czwartek, 23 sierpnia 2012

Legendy Indian Lalka bez twarzy

Legenda Irokezów

Trzy irokeskie siostry, Ziarno, Fasola i Kabaczek były trzema duchami-żywicielami. Z początku, duch Ziarno był tak szczęśliwy będąc duchem-żywicielem, że poprosił Stworzyciela o więcej możliwości uszczęśliwiania i pomocy ludziom. Więc Stworzyciel zaczął robić lalkę zrobioną z łusek zbożowych. Utworzył jej piękną twarz i dał ją irokeskim dzieciom. Ale lalka, w miarę jak przechodziła z wioski do wioski, od dziecka do dziecka, gdzie nieustannie wychwalano jej piękno, stała się tak próżna, że Stworzyciel zganił ją i poprosił aby powstrzymała się od takiego zachowania. A jeśli Go nie posłucha, będzie musiał ją ukarać. Lalka zgodziła się i usiłowała być bardziej pokorna. Ale jednego dnia, idąc przez zatoczkę, spojrzała do wody i zatrzymała się, by podziwiać piękno swojego odbicia. Stworzyciel, jednakże wszystko widział. Wysłał olbrzymią sowę z nieba, by przechwyciła jej odbicie w wodzie. Od teraz, gdy znów spojrzy w wodę aby podziwiać swoje piękno, nie ujrzy swojego odbicia. Już nigdy więcej nie będzie mogła widzieć swojej twarzy ani podziwiać swojego wyniosłego piękna. Odtąd, kiedy matka Irokezka daje lalkę swojemu dziecku, zwykle lalka nie ma twarzy. Opowiada wtedy dziecku legendę o łuskowej lalce. Irokezi pragną by ich dzieci cenili unikalne prezenty, które Stworzyciel dał każdemu z nich, ale nie okazywali swojej wyższości fizycznej czy intelektualnej nad innymi.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

dla ziemi syna


I choć wiatr cztery

mogiłę dawno rozsypały,

ziemia umiłowana.

imię jego zapamiętała.

W miejscu gdzie upadł,
 
krew swoją wylał,
 
kwiat przecudny wydała,

na chwałę swego syna.


czwartek, 16 sierpnia 2012

Legendy Indian: Kojot & Ten, który Nigdy NIe Urośnie


Legenda Indian Wichita

Pewnego razu kojot pędził przez prerię i zobaczył TEGO, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE , najmniejszego węża, wygrzewającego się na dużej, płaskiej skale.
"Ty jesteś mały," powiedział kojot. "Nigdy nie chciałbym być tak mały jak ty. Popatrz na mnie. Powinieneś być tak duży jak ja."
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE obejrzał kojota od góry do dołu i wyciągnął długi i rozwidlony język.
"Pokaż mi swoje zęby", powiedział kojot.
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE otworzył szeroko pysk, by pokazać małe zęby.
"Popatrz na moje zęby." Kojot warknął, i pokazał duże, ostre kły. "Bez wysiłku mógłbym przegryźć cię na pół."
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE znowu wyjął strzępiasty, długi język.
"Ugryźmy jeden drugiego i zobaczmy, kto jest potężniejszy," powiedział kojot.
"Jesteś tego pewien?" spytał TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE.
"Tak."
"Przyjmuję wyzwanie."
Kojot ugryzł tak mocno, że prawie odgryzł głowę TEGO, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE.
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE ugryzł kojota.
"Teraz pójdę poza zasięg twojego wzroku, wtedy zawołamy jeden do drugiego, by się zorientować jak się każdy z nas czuje." Kojot popędził przez wysoką trawę poza zasięg wzroku przeciwnika i krzyknął. "Hej!"
"Hej," TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE odpowiedział słabo.
"Hej!"
"Hej," TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE odpowiedział jeszcze słabiej.
Kojot ucieszony sukcesem wielokrotnie wołał i nasłuchiwał odpowiedzi od TEGO, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE, którego głos stawał się coraz słabszy. "Nigdy nie wątpiłem, że zabiję tego węża," szemrał kojot.
Po pewnym czasie, kojot zauważył, że miejsce gdzie go ugryzł wąż spuchło a powstała rana zaczęła boleć. "Hej." Ale dźwięk jego głosu nie był jak głośny jak poprzednio. Wkrótce rana na ciele kojota jeszcze bardziej zaczęła boleć i bardzo mocno spuchła.
"Hej!" TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE odkrzyknął głośno i wyraźnie.
"Hej," powiedział miękko kojot.
"Hej!" TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE znów zakrzyknął.
Kojot nie odpowiedział.
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE podpełzł przez trawę w stronę kojota. Zwierzę leżało martwe.
TEN, KTÓRY NIGDY NIE UROŚNIE pozostawił ciało kojota i wrócił do wygrzewania się na skale.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Taniec Ducha



Na ostatnią nadzieję

pragnęli się porwać.

Na szansę wolności,

życia starego.

Taniec Ducha

miał im to darować.

Chwile nadziei

jak krople wody ożywcze.

Życie ducha wzniosłego

wobec świata okrutnego.

Wolność więdnie w oczach waszych,

sens życia tonie.

Taniec Ducha z gruzów powstaje,

lecz wkrótce i z niego

nie zostanie na kamieniu 

kamień....

czwartek, 9 sierpnia 2012

legendy Indian: kruk i .świetlna kula

Dawno, dawno temu kruk spojrzał w dół i zobaczył, że ludzie żyją w ciemnościach. Świetlną kulę ukrywał stary i samolubny wódz. Kruk zamienił się w świerkową igłę i spadł do rzeki, do której córka wodza przyszła napić się wody i połknęła świerkową igłę. Zaszła w ciążę i urodziła syna, kruka w ludzkim ciele. Chłopiec płakał tak długo dopóki wódz nie dał mu do zabawy świetlnej kuli. Kiedy ją otrzymał, zamienił się w kruka i poszybował ze światłem ku niebu. Odtąd przestaliśmy żyć w ciemnościach.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Taniec Słońca


