sobota, 27 kwietnia 2013

Wojenny ścieżka Indian - uderzenia




W dawnych czasach, jeszcze przed podbojem, zwraca uwagę fakt, że dla pewnych plemion Równin wojna była najistotniejszą sprawą. Wśród wojennych zwyczajów, szczególnie dwa z nich zostały najlepiej poznane i opisane. Są to skalpowanie i zaliczanie uderzeń. Pomimo tego, iż poświęcono im dużo miejsca, są one na ogół źle rozumiane a ich książkowe wytłumaczenie jest bardzo trudne. Istnieje dużo błędnych sądów na ten temat, które trudno naprawić, ponieważ zwyczaje te od dawna nie są praktykowane i znane są one obecnie tylko bardzo starym ludziom.
            W periodyku zajmującym się sztuką użytkową Indian północnoamerykańskich, można było przeczytać:
            „Dawniej, największym osiągnięciem dla Indianina było zdobycie skalpu, lecz wraz z pojawieniem się broni palnej, zabijanie stało się dużo łatwiejsze i duża ilość takich trofeów straciła na wartości. Indianie zaczęli wtedy uważać, że chwalebniejszym czynem będzie dotknięcie ciała wroga laską uderzeń podczas bezpośredniej walki z wrogiem.”
            W jednej z książek o Indianach napisano: „Zwycięstwo wojownika uwarunkowane było od spełnienia jednego z trzech warunków: jeżeli zabił wroga, oskalpował go lub był pierwszym, który dotknął wroga żywego lub martwego. Były to czyny, które sprawiały, że mężczyzna stawał się wojownikiem i mógł się tymi czynami publicznie chwalić, a bycie pierwszym, który dotknął wroga było uważane za czyn największy, możliwy do zdobycia podczas bitwy.”
            Obydwa te cytaty wprowadzają czytelnika w błąd, ponieważ według nich zabijanie lub skalpowanie wrogów równało się ważnością ze zwyczajem zaliczania uderzeń. Wśród plemion, z których zwyczajami jestem zaznajomiony, rzeczywisty kontakt z przeciwnikiem przez dotknięcie go jakimkolwiek trzymanym w ręce przedmiotem lub samą ręką był najdzielniejszym czynem, jakiego mógł dokonać.
            Zabicie wroga było rzeczą dobrą, ponieważ to pomniejszało ich liczbę, oskalpowanie wroga natomiast nie było żadnym ważnym wyczynem i w żaden sposób nie przynosiło to zaszczytu. Zabici wrogowie bardzo często byli pozostawieni nieoskalpowani. Jeżeli jednak wróg został oskalpowany, skóra z jego głowy była zabierana raczej jako trofeum (dla udowodnienia swego czynu) lub do specjalnego tańca jako dobry znak a nie jako coś bardzo ważnego. Dotknięcie wroga jakimś przedmiotem trzymanym w ręce, gołą ręką lub jakąkolwiek inną częścią ciała było uważane za dowód odwagi, był to wyczyn, który sprawiał, że mężczyzna lub chłopiec stawał się godnym zaufania.
            Kiedy wrogi wojownik został zabity, wszyscy znajdujący się najbliżej zabitego wojownika próbowali jako pierwsi dobiec lub dojechać do niego i dotknąć trzymanym w ręce: strzelbą, łukiem, biczem czy też specjalną laską uderzeń. Liczba zaliczonych uderzeń zależała tylko i wyłącznie od wojownika. Ktokolwiek chciał skalpować to skalpował zabitych, lecz ani zabijanie ani skalpowanie nie było uważane za czyn przynoszący zaszczyt, zaś mężczyzna, który dotknął wroga, zdobywał wyróżnienie.
            Według Indian najdzielniejszym czynem było zaliczenie ciosu przez dotknięcie lub uderzenie żywego, niezranionego wroga i pozostawienie go nadal żywego. Taka sytuacja była bardzo powszechna wśród omawianych tu plemion. Bardzo często opowiadanym zdarzeniem był moment, kiedy dwa sobie wrogie plemiona staną naprzeciw siebie i jeden odważny wojownik występował przed swoją linię, szarżował na wroga, przebiegał (lub przejeżdżał) wzdłuż ich linii, uderzał jednego z nich, po czym wracał do swoich. Jeśli natomiast wojownik ten spadł z konia lub jego koń został zabity to cały jego oddział natychmiast ruszał mu na ratunek i przyprowadzał z powrotem do swoich.
            Podczas polowania, nie było wcale niezwykłym dla chłopca lub młodego mężczyzny fakt zabicia zwierzęcia, mimo, że nierzadko było to zwierze bardzo niebezpieczne, niezwykłe było to, że mógł na tym zwierzęciu zaliczyć uderzenie. Znam przypadek, kiedy młodzieńcy ścigali czarnego niedźwiedzia po prerii, zabili go swoimi strzałami, następnie podbiegali do niego by zaliczyć uderzenie.
