z upodobaniem patrzył na piękny, stworzony przez siebie świat. Wszystko tu było doskonałe. Każde zwierzę miało swoje mieszkanie, każde na własną rękę dbało o siebie. Niepokój Wielkiego Ducha budziły jedynie swary wśród zwierząt o to, kto jest najmądrzejszy i najsilniejszy spośród nich. Rywalizowały wszystkie: niedźwiedzie, wilki, puma, nawet ryby walczyły o panowanie w wodach.

Gichy Manitou postanowił zakończyć te kłótnie i stworzyć prawdziwego władcę przyrody, którego będą się bały wszystkie zwierzęta - człowieka. W tym celu starannie się przygotował: nazbierał drewna na opał, a potem odpoczywał. W tym czasie między gałęzie przeznaczone do spalenia wśliznął się grzechotnik i spryskał je swoim jadem. Kiedy Wielki Duch odpoczął, rozpalił ogień, ulepił człowieka z gliny i włożył go w płomienie, by go wypalić. Ale za krótko trzymał go w ogniu - człowiek był blady, a w dodatku okazało się, że ma zły charakter (za sprawą jadu grzechotnika) i często bywa nieszczery. Tak powstała rasa biała.

Następna próba też była nieudana - Wielki Duch „przypalił” człowieka i tak powstał pierwszy Murzyn. Miał on silne mięśnie, ale był tchórzliwy. Dopiero za trzecim razem Wielki Duch był zadowolony - stworzył pięknego, silnego, mądrego i prawego indiańskiego wojownika.

Pozostałych dwóch ludzi wyrzucił za Wielką Wodę, a Indianinowi zapowiedział, żeby żył mądrze i sprawiedliwie, bo jeśli nie, to zza Wielkiej Wody powrócą biali i czarni, i odbiorą mu piękne, żyzne ziemie, a wtedy Indianie zginą.

http://polski.opracowania.pl/opowie%C5%9B%C4%87_indian_o_powstaniu_cz%C5%82owieka_fragment_powie%C5%9Bci_bia%C5%82y_mustang_sat_okh/tre%C5%9B%C4%87/

poniedziałek, 25 czerwca 2012

kalendarium indiańskie 25 czerwca - świętujemy zwycięstwo nad Little Bighorn

1876 - Nad Little Big Horn doszło do bitwy stoczonej pomiędzy zjednoczonymi siłami Indian (Hunkpapa Lakota, Oglala Lakota, Miniconjou Lakota, No Bows Lakota, Blackfoot Lakota, Cheyenne i Arapaho) a Siódmym Pułkiem Kawalerii Stanów Zjednoczonych dowodzonym przez generała Custera. Cały oddział Custera został wybity do nogi (tzn. 265 ludzi).

wielkie zwycięstwo może i największe i chyba najbardziej znane

Jestem



Jestem młoda.

Jestem ufna.

Chcę kochać Was na słowo.




Jestem młoda.

Jestem nieświadoma życia.

Chcę uczyć się go od Was.




Jestem młoda.

Jestem zagubiona.

Chcę znaleźć w Was mą drogę.

czwartek, 21 czerwca 2012

legendy Indian: legenda o wilkach


W pewnej indiańskiej wiosce,  stary wódz  opowiadał przy ognisku najmłodszym członkom swojego plemienia o życiu. Światło księżyca oświetlało łagodnie jego sędziwą twarz czyniąc go najdostojniejszym z dostojnych. Świerszcze przestawały grać słuchając nauk dziadka.
- W każdym z nas, we mnie, w was, w waszych rodzicach, dziadkach odbywa się walka- mówił. – Jest to straszliwa walka. Walczą dwa wrogie wilki. Jeden reprezentuje: strach, nienawiść, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, fałsz i kłamstwo. Drugi natomiast ukazuje: miłość, radość, zgodę, życzliwość, współczucie, wiara, chęć pomocy i współczucie.
Gdy tak mówił blask ogniska dogasał przerażając dzieci.
- Dziadku, dziadku – pytały. – Który z nich wygra ?
- Ten, którego będziecie karmić… – odrzekł im starzec.