Wyrzeczenia, umartwianie się czy udręki wiążące się tak często z indiańskimi tańcami są ofiarą składaną mocom, którym poświęcony jest taniec. W Ameryce Północnej ofiara taka osiągnęła szczytowy wyraz w Tańcu Słońca. Rytuał związany z tym tańcem był najważniejszym obrzędem przystosowanym do zmieniającej się sytuacji ekonomicznej plemion Prerii i Równin, w którym – podobnie jak i w wierzeniach Indian tego obszaru – odnajdujemy ślady kultów agrarnych.
Tahca Ushte (Lame Deer – Kulawy Jeleń), czarownik Dakotów, pisze w swej książce pod tym samym tytułem, że Taniec Słońca jest najstarszą i najbardziej uroczystą z wielkich ceremonii. Uważa on tę ofiarę za oddanie się pod opiekę Wakan Tanka. Możliwe, że pierwotnie był to także rytuał płodności. Stanowi on tylko część wielkich dorocznych obrzędów, których przedmiotem jest ustąpienie Wielkiego Potopu, taniec bizona i ceremonia wtajemniczenia młodzieży, połączone w jedną całość.
Głównym celem tej uniwersalnej i charakterystycznej dla Indian Prerii i Równin uroczystości było duchowe i cielesne oczyszczenie przez torturowanie samego siebie, a sama tortura pewnego rodzaju samogloryfikowaniem się jednostki, przez co taniec wyrażał indywidualny stosunek Indian do sił najwyższych. Był to taniec umierającego i na nowo ożywającego słońca, taniec umierającej i odradzającej się siły męskiej, taniec dziękczynienia i ofiary składanej gwiazdom.
Sama ceremonia i częstotliwość jej wykonywania były różne w różnych plemionach. U jednych ludów Taniec Słońca wykonywano bardzo rzadko, u innych zaś gromadziła całe plemię raz na rok. Stanowiła ona najważniejsze wydarzenie dla tysięcy osób w czasie letniego przesilenia. Do tej ceremonii przygotowywano się przez cały rok. Organizowano ją przed rozpoczęciem polowań na bizony, kiedy preria obficie pokrywała się trawą i nie było kłopotów ze zdobyciem pożywienia.
Szczytowy rozwój Taniec Słońca przypadał na początek XIX w. i był związany z rozkwitem kultury Wielkich Równin. Obrzędu dokonywało około dwudziestu plemion Prerii. Wiadomo, że istniał on wśród plemion Arapaho, Cheyenne, Siksika, Cree, Dakota, Assiniboin, Mandan, Crow, Ponca, Omaha, Shoshoni, Ute, nie spotykano go jedynie u Paunisów i Wichite oraz u kilku południowych plemion z rodziny Sju. Szczególnie dużą wagę do obrzędu Tańca Słońca przywiązywali Dakotowie, Czejenowie i Arapahowie.
W celu odbycia ceremonii Tańca Słońca w określonym miejscu zbierało się całe plemię, co dawało poczucie jedności, umożliwiało zawieranie znajomości wśród młodzieży oraz wskazywało na siłę zjednoczonego w swym kole plemienia. W zwykłych obozach, w codziennym życiu, Dakotowie ustawiali tipi w równoległych szeregach, z wejściami do namiotu skierowanymi na wschód. Natomiast podczas uroczystości Tańca Słońca obóz rozbijano w kształcie dużego kręgu, do którego środka zwrócone były otwory wejściowe. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie organizacji plemiennej, gdzie wszyscy byli sobie równi, a także wzmacniało poczucie wspólnoty. Każdy ród miał swoje wyznaczone miejsce dla rozbijania tipi.
Według powszechnego zwyczaju obóz założony na obrzędy Tańca Słońca nie był nigdy atakowany nawet przez wrogie plemiona. Wszyscy czuli się wtedy całkowicie bezpieczni. Wokół obozu nie rozstawiano straży, ani nie wysyłano zwiadowców. Był to czas powszechnego zawieszenia broni.
O zgromadzeniu w celu odbycia Tańca Słońca w czerwcu 1876 r. tak mówił Siedzący Byk w rozmowie z księdzem Genin: „Nie przybyliśmy tam, by walczyć. Zabraliśmy ze sobą kobiety i dzieci. Chcielismy spotkania wszystkich plemion całego regionu, żeby ustanawiać prawa, zawierać rozejmy, odwiedzać się nawzajem, by umożliwić młodzieży poznanie się, co sprzyja zawieraniu małżeństw. Spotkaliśmy się, tak jak czynili to od pokoleń nasi ojcowie”.
W centrum obozu wznoszono duże tipi. W nim to specjalnie wybrani wojownicy przygotowywali sprzęty liturgiczne, ćwiczyli się w pieśniach, szamani wyjaśniali im znaczenie zbliżającej się uroczystości. Pozostali członkowie plemienia dzielili się na grupy, które zbierały drzewo dla wzniesienia specjalnej konstrukcji. Wokół niej odbywały się ceremonie religijne. Przygotowywano żywność na osiem-dziewięć dni. Niektóre potrawy miały również znaczenie rytualne. Myśliwi zdobywali nową skórę bizonią.
Ceremonie dzieliły się na tajne – dla wtajemniczonych, i publiczne, w których brało udział całe plemię.
Czterodniowe bezpośrednie przygotowania do obrzędów rozpoczynały się od wybrania i ścięcia świętego drzewa, które miało być wkopane w samym środku obozu. Pień tego drzewa był centralnym słupem dla okrągłego wspólnego domu obrzędów, budowanego w samym środku koła obozu z pali osłoniętych ścianami z wierzbowych gałęzi.
Wyboru i ścięcia świętego drzewa mogła dokonać tylko kobieta. Wierzono, że samo ścinanie stanowiło tak wielką świętość, że była ona wprost niebezpieczna. Dlatego zadanie to powierzano przeważnie brance z obcego plemienia, aby nie narażać na niebezpieczeństwo własnych kobiet. Przyniesione do obozu wysokie drzewo, które ustawiano w centrum konstrukcji, uczestnicy ceremonii witali krzykiem, strzelali ze strzelb. Najwyższy kapłan rozpoczynał modlitwy.
Następnego dnia mężczyźni ścinali mniejsze pale na okrągły szkielet budowli, a w trzecim dniu wszyscy zbierali wierzbowe gałęzie, z których pleciono ściany i dach. Kiedy ukończono budowę drewnianej konstrukcji, w której głównym elementem był słup, zawieszano na nim przedmioty o charakterze sakralnym. Towarzyszyły temu tańce wojowników. Przez cały czas długich pląsów tancerze nie otrzymywali napojów. W czwartym dniu rozpoczynały się właściwe uroczystości.
Po wcześniej odbytych postach i oczyszczeniach w saunie, próbie wytrzymałości poddawani byli dobrowolnie zgłaszający się, młodzi mężczyźni, by w ten sposób uzyskać prestiż i pozycję dojrzałych wojowników. Taniec ten był modlitwą, podzięką za doznane dobrodziejstwa lub prośbą o nie. Wielu mężczyzn uczestniczyło w obrzędach Tańca Słońca dla wypełnienia ślubowań złożonych w zamian za pomoc otrzymaną od sił nadnaturalnych. Święty taniec zbliżał człowieka do wszechobecnej natury, łączył go z nią w nierozerwalną całość. Udział w obrzędzie Tańca Słońca mogli brać tylko mężczyźni. Jeśli kobieta prosząc bóstwa o jakąś łaskę ślubowała odbycie tańca dziękczynnego, tańczył za nią jej mąż lub brat.
Uroczystości towarzyszyły uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam Taniec Słońca stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego mężczyźni poddawani byli próbom męstwa.
George Catlin (1796–1872), który obserwował uroczystość w 1834 r. w plemieniu Mandan swój opis rozpoczyna słowami: „Oh! Horribile visu – et mirabile dictu! Chwała Bogu, że to co widziałem już minęło, i że mogę o tym opowiedzieć światu”. Widowisko to wywarło na niestrudzonym wędrowcu i przyjacielu Indian, który przecież przywykł już do niejednego okropnego widoku, tak wstrząsające wrażenie, że kazał sporządzić oficjalny protokół podpisany przez trzech świadków potwierdzających, że jego zapiski odpowiadają prawdzie i że „nic nie jest dodane ani przesadzone”. Niemniej wstrząśnięci byli owi świadkowie oglądający ceremonie, Ernst von Hesse-Wartegg i inni.