            Dowodem odwagi dla wojownika było to, że zdołał on pokonać wroga nie używając przy tym broni. Większym zaszczytem był atak z lancą aniżeli z łukiem i strzałami, jeszcze większym było pójście do walki tylko z tomahawkiem bądź kamienną maczugą, lecz najdzielniejszym czynem był atak nieuzbrojonego wojownika (albo z batem bądź też długą gałęzią – czasami nazywanej laską uderzeń). Przy okazji chciałbym powiedzieć, że nigdy kamiennej maczugi nie nazywano laską uderzeń.
            Częstym przypadkiem u Szejenów – w odróżnieniu od innych plemion równin - było to, że mężczyzna, jeśli posiadał swą laską uderzeń i był bez nadziei na powrót do zdrowia, lub zdarzyło mu się jakieś wielkie nieszczęście i był przekonany, że już długo nie pożyje, deklarował wtedy swój zamiar wystawienia się podczas bitwy. W praktyce oznaczało to popełnienie samobójstwa przez desperacki atak na wroga, podczas którego dokonywał kilku odważnych czynów i ginął. Była to oczywiście bardzo honorowa droga do śmierci, chwalebniejsza niż zastrzelenie się, zasztyletowanie się lub powieszenie się. Tak na marginesie warto dodać, że czyny te nie były uznawane za powód do wstydu. Samobójstwo przez powieszenie się było raczej praktykowane przez dziewczyny, których serca zostały złamane przez niespełnioną miłość.
           W 1910 żył jeszcze w Montanie człowiek, który gdy miał siedemnaście lub osiemnaście lat, po długiej chorobie, która wydawało się, że nigdy się nie skończy, zadeklarował swemu ojcu chęć wystawienia się. Ojciec zgodził się i podarował swemu synowi najsilniejsze „leki”, jakie miał. Chłopiec wyjechał na południe z wyprawą wojenną, a jedyną bronią, jaką zabrał ze sobą był mały toporek. Gdy zbliżali się do terenów wrogich plemion, spotkali dwóch Indian Omaha, którzy wracali właśnie z polowania. Oboje uzbrojeni byli w strzelby. Szejen uderzył na nich na najlepszym wojennym koniu swojego ojca. Wyminął jednego z wrogów, który próbował go zastrzelić, lecz jego broń nie wypaliła, młodzieniec wykorzystał to i uderzył przeciwnika swoim toporkiem. Drugi z Omachów wystrzelił do Słonecznej Drogi, lecz ten zdążył się schować za swym koniem, po czym Szejen zrzucił wroga z konia. Oboje zostali przez niego zabici. Spełnił tym swoje przyrzeczenie. Powrócił ze swoimi ziomkami do obozu w wielkiej chwale. Podleczył się i dziś, gdy ma około siedemdziesięciu pięciu lub siedemdziesięciu czterech lat ciągle opowiada historię swojej młodzieńczej wyprawy.
            Szejenowie uznawali uderzenia wrogów tylko do trzech razy, to znaczy trzech mężczyzn mogło dotknąć ciała wroga i otrzymać za ten czyn jakiś zaszczyt. Zaszczyty były „rozdawane” według takiego porządku, w jakim zostały dokonane uderzenia. Następne uderzenia nie przynosiły już zaszczytu. Arapaho uznawali jeszcze czwarte uderzenie. Podczas bitwy członkowie jednego plemienia uderzali wroga bez patrzenia na to, czy został on już dotknięty przez wojownika z sojuszniczego plemienia. I tak, gdy po jednej stronie w bitwie stali Szejenowie i Arapaho, to na jednym wrogu mogli zaliczyć aż siedem uderzeń. Takie postępowanie wprowadzało nieraz wiele zamieszania, na przykład, gdy w bitwie nad Rio Grande del Norte połączone siły Szejenów, Arapaho, Komanczy, Kiowa i Apaczy pokonały Ute.
            Kiedy Szejen dotykał wroga, którego przedtem nikt nie dotknął krzyczał: ah haih’ i wołał: „Jestem pierwszy”. Drugi, który zaliczył uderzenie wołał: „Jestem drugi”. I tak samo trzeci.
            Jest oczywiste, że podczas zamieszania w każdej bitwie miało miejsce bardzo dużo pomyłek i jakiś wojownik mógł wierzyć, że on jest uprawniony do honorów, o których inni myśleli, że należą się im. W tym celu po zakończonej bitwie, zwycięski oddział zbierał się wokół ogniska, na którym zazwyczaj gotowała się strawa (najczęściej bizonie mięso). Na ziemi obok ognia kładziono fajkę i strzelbę. Zainteresowani wojownicy podchodzili do ognia i wpierw dotykając fajki informowali o swoim czynie mówiąc: „Jestem pierwszy”, „drugi”, bądź „trzeci”, tak jak to miało miejsce podczas bitwy. Mogło się też zdarzyć, że jakiś inny wojownik sprzeciwił się mówiąc: „Nieprawda, to ja uderzyłem go pierwszy”. Wtedy dochodziło do sporu, ale różnica zdań była regulowana od razu na miejscu.