środa, 20 czerwca 2012

wygląd i pióropusz Dakotów,



Obecnie wszyscy Indianie prerii, i nie tylko,noszą pioropusze takie jakie nosili Lakoci.
Siouxowie (Lakoci, Nakoci i Dakoci) zaliczali sie do srednich wzrostem Indian. Najwyzsi byli Czejeni i Wrony, a najnizsi Apacze, Komancze i Utahowie. Clark Wissler podal nastepujace dane na str. 149 w "North American Indians pf the Plains":

1. Czejeni - 174,5 cm
2. Wrony i Omaha - 173,2 cm
3. Arapaho - 172,8 cm
4. Siouxowie - 172,6 cm
5. Czipeweje - 172,3 cm
6. Czarne Stopy - 171,5 cm
7. Paunisi - 171,3 cm
8. Kiowa - 170,9 cm
9. Nez Perces - 169,7 cm
10. Arikara - 169,0 cm
11. Komancze - 167,8 cm
12. Utahowie - 166,1 cm

Jesli chodzi o budowe ciala to Siouxowie nalezeli do przecietnych. Najlepiej wg. bialych zbudowanymi Indianami prerii byli mezczyzni Wron i Osedzow. Najciemniejsza skore mieli Utahowie. Z tego powodu niektorzy nazywali ich Czarnymi Ludzmi. Jednymi z Indian o jasniejszej cerze byli Komancze. Przyczyna tego byla podomniez duza ilosc jencow (kobiet i dzieci amerykanskich i meksykanskich) ktorzy byli przetrzymywani w ich wioskach. Z czasem niektorzy z nich stawali sie zonami, corkami czy synami Komanczow. Ponadto dzieci z mieszanych malzenstw mialy skore jasniejsza. Do Indian o nieco jasniejszej cerze nalezeli takze Mandani mieszkajacy w ziemiankach nad rzeka Missouri. Niektore plemiona nazywaly ich, z lekka przesada, "Bialymi Ludzmi". Jedne z najpiekniejszych twarzy mieli podomniez Czejeni (kobiety i mezczyzni.)

Wojownicy Lakotow mieli dlugie wlosy, w przeciwienstwie do Paunisow, Osedzow, i kilku innych plemion, ktorych mezczyzni golili glowy pozostawiajac tylko czub zwany lokiem skalpowym. Wojownicy Wron mieli najdluzsze wlosy wsrod Indian zamieszkujacych zachod USA. Niektorzy z nich nawet je sztucznie przedluzali wlosami z konskich grzyw i ogonow. Cecha charakterystyczna wygladu Wron, zacietych wrogow Lakotow, byla czupryna zaczesywana do gory. Kobiety Lakotow i wiekszosci sasiadujacych z nimi plemion mialy wlosy splecione w dwa warkoczyki.

Co do roznic miedzy Lakotami i ich sojusznikami i przyjaciolmi Czejenami, to sprowadzaly sie one glownie do strojow. Wielu Czejenow, a szczegolnie Poludniowych Czejenow, nosilo amerykanskie a nawet meksykanskie ubrania i nakrycia glowy. Lakoci w swych ubraniach z wyprawionych skor upolowanych zwierzat wygladali bardziej dziko. Co ciekawe Polnocni Czejeni ubierali sie podobnie do Lakotow i wygladali mniej "cywilizowanie".

Niektorzy Amerykanie twierdzili ze tipi i wioski Arapahow nie sa tak czyste jak Lakotow. Ze kobiety Arapahow maja wieksze twarze i sa nizsze i brzydsze niz Lakotki. Dla Francisa Parkmana wiekszosc kobiet Arapahow byla niska i brzydka ("low stature and mostly ugly").