Co jest aż tak strasznego w Tańcu Słońca? Otóż chodzi o sposób, w jaki wypróbowuje się męstwo młodych, o sposób odbywania pohk-hong, czyli dobrowolnych tortur.
Główna ceremonia rozpoczynała się specjalnym tańcem błagalnym, w trakcie którego patrzono na słońce, a po zachodzie słońca – na święte przedmioty zawieszone na centralnym słupie. Uczestnik obrzędu wchodził do domu obrzędów w towarzystwie starca, który był jego przewodnikiem i nauczycielem podczas całej ceremonii. Szaman przewodniczący obrzędom siedział w liściastej altance, ustawionej przy zachodniej ścianie budowli. Za nim wisiała drewniana kukła wyobrażająca potęgę Słońca.
Zgodnie z relacją Catlina, w sakralnym tipi stary szaman plemienia, pełniący rolę mistrza ceremonii, wyjaśniał najpierw zebranym znaczenie Tańca Słońca, potem zapalał obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad bólem. Pod ścianami tipi leżeli młodzi ludzie, których specjalnie przygotowywano do tego rytuału przez posty i bezsenność. Wśród zebranych znajdowali się odziani w ozdobne stroje wodzowie i szamani, pełniący niejako rolę sędziów, oceniających zachowanie się młodych wojowników. Ci najbardziej odporni na ból w przyszłości mogli otrzymać dowództwo w różnych niebezpiecznych wyprawach wojennych. Uważano, że wytrzymałość na ból jest oznaką posiadania przez człowieka nadprzyrodzonych mocy, co niejako upoważnia do przewodzenia innym.
Na polecenie przewodnika tancerz zdejmował ubranie, pozostawiając na sobie tylko przepaskę biodrową i mokasyny. Przewodnik malował jego ciało niebieską, czerwoną, żółtą i zieloną farbą. Ręce i nogi z reguły malowano na czerwono, natomiast niebieskie pasy przeciągnięte przez ramiona stanowiły znak niebios. Świeże wierzbowe gałązki przywiązywano do przegubów rąk i kostek u nóg. Potem wręczał mu świstawkę ze skrzydła orła.
W pewnej chwili w środku tipi zajmowali miejsca dwaj wojownicy, w tym jeden z nożem do skalpowania, drugi miał w ręku przygotowane zaostrzone drewniane kołeczki. Podchodzącym do nich młodym ludziom przebijano skórę, przez którą przeprowadzano kołki. Nacięcia te wykonywano po obu stronach pleców i piersi wojownika. Czasami nacięcia wykonywano od nadgarstków aż po barki. Obficie brocząca z ran krew tworzyła „szkarłatny koc” ofiarowany Wielkiemu Duchowi (np. Wakan Tanka u Dakotów). Do tych przewleczonych przez skórę drewienek podwiązywano dwa rzemienie. Niekiedy rzemienie przepychano bezpośrednio pod skórą narzędziem przypominającym szydło – nie stosowano wtedy drewnianych kołeczków.
Przy dźwiękach fletów, grzechotek i bębnów mężczyzna zaczynał rytmicznie tańczyć, to zbliżając się, to oddalając od słupa, do którego przywiązane były rzemienie. Tancerz ciągle zawodził modlitewne prośby, bez jedzenia i bez choćby kropli wody tańczył przez długie godziny, z reguły blisko dobę. Niekiedy na dany przez szamana znak podciągano rzemienie do góry, podrywając gwałtownie poddającego się próbie człowieka. Gdy jego ciało zawisło, do drewienek obserwatorzy przywiązywali i inne przedmioty (na przykład czaszki bizonów), co wzmagało ból, po czym tancerz znowu zostawał podniesiony do góry około dwóch metrów nad ziemię. Potem dochodziło do pomnożenia jego cierpień poprzez obracanie wiszącego ciała, by zmusić go do krzyku, który natychmiast przemieniał się w modlitwę do Ducha Słońca o opiekę w tej straszliwie próbie. Kiedy młodzieniec tracił przytomność (czyli stawał się „zupełnie nieżywy” lub „przechodził przez śmierć”), jego rytualni „oprawcy” odstępowali i na pewien czas zawieszali ciało nieruchomo nad ziemią. Na znak szamana opuszczano je na ziemię. Powracająca świadomość przynosiła wizje, będące osobistym przeżyciem Indianina. Torturowanie miało na celu uwolnienie się od wszystkich powpinanych w ciało przedmiotów. Torturowanemu nie wolno było pomagać. Przez cały czas pozostawał pod opieką sił nadprzyrodzonych, które same wyprowadzały go ze stanu omdlenia. Potem pomocnicy szamana uwalniali go od rzemieni. Po odzyskaniu przytomności tancerz Słońca musiał pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia ku czaszce bizona, gdzie siedział inny szaman. Trzymał on w ręku toporek. Tancerz pragnął złożyć dodatkowy dar siłom nadprzyrodzonym: był nim mały palec lewej ręki, który mu odcinano.
„Niewzruszony spokój, z jakim każdy z nich znosił tortury, przechodzi wszelkie pojęcie. Każdy zachowywał ten sam niezmienny wyraz twarzy. Gdy słyszałem, jak nóż krajał ich ciało, gdy czułem to niemal na sobie, oni spoglądali na mnie z łagodnym uśmiechem, a mnie mimo woli płynęły z oczu nie dające się powstrzymać łzy” – pisze Catlin.
Przez takie próby przechodziło kilku młodych ludzi. Po krótkim odpoczynku zostawali wyprowadzeni na centralny plac, by na oczach całego plemienia dokończyć Taniec Słońca. Polegało to na uwolnieniu ciała od pozostałych powpinanych w nie przedmiotów. Każdemu z tancerzy pomagali dwaj młodzi wojownicy. Owijali oni nadgarstki tancerza rzemieniami i rozpoczynała się ceremonia tzw. „ostatniego wyścigu”. Na rozkaz szamana zaczynał się powolny marsz. Dopóty wleczono ofiary za sobą, dopóki wszystkie drewienka tkwiące w skórze nie rozerwały jej po zahaczeniu o jakąś przeszkodę terenową. Czasami pomagali w tym widzowie, którzy rzucali się na torturowanego tancerza. Często tancerz „umierał” wtedy po raz drugi. Gdy teraz odzyskiwał przytomność, mógł zawlec się do chaty, gdzie rodzina przywracała go do zdrowia. Blizny na ciele wojownika były przedmiotem dumy. Interesujące jest, że rany zadane młodemu wojownikowi w Tańcu Słońca szybko się zabliźniały dzięki lekom ziołowym stosowanym przez szamanów.
Ze względu na samotortury i wizje, rząd federalny w 1881 r. wydał zakaz uprawiania Tańca Słońca. Większość kultów starali się likwidować misjonarze, którzy upatrywali w nich źródło jedności i siły jednostki utożsamiającej się ze swoim plemieniem i jego kulturą. Biuro do Spraw Indian upoważniło agentów do wzywania pomocy wojska w wypadku prób powracania do tego rytuału. Jednak mimo zakazu nie udało się wyprzeć Tańca Słońca – w tajemnicy był on nadal uprawiany w odosobnionych miejscach rezerwatów na całym obszarze Wielkich Równin, choć w nieco zmienionej formie. Brakowało już w tym okresie niektórych przedmiotów rytualnych, potrzebnych do prawidłowego odprawienia obrzędu. Skóry i głowy bizonie były rzadkie i bardzo drogie, czasem więc używano w ich zastępstwie kupionych od farmerów skór i głów bydła domowego. Wśród Indian Ute i Szoszonów pojawiła się też około 1890 roku  nowa wersja tego tradycyjnego obrzędu. Uczestnicy przez kilka dni pościli, zadawali sobie rozmaite cierpienia, czasem nawet trwałe okaleczenia, w celu uzyskania siły nadprzyrodzonej. Elementy tradycyjnej obrzędowości zostały zatem połączone w nowy zespół kulturowy.
 Zakaz został zniesiony dopiero w 1934 r. i Taniec Słońca przeżywał w połowie XX wieku zadziwiający renesans. Obecnie tylko w bardzo rzadkich przypadkach biały mógłby uczestniczyć w tak świętym widowisku.