            Często te dyskusje bywały bardzo burzliwe. Przywołam tu przypadek, który zdarzył się pomiędzy Paunisami i o którym swego czasu było bardzo głośno. Pewien Siuks został zabity i kilku wojowników (Baptiste Behele – półkrwi Skidi, pomniejszy wódz oraz chłopak bez znaczącej pozycji) pędzili do ciała, aby zapewnić sobie honor bycia tym, który dotknie go jako pierwszy. Baptiste miał najszybszego konia i dojeżdżał już do ciała, gdy w pewnym momencie jego wierzchowiec potknął się i przewrócił, a więc nie mógł już dotknąć go, choć zrobiłby to gdyby jego koń nie potknął się. Nie był to duży problem dla Indian, którzy jednogłośnie przyznali ten honor młodzieńcowi.
            Kiedyś dwóch młodych Szejenów ścigało się, aby dotknąć zabitego wroga. Ich konie biegły równie szybko, chociaż jeden nieznacznie wyprzedzał drugiego. Pierwszy z młodzieńców był uzbrojony w szablę, a drugi, który już prawie wyrównywał, wyciągnął rękę, w której znajdowała się lanca. Szabla była krótsza niż lanca i właściciel szabli miał jedynie szansę na zaliczenie drugiego uderzenia, lecz opuścił swą rękę w dół, chwycił lancę towarzysza i dotknął nim zabitego wroga, czym zapewnił sobie pierwsze uderzenie. Chociaż posiadacz lancy ciągle ją trzymał, to jego ręka na drzewcu znajdowała się za ręką posiadacza szabli i musiał zadowolić cię drugim uderzeniem. Zaliczenie uderzenia lancą było równoznaczne z uderzeniem gołą ręką.
            Ktoś, kto był pewny swoich praw oraz był wspierany przez swoich krewnych podczas dyskusji na placu mógł przy ich pomocy formalnie dojść do prawdy. Mógł korzystać także z uroczystej przysięgi. I tak Szejenowie przysięgali przez potarcie Świętych Strzał i mówili: „Strzały, czy mnie słyszycie? To ja to zrobiłem (lub nie)”. Natomiast Czarne Stopy kładli ręce na główce fajki i wtedy przysięgali.
            U Szejenów w wypadku sporu, kto i jako który dotknął wroga, wymagano dodatkowej przysięgi. Służyły temu pewne rekwizyty: pomalowana bizonia czaszka (czerwony pasek dzielił ją na pół, biegł od środka pomiędzy rogami aż do otworów nosowych, wokół oczodołów pomalowane były czerwone obwódki, prawa część była czarna a na nim okrągła plama, symbolizująca słońce, a po lewej czerwony księżyc; w oczodoły i nozdrza wetknięta była świeża, zielona trawa), która symbolizowała święty szałas [medicine lodge], naprzeciw niej leżała strzelba i cztery strzały symbolizujące święte strzały Szejenów. Przysięgający mężczyzna brał po kolei wszystkie te przedmioty w ręce i wypowiadał powyższe słowa. Na ziemi obok strzał i strzelby umieszczano również patyki długości jednej stopy, w takiej liczbie ilu zostało zabitych wrogów w bitwie, o której dyskutowano.
            W zamieszaniu bitewnym wiele osób zaliczało wiele uderzeń, co powodowało spory, wobec czego przysięga była bardzo pożądana. Na takie przysięgi zbierało się wielu mężczyzn, jak i kobiet, co sprzyjało składaniu świadectw podczas ceremonii. Wódz polecał obwoływaczowi zwołać wszystkie osoby, które domagały się uznania, w porządku, w jakim deklarowane były uderzenia wroga, tzn. wpierw mężczyznę, który uważał, że dotknął wroga pierwszy, później tego, który dotknął jako drugi, itd. Składający przysięgę wojownik podchodził do świętych przedmiotów, wyciągał ręce ku niebu i mówił: Mā ĭ yūn ăsts’ nī āh’tū (Duchowo Siło, wysłuchaj mnie), potem pochylając się kładł rękę na świętych przedmiotach i mówił: Nā nĭt’ shū (Dotknąłem go). Po przysiędze dodawał jeszcze: „Jeśli mówię nieprawdę, mam nadzieję, że wkrótce jakaś kula lub strzała mnie dosięgnie i zginę”.
            Potem ze szczegółami opowiadał jak uderzył wroga. Po nim wzywano ludzi, którzy zaliczyli na tym wrogu drugie uderzenie, a potem trzecie i każdy szczegółowo opowiadał swą historię. Po nich wzywano wojownika, który zaliczył pierwsze uderzenie na drugim wrogu, potem tych, którzy dotknęli go jako drudzy i trzeci. Wszyscy roszczący sobie prawa do honorów opowiadali historię swego dotknięcia.