Kazdy wyczyn wojenny byl oznaczany u Lakotow orlym piorem. Slynny wodz Lakotow, Siedzacy Byk, pierwsze pioro zdobyl w walce z Wronami w wieku 14 lat, a drugie w starciu z Plaskimi Glowami. Po kilkunastu latach mogl sie juz poszczycic pioropuszem. Takich ktorzy zasluzyli na noszenie pioropusza wsrod Lakotow bylo niewielu, na 100 wojownikow nosilo je moze pieciu. (W obecnych czasach niemalze co drugi Indianin widoczny na fotografii ma pioropusz na glowie.) Piora w pioropuszu Lakotow byly ustawione pod pewnym katem, tak jak to widac na fotografii obok. Czasami pioropusz posiadal tzw. ogon, czyli przedluzenie. Inny wodz Lakotow, Czerwona Chmura, mogl sie poszczycic prawem do 80 pior. W niektorych plemionach bylo duzo latwiej zasluzyc na pioropusz niz wsrod Lakotow. Dla tych plemion byl on raczej ozdoba niz czyms co swiadczylo o dokonaniach na sciezce wojennej.
Nie wszystkie pioropusze wygladaly tak samo.
Pioropusze Czarnych Stop  i Czejenow mialy piora ustawione prosto do gory i nie mialy przedluzenia. Takie stojace pioropusze nosili takze wybitmiejsi wojownicy i wodzowie innych plemion. Tzw. Zolnierze Psy zrzeszajacy najwaleczniejszych wojownikow Czejenow zamiast orlich pior uzywali pior wron i krukow. I z nich tez robili swoje pioropusze. Z kolei Komancze lubili dodawac pioropusz do specjalnej czapki ze skory do ktorej byl przytwierdzony jeden lub dwa rogi bizona. Wedlug niektorych bialych wojownicy Komanczow z twarzami pomalowanymi na czerwono lub czarno i z rogami na glowie wygladali jak "pomiot szatana." Swym wygladem budzili przerazenie od Meksyku do Teksasu. Rogi bizona byly takze uzywane przez Lakotow. Co ciekawe, obecnie wszyscy Indianie prerii, i nie tylko, nosza pioropusze takiego typu jakie nosili Lakoci. Niestety wiele z nich wyglada dosc kiczowato, jak na moj gust. Np. piora sa pomalowane na rozowo lub niebiesko.

Jedna z ulubionych ozdob mezczyzn plemion preryjnych byl naszyjnik zrobiony z pazurow groznego niedzwiedzia grizzli.

http://web2.airmail.net/napoleon/_LAKOTA_SIOUX.htm#_i_ich_wyglad_wzrost

wtorek, 19 czerwca 2012

rezerwaty Indian cz.II


Współczesność

Współcześnie nie wszyscy Indianie żyją w rezerwatach (w USA i Kanadzie nieco ponad połowa Indian mieszka obecnie poza ich terenem – zarówno w miastach, jak i na wsi), ale większość – zwłaszcza w Ameryce Północnej – traktuje rezerwaty jako miejsca, do których chętnie wraca, by spotykać się tam z rodziną i przyjaciółmi, brać udział w lokalnych świętach, uroczystościach i ceremoniach (np. pow-wow, potlacz), poznawać – i czasem samemu kultywować – tradycje przodków, lub po prostu spędzić wolny czas „u siebie”.

W USA, Kanadzie i niektórych państwach Ameryki Łacińskiej wszyscy Indianie mają zagwarantowaną konstytucyjnie pełnię praw obywatelskich (w poszczególnych krajach nastąpiło to w różnych okresach XX w., choć do dziś zdarzają się: dyskryminacja i problemy z praktyczną realizacją ich praw). Mieszkańcy rezerwatów mają wpływ na zarządzanie nimi za pośrednictwem lokalnych samorządów (kontrolowanych w różnym stopniu przez władze państwowe).

Na terenie rezerwatów istnieją zwykle co najmniej podstawowe placówki oświaty i ochrony zdrowia, a w Ameryce Pn. – większość współczesnych instytucji życia publicznego. W rejonach intensywnej gospodarki człowieka mieszkańcy rezerwatów prowadzą zwykle styl życia zbliżony do dominującego w ich otoczeniu, utrzymując się z takich zajęć, jak praca dla instytucji rządowych, rolnictwo, hodowla, rzemiosło, handel czy turystyka. W rejonach bardziej izolowanych, uboższych lub zacofanych gospodarczo, przynajmniej część mieszkańców rezerwatów prowadzi gospodarkę do pewnego stopnia samowystarczalną (rolniczo-hodowlaną, czasem też myśliwsko-zbieracką). Wielu – zwłaszcza w rejonach o najwyższym poziomie biedy i bezrobocia – otrzymuje też rozmaitą pomoc zewnętrzną (od państwa i władz lokalnych, ale także od rozmaitych fundacji, organizacji społecznych, grup religijnych, itp.).