http://wieszwal.republika.pl/pliki/taniecsl.htm

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Wiatr



W drzew ramionach lekkie tchnienie,

ciche westchnienie,

szloch przejmujący,

krzyk rozdzierający.

Duszy ziemi 

o Indian cierpieniu.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Indianie obrazy

"Zwycięstwo Indian nad Little Bighorn"
uwielbiam ten obraz.. Indianie zdobywający Amerykański sztandar. 

czwartek, 2 sierpnia 2012

legendy Indian: Kłótni wiatru i burzy


legenda Apaczów

"To ja utrzymuję porządek na tej zielonej ziemi," powiedział wiatr. "To ja wykonuję całą pracę."
"Nieprawda", powiedziała burza. "To dzięki mnie świat jest taki a nie inny. Ja wszystko robię."
"Moja władza jest największa." Wiatr dmuchną mocno, rozrzucając gałęzie, by udowodnić swoją rację.
"Ziemia potrzebuje mnie." burza zagrzmiała rozgniewana.
"Nie tak bardzo jak mnie."
"Udowodnij to." zagrzmiała burza i odleciała daleko, by nie pozostawać w pobliżu wiatru.
Wiatr zawył i korzystając, że jest sam pomyślał: "Mogę sam pracować. Tak czy inaczej to ja utrzymuję porządek. Sprawię, że rośliny urosną."
Aby to udowodnić, Wiatr zaczął dmuchać. I dmuchał. I dmuchał. Ale żadne rośliny nie urosły. Ziemia powoli zmieniła kolor. Już nie była jak dawniej zielona, ale stała się brązowa, pozbawiona wody i spieczona przez wiatr.
W końcu Wiatr przyznał, że te pochopnie powiedziane słowa nie były prawdziwe. Ziemia potrzebowała burzy.
Wiatr zbliżył się do burzy. "Nie mogę działać samemu. Ziemia potrzebuje nas obojga. Na równi Ciebie i mnie. Chcę, byś znów pracowała z mną."
Burza coraz głośniej i głośniej zagrzmiała wyrażając zgodę. Wkrótce na Ziemię spadł deszcz. Rośliny zazieleniły się i zaczęły rosnąć.
Wiatr poszedł za burzą, szczęśliwy, znów szeleścił w łodygach wysokich traw.
Od tego momentu, burza i wiatr współpracowały, troszcząc się o Ziemię.

środa, 1 sierpnia 2012

grupa krwi i geny Indian



Grupa krwi jest kluczem, ktory otwiera drzwi do zdrowia, choroby, i odpornosci psychicznej. Decyduje o podatnosci na choroby i o upodobaniu do zywnosci. Okolo 40 tysiecy lat temu nasi przodkowie zajeli najwyzsze miejsce w lancuchu pokarmowym jedzac prawie wylacznie mieso. Bylo to wynikiem stylu zycia lowcy, mysliwego, typowego dla ludzi epoki kamiennej. Organizmy naszych przodkow przystosowaly sie do pozywienia, ktore zawieralo w wiekszosci mieso upolowanych zwierzat, a ich wyznacznik antygenow grupowych mial strukture okreslana dzis jako grupa "O". Wspolczesni ludzie z grupa "O", by chronic swoje zdrowie powinni jesc wzglednie duze ilosci miesa.
Wsrod Indian prerii (Lakota Sioux, Nakota Sioux, Dakota Sioux, Komancze, Kiowa, Czejeni, Arapahowie, Czarne Stopy, Osedzowie, Apacze Prerii itd.) dominuje grupa krwi "O". Wlasciwie jest ona bardzo rozpowszechniona wsrod wszystkich Indian Ameryki Polnocnej i Poludniowej. Uczeni oceniaja ze 70-90 % Indian obu Ameryk posiada grupe krwi "O". Do nielicznych wyjatkow nalezo Czarne Stopy. Wedlug "Racial and Ethnic Distribution of A B O Blood Types" zaledwie 17 % tego plemienia ma grupe krwi "O". Za to az 100 % Indian z plemienia Bororo w Brazylii ma te grupe krwi.