            Jeśli w takich warunkach, mężczyzna złożył fałszywe oświadczenie, uważano, że na pewno po jakimś czasie on lub ktoś z jego rodziny umrze. Szejenowie obawiali się skutków przysięgi i nawet, gdy nie byli pewni, czy wszystko było tak, jak deklarowali, nie wstawali, gdy wywoływano ich imię. Z drugiej strony ktoś mógł nieświadomie – z powodu jakiegoś przeoczenia lub pomyłki – fałszywie przysiądz, że był pierwszy. Ktoś mógł także świadomie przysięgać fałszywie. W 1862 roku pewien wojownik spierał się z drugim o honor pierwszego uderzenia. Po roku, gdy Szejenowie odprawiali święty szałas [medicine lodge] nad rzeką Republican, zginął i wszyscy byli pewni, że rok temu kłamał.
            Kiedy dwóch mężczyzn usiłowało dotknąć wroga, świadkowie mogli powiedzieć jednemu z nich: „Nie widzieliśmy wyraźnie co zrobiłeś, lecz jesteśmy pewni tego, co zrobił drugi”. W ten sposób można było uniemożliwić komuś zdobycie honoru pierwszego uderzenia. Ludzie, którzy pretendowali do zdobycia uznania byli czynnie popierani przez swoich krewnych.
            Jeżeli za uciekającym wrogiem ruszyła pogoń i jeden z wrogów upadł, bądź odłączył się od swego oddziału oraz był już dotknięty trzy razy, unikając przy tym jakiejś poważniejszej krzywdy, i odłączył się od swoich, to można było na nim od nowa zaliczać uderzenia.
            Jako przykład osobliwości związanych z zaliczaniem uderzeń na wrogu według zasad Szejenów, można przywołać przypadek Żółtej Koszuli. W wielkiej bitwie nad potokiem Wolf w 1838 roku pomiędzy sprzymierzonymi Kiowami, Komanczami i Apaczami a Szejenami i Arapahami po drugiej stronie, na Kiowie, Żółtej Koszuli, zaliczono dziewięć uderzeń. Kiedy atakowano obóz Kiowów, Żółta Koszula walczył pieszo i tam zaliczono na nim trzy uderzenia, lecz nie odniósł żadnej poważniejszej rany. Później dotarł do swojej wioski, dosiadł konia i wrócił do bitwy, gdzie podczas walki zaliczono na nim kolejne trzy uderzenia. Zaraz potem jego koń został zabity, a on złamał sobie nogę. Strzelając z łuku walczył dalej siedząc na ziemi i znowu dotknięto go trzy razy, po czym zabito. Tak zaliczono na nim dziewięć uderzeń i wszystkie zostały uznane. Innym razem dziewięć uderzeń zaliczono na pewnym Paunisie, lecz zdołał on uciec.
            Jeżeli przez jakieś niedopatrzenie trzecie uderzenie nie zostało formalnie zaliczone, to zdjęcie wrogowi na przykład mokasynów, a więc kradzież, uznawano za trzecie uderzenie, ponieważ człowiek, który je zdejmuje, dotyka ciała nieżywej osoby. Uderzenie mogło być zaliczone zarówno na mężczyźnie, jak i na kobiecie i dziecku, ponieważ jeśli kogoś porywano, to najpierw zaliczano na nim uderzenia. Były też inne czyny godne uznania, lecz niemające porównania z honorem dotknięcia wroga. U Czarnych Stóp takim czynem było zabranie tarczy, strzelby, łuku, strzał bądź świętej fajki, przy czym każdemu takiemu wyczynowi mogło towarzyszyć dotknięcie wroga.
            Wśród tego ludu bardzo cenione było pokonanie wroga pieszo i w dawnych obrzędach różnych stowarzyszeń często po obu stronach szyi konia malowano czerwone odciski dłoni, co wraz z innymi rysunkami na brzuchu oznaczało kontakt ciała konia z wrogiem.
            Wśród Szejenów takim dzielnym czynem było porwanie konia. Jeżeli ktoś dotknął wroga i przy okazji zabrał mu tarczę lub strzelbę, zawsze o tym wspominano. Uderzano w bęben za zaliczenie uderzenia, potem za zdobycie tarczy, potem za zdobycie strzelby i potem – jeżeli wojownik oskalpował zabitego – za zdobycie skalpu.
            Wierzę, że głęboki szacunek, jakim się cieszy akt uderzenia wroga, jest pozostałością starego uczucia, które przeważało, zanim Indianie zaczęli używać pocisków, gdy musieli walczyć twarzą w twarz, maczugami lub zaostrzonymi kijami. W takim przypadku tylko ci, którzy się zwarli bezpośrednio, mogli zadać ranę i zdobyć chwałę. Gdy zaczęto stosować strzały, prawdopodobnie ciągle wierzono, że lepiej jest spotkać się z nieprzyjacielem twarzą w twarz, niż zabić go na odległość.