Indianie z rezerwatów mogą swobodnie opuszczać ich teren – np. w celu podjęcia nauki lub pracy – (chociaż w przeszłości nierzadko wymagało to zgody władz). Mogą też zazwyczaj powracać do nich oraz decydować (lub współdecydować) o tym, na jakich zasadach mają prawo w rezerwacie mieszkać i prowadzić rozmaitą działalność (gospodarczą, handlową, edukacyjną, itp.) osoby spoza lokalnej społeczności lub grupy etnicznej. W niektórych rezerwatach, zwłaszcza w Ameryce Północnej, znaczną część mieszkańców, prywatnych dzierżawców ziemi i przedsiębiorców stanowią dziś Metysi lub przyjezdni nie-Indianie (akceptujący lokalne przepisy i tradycje).

Status prawny części tzw. tradycyjnych tubylczych terytoriów oraz samych tubylczych grup etnicznych (w tym zwłaszcza niewielkich grup izolowanych w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej), do dziś nie jest w pełni uregulowany i pozostaje przedmiotem sporów Indian z władzami oraz przedmiotem troski organizacji pozarządowych i społeczności międzynarodowej (w tym agend i dokumentów ONZ).

Najbardziej znane są rezerwaty Indian w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale nazywane rezerwatami wydzielone obszary – służące przede wszystkim ochronie ludów tubylczych danego obszaru – istnieją także w niektórych innych krajach Ameryki Łacińskiej, w których przetrwały pierwotne społeczności żyjące we względnej izolacji od społeczeństwa narodowego (m.in. w Brazylii).



Rezerwaty Indian w USA

W USA rezerwaty Indian (nazywane tam reservations) to ziemie stanowiące własność plemion tubylczych Amerykanów, zarządzane przez ich autonomiczne władze (tzw. rady plemienne) i nadzorowane przez Biuro do spraw Indian – rządową agencję podległą Departamentowi Spraw Wewnętrznych. Formalnie rezerwaty Indian stanowią część terytorium federalnego wyłączonego spod jurysdykcji stanów, w granicach których się znajdują, a tubylcze plemiona są w pewnym stopniu suwerenne. Pozwala to mieszkańcom rezerwatów w USA na szeroki zakres samorządności (w tym np. własne sądownictwo i szkolnictwo oraz zwolnienia podatkowe – będące formą potwierdzenia ich niezależności, rodzajem rekompensaty za historyczne krzywdy oraz elementem polityki wyrównywania szans).

Większość rezerwatów Indian w USA powstała w drugiej połowie XIX w. po uchwaleniu w 1851 r. ustawy tworzącej pierwsze tubylcze rezerwaty na obszarze istniejącego wcześniej Terytorium Indiańskiego w dzisiejszej Oklahomie oraz w wyniku działań administracji prezydenta Ulyssesa Granta pod koniec lat 60. XIX w. Na mocy ustawy o podziale ziemi (ang. General Allotment Act, lub Dawes Act) z 1887 r. władze zaprzestały nadawania ziemi pod rezerwaty całym plemionom na rzecz przydzielania Indianom indywidualnych działek oraz przekazywania powstałych w ten sposób znacznych "nadwyżek" (ang. surplus lands) osadnikom i przedsiębiorcom. Proces ten, pozbawiający Indian większości terenów i wszelkich możliwości samodzielnej egzystencji, trwał blisko pół wieku. Podstawy współczesnej autonomii rezerwatów Indian w USA uregulowała dopiero ustawa o reorganizacji Indian (ang. Indian Reorganization Act') z 1934 r. (choć nie wszystkie plemiona ją uznały), a doprecyzowało późniejsze ustawodawstwo w zakresie praw i swobód tubylczych Amerykanów, głównie z lat 70. i 80. XX.w.

Specjalne umowy z władzami stanowymi umożliwiają plemionom z niektórych rezerwatów prowadzenie legalnych kasyn nastawionych na turystów, które w ostatnich latach – w niewielkiej części rezerwatów (dotkniętych zwykle wysokim bezrobociem i innymi plagami społecznymi) – stały się głównym źródłem dochodu tamtejszych Indian (Pekoci). W niektórych, uważanych za bardziej bardziej tradycyjne, rezerwatach (np w pueblach Indian Hopi) obowiązują lokalne ograniczenia ruchu turystycznego, szczególna ochrona świętych miejsc i prywatności mieszkańców, a także np. zakaz handlu i spożywania napojów alkoholowych (wynikający z wrodzonej niskiej tolerancji Indian na alkohol i związane z tym problemy społeczne). Inne (np. na Florydzie czy w Montanie) cechuje duża otwartość na gości z zewnątrz i liczne atrakcje turystyczne (pow-wow, rodeo, lokalne targi i pokazy folklorystyczne, galerie rzemiosła, itp.)