  • USA (Indianie) - 80 % z grupa krwi "O"
  • USA (murzyni) - 49 %
  • Irlandia - 47 %
  • Islandia - 47 %
  • USA (biali) - 45 %
  • Anglia - 37 %
  • Francja - 36 %
  • Niemcy - 35 %
  • Izrael - 32 %
  • Wegry - 31 %
  • Polska - 31 %

Wzrostowi ludnosci towarzyszyl spadek liczebnosci dzikich zwierzat. Nasi przodkowie z grupa krwi "O" musieli znalezc inne zrodlo pozywienia. Zaczela rozwijac sie produkcja oparta na rolnictwie i uprawach. Wielu z nich zaczelo spozywac pokarm roslinny. W ten sposób wyksztalcila sie grupa krwi "A", z genetycznym kodem roslinozercy.
Wsrod Indian w USA procent ludzi z grupa krwi "A" jest bardzo niski.

  • Norwegia - 48 %
  • Portugalia - 46 %
  • Szwecja - 44 %
  • Finlandia - 44 %
  • Dania - 44 %
  • Francja - 44 %
  • Anglia - 42 %
  • Niemcy - 43 %
  • USA (biali) - 40 %
  • Polska - 38 %
  • Izrael - 38 %
  • Arabia Saudyjska - 26 %
  • Indie - 23 %
  • USA (Indianie) - 15 % 


Jesli chodzi o kod genetyczny DNA, to wsrod Indian obu Ameryk zdecydowanie dominuja ci z chromosomem Y, grupa Q. Na mapce ponizej czestotliwosc jego wystepowania w Ameryce, Azji i Europie jest oznaczona kolorami:
25-90 % ludnosci, kolor czerwony,
5-25 % ludnosci, pomaranczowy,
2-5 % ludnosci, kolor zolty,
ponizej 2 % oznaczone jest kolorem bialym.
W Europie takich ludzi jest niewielu. Jedynie 2.5 % Norwegow, Szewdow i Slowakow ma dokladnie ten kod DNA. Wsrod Indian obu Ameryk sprawa wyglada zupelnie odwrotnie. Na przyklad 30 % Czipewejow, 60 % Czejenow, 80 % Apaczow i az 90 % Nawahow i Utahow ma chromosom Y (DNA), grupa Q. Co ciekawe to w Azji najwiecej ludzi z takim kodem genetycznym wystepuje nie w Mongolii ale w Rosji, wsrod Czukczow, Ketow, Selkupow i Koriakow. Wszystkie te ludy zyja na Syberii.

poniedziałek, 30 lipca 2012

cicho.....



Cicho. 

Smutno.

Pusto.

I tylko mój krzyk

wiatr niesie tam,

gdzie wolność śpi.


Cicho. 

Smutno.

Pusto.

I tylko mój krzyk

wiatr niesie tam,

gdzie jesteście WY.


czwartek, 26 lipca 2012

Legendy Indian ZBOŻE, MŁYNEK I KOJOT

Legenda Indian Caddo 

Pewna kobieta mieliła zboże w swoim ulubionym młynku zrobionym z pnia drzewa. Młynek miał wieko, był wygładzony, szeroki na dwie stopy i na trzy, cztery stopy wysoki. Kobieta wrzuciła do środka zboże i mieliła je na mąkę przy pomocy pala umieszczonego wewnątrz młynka. W miarę jak mieliła, zauważyła, że więcej zboża znikało, niż wytwarzało się mąki. Po zmieleniu całego zboża okazało się, że uzyskała niewiele mąki. Zawołała inną kobietę i poprosiła żeby ta zmieliła jej zboże patrząc czy stanie się podobna rzecz. Druga kobieta zmieliła całe zboże, ale także uzyskała z niego niewiele mąki. Teraz obydwie stały zdziwione. Zawołały trzecią kobietę, która z werwą mieliła i mieliła, ale niewiele mąki zastąpiło całe zboże, które wrzuciła do środka. Znów to samo. Teraz wszystkie trzy stały zastanawiając się, jak to się działo. Przedyskutowały sytuację i doszły do wniosku, że coś jest nie tak z młynkiem. Obejrzały go dokładnie, od góry i od dołu i zrozumiały, że nie był to ten sam młynek, którego zawsze używały. Jedna z kobiet rozrąbała młynek na pół siekierą, tak, aby mogły mu się przyjrzeć od wewnątrz. Gdy podeszła bliżej aby go obejrzeć, młynek obrócił się na bok i potoczył po ziemi. Kobiety aż podskoczyły ze zdziwienia. Wtem ze środka wyskoczył kojot i uciekł. Kobiety się roześmiały. Zrozumiały, że kojot ukrył stary młynek a sam zamienił się w inny, aby zjadać ich zboże.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Zła modlitwa




Modląc się,
prosił o przebaczenie.
Modląc się,
błagał o wsparcie.
By mógł wygrać walkę
przegnać białego najeźdźcę.
Z promieniem słońca
na twarzy
wojny znak.
I cóż, że się modlił,
przegrał walkę i tak.
jego modlitwy Bóg go nie chciał,
bo modlił się nie tak.
Lecz wygrał swe życie, 
za ziemię je dał.