http://assiniboine.republika.pl/old/skalp.htm

czwartek, 25 kwietnia 2013

Legendy Indian LENIWY KRÓLIK


Legenda Indian Algonquin

W Dawnych Czasach, królik Ableegumooch był leśnym przewodnikiem Glooscapa, który pomagał wędrowcom zagubionym w kniei. Jednakże, z biegiem czasu, ludzie i zwierzęta nauczyli się znajdować swoje własne ścieżki w lesie i nie potrzebowali więcej usług królika.
Ableegumooch stał się tłusty i leniwy. Gdy coś było łatwe i zabane do zrobienia, robił to. Jeśli natomiast było to trudne i męczące, nawet się za to nie zabierał. Ale tak postępując, nie da się zapełnić wigwamu jedzeniem.
Często, biedna stara Noogumee (słowo wyrażające szacunek wśród Indian dla jakiejś starszej kobiety), jego babcia, z którą żył, musiała polować by zdobyć jedzenie, inaczej by głodowali. Obojętnie jak często go beształa, Ableegumooch nie chciał zmienić swojego postępowania.
Glooscap, daleko, w swej chacie w Blomidon, widział, że królik stał się całkowicie bezużytecznym stworzeniem. Musi zostać ostrzeżony przeciw niebezpieczeństwu jakie niesie ze sobą lenistwo. Nie tracąc czasu, Glooscap wyszedł z chaty i poszedł na plażę, robiąc przy tym tylko trzy ogromne kroki. Tam spuścił na wodę swoje kanu i powiosłował przez Zatyokę Fundy ku brzegom blisko domu królika.
Był piękny i jasny ranek, powietrze było chłodne o posmaku soli, jak to zawsze w Nadmorskich Prowincjach. Niebawem przykicał królik, śpiewać jak lekkoduch:

"Oto śliczny dzień, by nic nie robić, kompletnie nic, przez cały dzień!"