W USA istnieje ponad 300 rezerwatów federalnych, co oznacza, że nie każde z ponad 550 uznawanych przez władze federalne plemion ma swój oddzielny rezerwat. Niektóre plemiona mają po kilka rezerwatów, inne nie mają żadnego. Ich rozmieszczenie w kraju, wielkość oraz lokalna struktura własności są bardzo zróżnicowane (często składa się na nie mieszanka ziem federalnych o statusie powierniczym (ang. trust lands), ziem stanowiących własność plemienną oraz działek prywatnych). Ziemiami i dochodami wspólnymi zarządza w imieniu tubylczych plemion Biuro do spraw Indian (związane z tym – stanowiącym rodzaj historycznego reliktu – systemem powierniczym zarzuty o nadużycia i niegospodarność urzędników federalnych oraz korupcję polityków i lobbystów są przedmiotem żmudnych procesów sądowych).

Łącznie rezerwaty Indian w USA obejmują 55,7 mln akrów (225 410 km²), co stanowi 2,3% powierzchni Stanów Zjednoczonych (9 629 091 km²). Dwanaście rezerwatów ma powierzchnię większą niż 3 tys. km², a pięć największych – większą niż 5 tys. km². Niektóre z najmniejszych rezerwatów (np. tzw. misje w Kalifornii) obejmują kilka pojedynczych gospodarstw, w wielu stanach nie ma ani jednego rezerwatu federalnego. Osobne kategorie jednostek administracyjno-prawnych tworzą stanowe rezerwaty Indian w niektórych stanach w centrum i na wschodzie USA (nieuznawane przez władze federalne) oraz autonomiczne społeczności tubylców Alaski.



Rezerwaty Indian w Kanadzie


W Kanadzie rezerwaty Indian (nazywane tam reserves/réserves) zarządzane są przez uznane przez władze grupy tubylcze – "Pierwsze Narody" (ang. First Nations, fr. Premières nations). Ich historia jest odmienna od rezerwatów amerykańskich, choć jest wynikiem podobnych procesów kolonizacyjnych i cywilizacyjnych. Kanadyjska ustawa o Indianach (ang. Indian Act, fr. Loi sur les Indiens) definiuje rezerwat jako "obszar ziemi, z tytułem własności należącym do Królowej (państwa), wydzielony przez Nią z pożytkiem i dla dobra grupy [tubylczej]". Ta sama ustawa mówi też o podobnych – z punktu widzenia funkcjonowania – obszarach zarezerwowanych dla grup tubylczych (jak rezerwat Wikwemikong na Wyspie Manitoulin, których własności Indianie nigdy się nie zrzekli (tzw. "rezerwaty niescedowane", ang. unceded reserves, fr. réserves incédées).

Podobnie jak w USA, jeden rezerwat w Kanadzie może zamieszkiwać kilka Pierwszych Narodów, a jeden naród tubylczy może posiadać jeden lub więcej rezerwatów (pojęcia "Pierwszy Naród" i "rezerwat" bywają tam używane zamiennie, co nie zawsze jest precyzyjne, np. Munsee-Delaware Nation w Ontario to jeden z trzech rezerwatów Pierwszego Narodu Munsee-Delaware w tej prowincji). Ustawa o Indianach określa też, że o tym, czy ziemie w rezerwacie wykorzystywane są "z pożytkiem i dla dobra grupy" decyduje minister do spraw indiańskich, a tereny w rezerwacie mogą być jedynie własnością danej grupy lub jej indywidualnych członków.

W przeszłości granice rezerwatów ulegały zmianom, a ich obszar bywał przymusowo redukowany. Obecnie władze prowincji lub władze lokalne mogą przejmować tereny rezerwatów jedynie wyjątkowo, na mocy specjalnych ustaw (bywa to, podobnie jak kwestia tradycyjnych "terenów niescedowanych", przedmiotem sporów i protestów). Ograniczenia w obrocie ziemią w rezerwatach z jednej strony sprzyjają zachowaniu integralności grup tubylczych i ich bazy terytorialnej, z drugiej – ograniczają np. możliwości uzyskiwania przez Indian (i ich grupy) kredytów pod zastaw gruntów, a tym samym ograniczają im możliwość rozwoju działalności gospodarczej i budowy domów. Receptą na to mają być wspierane i gwarantowane przez władze specjalne kredyty mieszkaniowe dla Indian z rezerwatów.