czwartek, 19 lipca 2012

legendy Indian: Jelenie i szamani


legenda Komanczów

Pewnego razu Indianie obozowali u podnóża góry, niedaleko płynącego strumienia. Po pewnym czasie zaczęły znikać pojedyncze osoby, co bardzo martwiło Starszyznę. W związku z tym zwróciła się do swoich szamanów. Ci po oczyszczeniu tipi przy pomocy szałwi i słodkiej trawy zaczęli się naradzać.
"Nie ufam tym jeleniom," powiedział szaman.
"Ufam im mniej niż ty," szamanka spojrzała na zbocze góry, gdzie w pobliżu dużej jaskini żyły jelenie.
"Ja podejrzewam, że to one porywają naszych ludzi."
"I trzymają ich w swojej jaskini."
"Aby ich pożreć," powiedział szaman.
"Nasi ludzie nam ufają, wierzą, że będziemy się o nich troszczyć."
"Musimy coś zrobić. "
I szaman i szamanka poszli w górę ku jaskini gdzie mieszkały jelenie.
Jeleń-strażnik stał w pobliżu ciemnego wejścia, blisko niego leżały cztery laski.
"Dzień dobry," powiedziała szamanka. "Jak się miewasz?"
"Wyglądasz na tłustego i najedzonego," powiedział szaman.
"Jakie jedzenie spożywasz?" spytała szamanka.
"Dobrze się odżywiamy," powiedział strażnik. "Może chcielibyście zobaczyć?"
"Tak, z chęcią."
Jeleń-strażnik podniósł jedną z lasek i zapukał w wejście. "Jeden tłusty bawół" – rzekł.
Z jaskini wybiegł bawół.
"Imponujące," powiedziała szamanka.
"Popatrz teraz." Jeleń-strażnik znów uderzył w wejście. "Jedno cielę bawoła."
Cielę bawoła wyskoczyło z pieczary.
"Jestem naprawdę pod wrażenie," powiedział szaman.
"Teraz już wiesz jak zdobywamy nasze jedzenie," powiedział Jeleń-strażnik. "Niczego więcej tu nie zobaczycie."
"Dziękujemy", powiedziała szamanka.
Gdy szamani trochę odeszli, zaczęli do siebie szeptać.
"Nie wierzę, że tylko to mają w jaskini," powiedział szaman.
"Zgadzam się. Musimy odkryć, co tam jeszcze jest."
Ukryli się za dużą skałą, aby rozważyć problem.
"Być może moglibyśmy zamienić kije, kiedy Jeleń-strażnik nie patrzy," powiedział szaman.
"Jeleń-strażnik jest zbyt ostrożny."
"To prawda."
"Oni wkrótce muszą zmienić straże i przez krótki czas nikogo przy wejściu nie będzie," powiedział szaman.
"Musimy wtedy spróbować."
"Tak."
Po cichu skierowali się w pobliże wejścia. Ukryci za skałami i roślinami, patrzyli i czekali. Wkrótce Jeleń-strażnik odszedł, by zawołać zmiennika. Wtedy szamani podeszli do wejścia.
Jedno z nich chwyciło laskę i uderzyło w jaskinię mówiąc: "Dwoje ludzi." Dwaj wojownicy wyszli.
Szaman chwycił laskę i uderzył znów. "Więcej ludzi." Wielu Indian wybiegło z jaskini. Wszyscy mieli łuki i strzały.
Jelenie wybiegły ze wszystkich stron, lecz wojownicy z łatwością odparli ich atak. Kiedy bitwa się zakończyła zwycięstwem Indian, większość jeleni leżała martwa. Szamani zwrócili się do tych, co przeżyli.
"My jesteśmy silniejsi i od teraz to my będziemy was zjadali," powiedział szaman.
"Wasza skóra i kości, całe wasze ciało, będzie wykorzystywane przez Indian," dodała szamanka.
Jeleń-strażnik podniósł głowę. "Tak będzie."

poniedziałek, 16 lipca 2012

Idę wciąż przez życie.....



Idę wciąż przez życie

Nieznaną dotąd drogą.

Dom prawdziwy chcę odnaleźć 

I ostoję moją.

A teraz chaos świata wokół mnie.

Nigdzie wytchnienia znaleźć nie mogę.

Inna jestem i to jest złe.

Nigdzie spocząć nie mogę.

czwartek, 12 lipca 2012

Legendy Indian - o niedźwiedziu co stracił ogień


Legenda Indian Coushatta z Alabamy 


Razu pewnego niedźwiedź wędrował przez gęsty las, jedząc słodki miód z barci, polując na ryby w strumieniach i śpiąc podczas długich zim w głębokich, ciepłych jaskiniach.
Ten silny i potężny niedźwiedź był właścicielem OGNIA. Zawsze nosił GO przy sobie, gdziekolwiek poszedł. Pewnego dnia skuszony mnóstwem smacznych żołędzi, niedźwiedź pozostawił OGIEŃ na ziemi i zabrał się za ich zjadanie zapominając o swoim podopiecznym. Ten wkrótce zaczął przygasać aż się przeraził, że całkiem zgaśnie. W tym czasie niedźwiedź przechadzał się pomiędzy potężnymi drzewami i dalej zajadał się żołędziami. "Pomóż mi!" - OGIEŃ próbował zapłonąć jaśniej, ale mu się nie udało. Niedźwiedź nie usłyszał wołania, ponieważ w tym momencie zauważył ul. Myśli o grubym i słodkim plastrze miodu tańczyły w jego głowie.
"Nakarm mnie!" - rozpaczliwie krzyknął OGIEŃ, który nie podsycany niemal zgasł.
W pobliżu pojawili się Indianie i to oni usłyszeli płacz ognia, lecz zdawali sobie sprawę, że zbliżenie się do niedźwiedzia, właściciela OGNIA, jest bardzo niebezpieczne.
Lecz nie potrafili zignorować bezradnych nawoływań OGNIA.
"Czym się odżywiasz?" - Spytali ludzie.
"Drewnem. Potrzebuję drewna." - odparł OGIEŃ.
Indianie szybko zebrali kawałki drewna ze wszystkich kierunków świata i powrócili do ognia. Położyli gałąź na OGNIU kierując ją na północ. Drugą skierowaną na zachód, trzecią na południe a czwartą na wschód i w końcu ogień zapłonął.
"Uratowaliście mnie." - OGIEŃ rozjarzył się jasno.
Wtem głośny ryk dobiegł spod okolicznych dębów.
To niedźwiedź śpieszył na polanę. Indianie rozproszyli się we wszystkich kierunkach, upuszczając z rąk kosze.
Niedźwiedź pochylił się, aby zabrać OGIEŃ, ale szybko cofnął łapę, po raz pierwszy sparzony przez TEGO, którym tyle czasu się opiekował..
"Odejdź", powiedział OGIEŃ. "Zapomniałeś o mnie, więc i ja już nie chcę dłużej ciebie znać."
Niedźwiedź podniósł się i stanął na tylnych łapach, warcząc i jęcząc, ale nic mu to już nie pomogło.
OGIEŃ nie chciał go więcej znać, i to potężne zwierzę zostało zmuszone do odejścia, nie interesując się już ani żołędziami ani miodem.
"Podejdźcie, i podnieście mnie," OGIEŃ zwrócił się do Indian.
"Jeśli zaopiekujecie się mną, ja zaopiekuję się wami."
I w ten sposób Indianie zdobyli OGIEŃ.


poniedziałek, 9 lipca 2012

Uchronić



Nad równinami i puszczami,

na gór szczycie

dusza ma stoi

i kolana swe zgina,

i głowę pochyla,

łzy roni.