W Kanadzie istnieje ponad 600 indiańskich rezerwatów, w większości niewielkich i zamieszkanych przez niewielkie społeczności – zwykle od kilkudziesięciu do kilku tysięcy osób, w większości Indian (pełnoprawnych, czyli tzw. "statusowych", ale też etnicznych Indian pozbawionych federalnego "statusu tubylca" oraz Metysów). Większość z nich zarządzana jest zgodnie z unormowaniami ustawy o Indianach, niektóre – zgodnie z lokalnymi prawami i tradycjami ich mieszkańców.

Podobnie jak w USA, większość rezerwatów w Kanadzie to tereny niedoinwestowane, ubogie i trapione problemami społecznymi (bezrobocie, alkoholizm, narkomania, samobójstwa i przestępczość – w tym osób młodocianych, przemoc w rodzinie, cukrzyca, AIDS). Tylko nieliczne grupy tubylcze posiadają trwałe źródła znaczniejszych dochodów, np. z dzierżawy praw do eksploatacji bogactw naturalnych (kopalin, drewna). Dochodami takimi zarządza w imieniu każdej z grup minister do spraw Indian.

Kanada uznaje historyczne prawa rdzennych Kanadyjczyków (zagwarantowane po części w dawnych traktatach i w obecnej Konstytucji) oraz dąży do naprawy doznanych przez te – suwerenne w pewnym stopniu, ale i upośledzone społecznie grupy – krzywd. Dlatego ziemia w rezerwatach oraz inne dobra należące do grup lub do stałych mieszkańców rezerwatów zwolnione są z wszelkich podatków, poza lokalnymi (umożliwiło to sprzedaż w rezerwatach towarów obłożonych wysokimi podatkami – np. papierosów czy benzyny – po niższych cenach, ale spowodowało też wzrost przemytu i innej przestępczości w rezerwatach graniczących z USA). Działalność gospodarcza prowadzona przez członków Pierwszych Narodów (kanadyjskich Indian i tamtejszych Inuitów) podlega jednak opodatkowaniu na zasadach ogólnych.


www.wikipedia.pl

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Jestem wojownikiem



Jestem wojownikiem,

co idzie przez życie

z podniesioną głową.

Lecz serce wciąż płacze,

a dusza wciąż wzdycha,

myśli ulecieć nie mogą.

W niemej walce,

niczym orzeł na niebie kołujący.

Tak krążę od świtu do nocy.

Bo pragnę przetrwać, 

pragnę zwyciężyć...

sobota, 16 czerwca 2012

Sławni wodzowie indiańscy



  • Amerykański Koń (Żelazna Tarcza)
  • Amerykański Koń 
  • Biała Antylopa
  • Biały Koń
  • Boją Się Nawet Jego Koni
  • Cochise
  • Czerwona Chmura
  • Czarny Jastrząb 
  • Deszcz w twarzy
  • Geronimo
  • Wódz Józef
  • Keokuk
  • Kopiący Ptak
  • Mały Kruk
  • Mały Żółw
  • Mały, którego Koni się Boją
  • Mały Wilk
  • Osceola
  • Pontiac
  • Powhatan
  • Rzymski Nos
  • Samotny Wilk
  • Sekwoja
  • Siedzący Byk 
  • Stojący Niedźwiedź
  • Szalony Koń
  • Tecumseh
  • Waneta
  • Wielka Stopa
  • Wielki Mały Człowiek
  • Wielki Orzeł

http://www.zgapa.pl/zgapedia/S%C5%82awni_wodzowie_india%C5%84scy.html

czwartek, 14 czerwca 2012

legendy Indian Too-tok-a-noo-lah


Wiele księżyców temu dwa małe niedźwiadki zasnęły na skale, która zaczęła rosnąć. Rosła i rosła, aż ona – i niedźwiadki – dosięgła nieba. Matka niedźwiedzica, kiedy to dostrzegła, bardzo się zdenerwowała i postanowiła zebrać wszystkie zwierzęta, by pomogły uratować jej maleństwa. Wszystkie zwierzęta, w tym również potężny grizzly, próbowały – ale bez skutku.
Zwierzęta były smutne i zrezygnowane, gdy nagle zjawiła się najmarniejsza z istot, zwykła gąsienica – too-tok-a nah. Centymetr po centymetrze, dzień po dniu wędrowała do góry, mierząc i przemierzając bezkresną skałę, aż wreszcie dotarła do samego szczytu, gdzie siedziały dwa głodne i wystraszone niedźwiadki. Legenda mówi, że sprowadziła maluchy na dół bezpiecznie, tą samą drogą, którą sama przyszła na szczyt.

Wszyscy synowie i córki plemienia Ahwahnee postanowili uczcić małą too-tok-a nah i nazwali wyniosłą skałę Too-tok-a-noo-lah. Białe twarze zowią tę skałę El Capitan.

legenda Indian Ahwahnee

http://tradycja.wikia.com/wiki/Too-tok-a-noo-lah_(legenda_Indian_Ahwahnee)

środa, 13 czerwca 2012

terytorium Dakotów



Siedem bialych tipi na mapce obok oznacza siedem "narodow" Siouxow.
Jak juz wspomnialem Siouxowie nazywali siebie Ochethi Sakowi, co znaczy tyle co "Siedem Ognisk".
Te siedem "ognisk" lub "narodow" tworzyli: Mdewkantoni, Sisseton, Wahpeton, Wahpekute, Yankton, Yanktonai i Teton (bardziej znani pod nazwa Lakota)
Linie ciagle i kropkowane oznaczaja zwiekszanie sie ziem Lakotow.
Wskutek licznych (i zwycieskich) wojen Lakoci bardzo znacznie powiekszali swe ziemie kosztem swych sasiadow: Wron, Arikara, Czejenow, Arapahow, Kiowow, Gros Ventres, Assiniboinow, Ponca i Paunisow. Po konie, skalpy i jecow organizowali dalsze wyprawy wojenne. Od atakow Lakotow ucierpieli Szoszoni, Omaha, Utahowie, Czarne Stopy i Plaskie Glowy.
Znaczenie numerkow (1. 2. 3. 4. 5.) na mapie:
1. Lakoci przepedzaja Czejenow, Kiowow i Wrony z Czarnych Gor i obszarow polozonych na
poludnie i zachod od nich. Kiowa odchodza na poludnie od Platte a Wrony na zachod od rzeki
Prochowej (ang: Powder). Czejeni przenosza sie na ziemie lezace miedzy Polnocna Platte i
Arkansas.


2. Choć ziemie lezace pomiedzy Polnocna i Poludniowa Platte uwazano za wlasnosc Czejenow
to wielu Oglalow i Brulow tam obozowalo i polowalo. Gdy podczas jednego ze spotkan z bialymi
ustalano granice miedzyplemienne, Oglala i Brule twierdzili ze te ziemie naleza do nich poniewaz
... oni tam poluja. Niektorzy z Oglalow mieli nawet wieksze roszczenia terytorialne. Na przyklad
Czarny Jastrzab z Oglalow powiedzial wyslannikowi rzadu amerykanskiemu Gen. Mitchellowi
"Zyjemy tam gdzie polujemy, czyli pomiedzy rzekami Platte i Arkansas, i [wzgorzem] Red Butte."
Na twierdzenie ze te ziemie nalezaly do innych plemion, Czerwony Jastrzab odpowiedzial tak
"przepedzilismy ich, zachowalismy sie tak jak bialy czlowiek kiedy chce zabrac ziemie Indianom."
Co ciekawe, George Grinnell twierdzi ze gdy w Styczniu 1865 setki wojownikow Lakotow, Czejenow
i Arapahow opuscili swe wioski nad strumieniem Cherry Creek i ruszylo w kierunku Julesburga, to
te wielka watahe prowadzili Lakoci, ktorzy lepiej znali rancza i stacje dylizansow lezace w okolicy
tej osady niz Czejeni. Czyli ze mimo faktu ze to byly teoretycznie ziemie Czejenow to Lakoci czesciej
tam przebywali i lepiej je znali.
(Grinnell pisze w 'The Fighting Cheyennes' na str. 182: "The Sioux led the march because they knew
the location of the ranches and stations near Julesburg better than the Cheyennes, who did not often
visit that region." A w 'Life of George Bent' na str. 181: "The Sioux knew this country north of the
South Platte best, and so their chiefs led the march and picked out the camping places.")