I nie wie, co począć ma,

aby to, co zostało,

przed nimi dla Was uchronić.

czwartek, 5 lipca 2012

legenda indiańska


Według wielu wierzeń świat jest pełen dobrych i złych duchów. Kiedyś, dawno temu, złe duchy niezadowolone ze stworzenia człowieka, wypowiedziały wojnę dobrym duchom. Niestety, dobre duchy przegrały wielką bitwę. Złe duchy, by  pokazać, kto rządzi światem i całym kosmosem, sprowadziły z północy śniegi, zimne wiatry, chmury oraz lody i zniszczyły słońce. Z ziemi zaczęły znikać kwiaty, zboża, ptaki, zwierzęta. Było zimno, pusto nieprzyjemnie, a ludziom zaczął głód zaglądać w oczy.
Wielcy wodzowie indiańscy zasiedli do wielkiej narady. "Co robić? Jak przywrócić ciepło i urodzaj?" Stary, szanowany czarownik zabrał głos: "Trzeba ponownie stworzyć słońce! Najdzielniejszy z wojowników musi na zawsze zostawić ziemię i swoich bliskich i udać się w pdróż międzygwiezdną. Wędrując od gwiazdy do gwiazdy musi nazbierać tyle promieni, by wystarczyło na zrobienie nowego słońca".
Po długiej ciszy, wstał młody wojownik Chickovaneg i powiedział, że jest gotów się poświęcić. W ciągu następnych dni przygotował się do wyprawy. Uszył sobie mokasyny - indiańskie buty - z łap upolowanego niedźwiedzia, ubranie ze skóry tygrysa, zrobił też wyjątkowo mocną tarczę i ostry oszczep. Wyruszył na polowanie promieni gwiezdnych. Wędrował tak od gwiazdy do gwiazdy, każdej zabierając niewielką ilość blasku. Pomagał mu Ognisty Wąż, który czasem służył Chicovengowi za most do bardziej odległych gwiazd. Wojownikowi w jego wyprawie próbowały przeszkodzić złe duchy, które za wszelką cenę chciały uniemożliwić powstanie nowego słońca. Na próżno. Coraz więcej promieni gwiezdnych było przyklejonych do tarczy Chicovenga, która z każdą chwilą jaśniała coraz jaśniej, w końcu stała się nowym słońcem. Jego blask przywrócił życie na ziemi.
Nie oznaczało to jednak końca pracy wojownika. Codziennie musiał wędrować po niebie z tarczą i bronić się przed złymi duchami. Zawsze, gdy go wściekle atakowały, rzucał w nie złotymi oszczepami-błyskawicami, a na koniec walki rozkładał na niebie kolorowy most - znak przywróconego porządku i spokoju.

http://www.uniwersytetdzieci.pl/clubs/showselectedarticle/1141

poniedziałek, 2 lipca 2012

Podziękuj Kolumbowi



Co słyszysz? 

Biją bębny.

Zapamiętaj ten dźwięk.

Nie usłyszysz go więcej.




Co widzisz?

Kolor zwycięstwa pokrywa twarze.

Zapamiętaj ten widok.

nie ujrzysz go więcej.




Co czujesz?

Są szczęśliwi.

Zapamiętaj te uczucie.

Nie doznają go więcej.




Podziękuj Kolumbowi.

czwartek, 28 czerwca 2012

indiański mit o powstaniu człowieka



Wielki Wódz - Gichy Manitou - z upodobaniem patrzył na piękny, stworzony przez siebie świat. Wszystko tu było doskonałe. Każde zwierzę miało swoje mieszkanie, każde na własną rękę dbało o siebie. Niepokój Wielkiego Ducha budziły jedynie swary wśród zwierząt o to, kto jest najmądrzejszy i najsilniejszy spośród nich. Rywalizowały wszystkie: niedźwiedzie, wilki, puma, nawet ryby walczyły o panowanie w wodach.

Gichy Manitou postanowił zakończyć te kłótnie i stworzyć prawdziwego władcę przyrody, którego będą się bały wszystkie zwierzęta - człowieka. W tym celu starannie się przygotował: nazbierał drewna na opał, a potem odpoczywał. W tym czasie między gałęzie przeznaczone do spalenia wśliznął się grzechotnik i spryskał je swoim jadem. Kiedy Wielki Duch odpoczął, rozpalił ogień, ulepił człowieka z gliny i włożył go w płomienie, by go wypalić. Ale za krótko trzymał go w ogniu - człowiek był blady, a w dodatku okazało się, że ma zły charakter (za sprawą jadu grzechotnika) i często bywa nieszczery. Tak powstała rasa biała.

Następna próba też była nieudana - Wielki Duch „przypalił” człowieka i tak powstał pierwszy Murzyn. Miał on silne mięśnie, ale był tchórzliwy. Dopiero za trzecim razem Wielki Duch był zadowolony - stworzył pięknego, silnego, mądrego i prawego indiańskiego wojownika.

Pozostałych dwóch ludzi wyrzucił za Wielką Wodę, a Indianinowi zapowiedział, żeby żył mądrze i sprawiedliwie, bo jeśli nie, to zza Wielkiej Wody powrócą biali i czarni, i odbiorą mu piękne, żyzne ziemie, a wtedy Indianie zginą.

http://polski.opracowania.pl/opowie%C5%9B%C4%87_indian_o_powstaniu_cz%C5%82owieka_fragment_powie%C5%9Bci_bia%C5%82y_mustang_sat_okh/tre%C5%9B%C4%87/

poniedziałek, 25 czerwca 2012

kalendarium indiańskie 25 czerwca - świętujemy zwycięstwo nad Little Bighorn

1876 - Nad Little Big Horn doszło do bitwy stoczonej pomiędzy zjednoczonymi siłami Indian (Hunkpapa Lakota, Oglala Lakota, Miniconjou Lakota, No Bows Lakota, Blackfoot Lakota, Cheyenne i Arapaho) a Siódmym Pułkiem Kawalerii Stanów Zjednoczonych dowodzonym przez generała Custera. Cały oddział Custera został wybity do nogi (tzn. 265 ludzi).

wielkie zwycięstwo może i największe i chyba najbardziej znane

Jestem



Jestem młoda.

Jestem ufna.

Chcę kochać Was na słowo.




Jestem młoda.

Jestem nieświadoma życia.

Chcę uczyć się go od Was.




Jestem młoda.

Jestem zagubiona.

Chcę znaleźć w Was mą drogę.

czwartek, 21 czerwca 2012

legendy Indian: legenda o wilkach


W pewnej indiańskiej wiosce,  stary wódz  opowiadał przy ognisku najmłodszym członkom swojego plemienia o życiu. Światło księżyca oświetlało łagodnie jego sędziwą twarz czyniąc go najdostojniejszym z dostojnych. Świerszcze przestawały grać słuchając nauk dziadka.
- W każdym z nas, we mnie, w was, w waszych rodzicach, dziadkach odbywa się walka- mówił. – Jest to straszliwa walka. Walczą dwa wrogie wilki. Jeden reprezentuje: strach, nienawiść, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, fałsz i kłamstwo. Drugi natomiast ukazuje: miłość, radość, zgodę, życzliwość, współczucie, wiara, chęć pomocy i współczucie.
Gdy tak mówił blask ogniska dogasał przerażając dzieci.
- Dziadku, dziadku – pytały. – Który z nich wygra ?
- Ten, którego będziecie karmić… – odrzekł im starzec.