3.Wskutek waśni zakonczonych zabiciem jednego z wodzow, nastapil podzial szczepu na
Polnocnych i Poludniowych Oglala. Mniej liczni Poludniowi Oglala przeniesli sie na poludnie
od rzeki Platte, na ziemie nalezace do Poludniowych Czejenow. Poludniowi Oglala docierali nawet
nad Arkansas.)
Prawde powiedziawszy to Brule dotarli nad Arkansas jeszcze przez Poludniowymi Oglalami.
Otoz gdy handlarz Bent wybudowal fort nad ta rzeka, wyslal goncow do Brulow z zaprosinami.
Brule znali Benta poniewaz ten poprzednio handlowal na ich ziemiach. (Do wyprawy Brulow
- a wlasciwie jednego z ich podszczepow - nad Arkansas doszlo w 1828 roku. W drodze powrotnej
Brule natkneli sie na Paunisow i stoczyli zwycieska potyczke.)


4.Oglala Szalonego Konia i ich sojusznicy zajeli ziemie lezace na zachod od rzeki Prochowej (Powder).
Otoz gdy Wrony sprzedali swe ziemie w zamian za rezerwat, Lakoci weszli na nie uznajac je za swoje.
Tak wiec pod koniec lat 1860 granica miedzy Lakotami i Wronami nie przebiegala juz wzdluz rzeki
Prochowej ale wzdluz Gor Wielkorozca. Grupy Lakotow i Czejenow zapuszczaly sie nawet na zachod
od tych gor. Na tych ziemiach Lakoci stoczyli slynne bitwy z armia USA w tym tzw. Masakra oddzialu
Fettermana, calkowite rozbicie oddzialu Generala Custera nad Little Bighorn, itd. Setki "bladych
twarzy" stracilo zycie w tych krwawych wojnach.


5.Hunkpapa Siedzacego Byka i ich sojusznicy zajeli ziemie lezace miedzy rzekami Yellowstone i
Missouri poprzednio nalezace do Gros Ventres, Assiniboinow i Wron. Na tym obszarze mialy miejsce
ostatnie walki Siedzacego Byka i jego zwolennikow z oddzialami armii amerykanskiej. Potem Indianie
wycofali sie do Kanady.
Na wiosne 1871 roku ponad 6.000 mezczyzn, kobiet i dzieci Nakotow (szczep Yanktonai) i Dakotow
(uciekinierzy po powstaniu w Minnesocie w 1862) przenioslo sie ze swoich ziem lezacych na wschod
od Missouri do Montany, nad rzeka Mleczna. Zwabila ich do tego obszaru obfitosc bizonow. Wkrotce
sladem Nakotow i Dakotow poszla grupa Lakotow zlozona z Hunkpapow i ich sojusznikow. Poniewaz
te ziemie nalezaly do Gros Ventres, Assiniboinow i Kri wiec wkrotce rozpoczely sie walki.
Dla Indian zamieszkujacych doline rzeki Mlecznej Amerykanie utworzyli duzy rezerwat i wybudowali
Fort Belknap w ktorym Indianie mogli odbierac porcje zywnosciowe i inne rzeczy. Wojsko takze staralo
sie zapobiegac konfliktom miedzy plemionami na terenie rezerwatu. Handlarze z Fortu Peck przybywali
do rezerwatu aby kupic skory i futra od Indian. W kilku takich spotkaniach handlowych uczestniczyl
Siedzacy Byk.
Oczywiscie Lakoci nie zamierzali zostac w rezerwacie. Po odebraniu racji zywnosciowych odeszli aby
walczyc na poludniu z Wronami i zolnierzami. Podczas jednego ze spotkan Hunkpapow z agentem do
spraw indianskich w Montanie, Andrew Simmonsem, w Listopadzie 1871, wodz Czarny Ksiezyc
domagal sie aby biali opuscili Fort Buford i osiedle polozone u ujscia rzeki Muszelkowej. Czarny Ksiezyc
wyjasnil ze ziemie polozone w centralnej Montanie, w tym takze wokol ujscia rzeki Muszelkowej, zostaly
zabrane Wronom i Gros Ventres i teraz naleza do Lakotow. (Utley pisze na str. 95: "[...] and abandon
Fort Buford and the settlement at the mouth of the Musselshell. This country belonged to the Lakotas.
They had taken it away from the Crows and Gros Ventres, and now if necessery, the young men would
throw their lives away fighting the soldiers.")