środa, 20 czerwca 2012

wygląd i pióropusz Dakotów,



Obecnie wszyscy Indianie prerii, i nie tylko,noszą pioropusze takie jakie nosili Lakoci.
Siouxowie (Lakoci, Nakoci i Dakoci) zaliczali sie do srednich wzrostem Indian. Najwyzsi byli Czejeni i Wrony, a najnizsi Apacze, Komancze i Utahowie. Clark Wissler podal nastepujace dane na str. 149 w "North American Indians pf the Plains":

1. Czejeni - 174,5 cm
2. Wrony i Omaha - 173,2 cm
3. Arapaho - 172,8 cm
4. Siouxowie - 172,6 cm
5. Czipeweje - 172,3 cm
6. Czarne Stopy - 171,5 cm
7. Paunisi - 171,3 cm
8. Kiowa - 170,9 cm
9. Nez Perces - 169,7 cm
10. Arikara - 169,0 cm
11. Komancze - 167,8 cm
12. Utahowie - 166,1 cm

Jesli chodzi o budowe ciala to Siouxowie nalezeli do przecietnych. Najlepiej wg. bialych zbudowanymi Indianami prerii byli mezczyzni Wron i Osedzow. Najciemniejsza skore mieli Utahowie. Z tego powodu niektorzy nazywali ich Czarnymi Ludzmi. Jednymi z Indian o jasniejszej cerze byli Komancze. Przyczyna tego byla podomniez duza ilosc jencow (kobiet i dzieci amerykanskich i meksykanskich) ktorzy byli przetrzymywani w ich wioskach. Z czasem niektorzy z nich stawali sie zonami, corkami czy synami Komanczow. Ponadto dzieci z mieszanych malzenstw mialy skore jasniejsza. Do Indian o nieco jasniejszej cerze nalezeli takze Mandani mieszkajacy w ziemiankach nad rzeka Missouri. Niektore plemiona nazywaly ich, z lekka przesada, "Bialymi Ludzmi". Jedne z najpiekniejszych twarzy mieli podomniez Czejeni (kobiety i mezczyzni.)

Wojownicy Lakotow mieli dlugie wlosy, w przeciwienstwie do Paunisow, Osedzow, i kilku innych plemion, ktorych mezczyzni golili glowy pozostawiajac tylko czub zwany lokiem skalpowym. Wojownicy Wron mieli najdluzsze wlosy wsrod Indian zamieszkujacych zachod USA. Niektorzy z nich nawet je sztucznie przedluzali wlosami z konskich grzyw i ogonow. Cecha charakterystyczna wygladu Wron, zacietych wrogow Lakotow, byla czupryna zaczesywana do gory. Kobiety Lakotow i wiekszosci sasiadujacych z nimi plemion mialy wlosy splecione w dwa warkoczyki.

Co do roznic miedzy Lakotami i ich sojusznikami i przyjaciolmi Czejenami, to sprowadzaly sie one glownie do strojow. Wielu Czejenow, a szczegolnie Poludniowych Czejenow, nosilo amerykanskie a nawet meksykanskie ubrania i nakrycia glowy. Lakoci w swych ubraniach z wyprawionych skor upolowanych zwierzat wygladali bardziej dziko. Co ciekawe Polnocni Czejeni ubierali sie podobnie do Lakotow i wygladali mniej "cywilizowanie".

Niektorzy Amerykanie twierdzili ze tipi i wioski Arapahow nie sa tak czyste jak Lakotow. Ze kobiety Arapahow maja wieksze twarze i sa nizsze i brzydsze niz Lakotki. Dla Francisa Parkmana wiekszosc kobiet Arapahow byla niska i brzydka ("low stature and mostly ugly").

Kazdy wyczyn wojenny byl oznaczany u Lakotow orlym piorem. Slynny wodz Lakotow, Siedzacy Byk, pierwsze pioro zdobyl w walce z Wronami w wieku 14 lat, a drugie w starciu z Plaskimi Glowami. Po kilkunastu latach mogl sie juz poszczycic pioropuszem. Takich ktorzy zasluzyli na noszenie pioropusza wsrod Lakotow bylo niewielu, na 100 wojownikow nosilo je moze pieciu. (W obecnych czasach niemalze co drugi Indianin widoczny na fotografii ma pioropusz na glowie.) Piora w pioropuszu Lakotow byly ustawione pod pewnym katem, tak jak to widac na fotografii obok. Czasami pioropusz posiadal tzw. ogon, czyli przedluzenie. Inny wodz Lakotow, Czerwona Chmura, mogl sie poszczycic prawem do 80 pior. W niektorych plemionach bylo duzo latwiej zasluzyc na pioropusz niz wsrod Lakotow. Dla tych plemion byl on raczej ozdoba niz czyms co swiadczylo o dokonaniach na sciezce wojennej.
Nie wszystkie pioropusze wygladaly tak samo.
Pioropusze Czarnych Stop  i Czejenow mialy piora ustawione prosto do gory i nie mialy przedluzenia. Takie stojace pioropusze nosili takze wybitmiejsi wojownicy i wodzowie innych plemion. Tzw. Zolnierze Psy zrzeszajacy najwaleczniejszych wojownikow Czejenow zamiast orlich pior uzywali pior wron i krukow. I z nich tez robili swoje pioropusze. Z kolei Komancze lubili dodawac pioropusz do specjalnej czapki ze skory do ktorej byl przytwierdzony jeden lub dwa rogi bizona. Wedlug niektorych bialych wojownicy Komanczow z twarzami pomalowanymi na czerwono lub czarno i z rogami na glowie wygladali jak "pomiot szatana." Swym wygladem budzili przerazenie od Meksyku do Teksasu. Rogi bizona byly takze uzywane przez Lakotow. Co ciekawe, obecnie wszyscy Indianie prerii, i nie tylko, nosza pioropusze takiego typu jakie nosili Lakoci. Niestety wiele z nich wyglada dosc kiczowato, jak na moj gust. Np. piora sa pomalowane na rozowo lub niebiesko.

Jedna z ulubionych ozdob mezczyzn plemion preryjnych byl naszyjnik zrobiony z pazurow groznego niedzwiedzia grizzli.

http://web2.airmail.net/napoleon/_LAKOTA_SIOUX.htm#_i_ich_wyglad_wzrost