Nie zwracał żadnej uwagi na smaczne korzonki i jagody, które mógłby zebrać na obiadu. O wiele bardziej wolał przyglądać się, jak pracują inni. Był tam Miko, wiewiórka, pędzący w górę dużego klonu, którego policzki wydęły się od zgromadzonych w nich orzechów, zatrzymując tylko na chwilę, by zbesztać Ableegumooch, że podchodzi zbyt blisko jego magazynu.
Był też Mechipchamooech, pszczoła, zajęta zbieraniem miodu dla swojego ula z nawłoci [rodzaj roślin z rodziny astrowatych – przyp. Tłum.]. I była też Teetees, niebieska sójka, łapiąc latające robaki dla swojej rodziny w gnieździe, w dużej sośnie. To wszystko było tak interesujące, że Ableegumooch zatrzymał się obok okazałego drzewa jodły, by nacieszyć się tą sceną. Nagle, tuż za sobą, usłyszał głos.
"Ableegumooch, ostrożnie!"
Królik podskoczył i odwrócił się, ale za plecami nikogo nie było. Głos znów się odezwał, tym razem tuż nad jego głową.
"Uważaj na siebie, Ableegumooch, albo twoje lenistwo przyniesie cią ból i smutek."
Królik spojrzał w górę i zobaczył, że jodła trzęsie się niczym liść podczas burzy, mimo, że ni było wiatru. Przestraszony dowcipem zaczął biec, i biegł póki nie dotarł bezpiecznie do domu, gdzie opowiedział babci co mu się przydarzyło.
"Glooscap dał ci ostrzeżenie," powiedziała babcia. "Lepiej go posłuchaj, wnuku, albo będzie ci przykro."
Nogi królika nadal drżały ze strachu i wysiłku, ale natychmiast obiecał, że będzie na siebie uważał, by w przyszłości nie być tak leniwym. I naprawdę, przez krótki czas był pracowity, gromadził jedzenie utrzymując wigwam dobrze zaopatrzonym. Ale, kiedy nadeszła jesień, znów się rozleniwił i wrócił do swego dawnego postępowania.

"Oto śliczny dzień, by nic nie robić, kompletnie nic, przez cały dzień!"

Tak zaśpiewał Ableegumooch, gdy przechadzał się pośród jesiennych drzew. Noogumee błagała go, beształa i apelowała do niego, ale on nadal spędzić więcej czasu na odwiedzaniu sąsiadów niż na gromadzeniu jedzenia. Pewnego dnia, gdy nadeszła już zima, przoszedł do wigwamu wydra Keoonika. Keoonik grzecznie poprosił go, by zjadł obiad, a królik natychmiast się zgodził. Keoonik zwrócił się do starszej swego domu w swej plemiennej gwarze:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
Potem wziął kilka haczyków na ryby i odszedł, królik poskakał za nim, ciekawy, co takiego będzie on robił. Keoonik usiadł na zaśnieżonym brzegu rzeki i ześliznął się w dół po lodowej ślizgawce wprost do wody. Po chwili pojawił się ponownie ze sznurem węgorzy, które on zaniósł swojej babci, a ona natychmiast usmażyła je na obiad.
"Łaskawca!" pomyślał Ableegumooch. "Toż to takim łatwy sposób, by utrzymać się przy życiu. Ja także mogę zrobić tak jak Keoonik," i poprosił wydrę, by była jego obiadowym gościem nazajutrz. Potem pospieszył do domu.
"Chodź", powiedział do babci, "musimy wyjść z domu i pójść nad rzekę." I pomimo wszystkiego co by babcia nie powiedziała, nalegał by raz dwa poszli. Noogumee przypomniał mu, że w wigwam nie ma jedzenia i powinien pójść go poszukać, ale Ableegumooch nie zwracał na to żadnej uwagi. Był zajętym robieniem ślizgawki takiej, jaką miał Keoonik. Było zimno, więc wszystko, co on musiał zrobić to rozlać na brzegu rozpuszczony śnieg, który wkrótce zamarzł i tak powstała ślizgawka. Nazajutrz, bardzo wcześnie przybył gość. Gdy nadszedł czas obiadu, Ableegumooch powiedział do babci:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
" Nie mam czego przygotowywać," powiedziała ze smutkiem babcia.
"Och, przecież widzę," powiedział królik z pewnym siebie uśmieszkiem i usiadł na szczycie ślizgawki, by zacząć łowienie. Kiedy spróbował się odepchnąć, zorientował się, że to nie było takie łatwe. Jego sierść była szorstka, opasła i suchy, nie taka gładka i śliska jak u wydry. Musiał się pokręcić i odpychać piętami, aż się ześliznął i zanurkował do wody. Zimno całkiem odebrało mu oddech i nagle przypomniał sobie, że nie umie pływać. Walcząc z żywiołem i piszcząc, miał już dosyć rybołówstwa, przez to, że był bliski utonięcia.
"Co u licha się nim dzieje?" Keoonik spytał babcię.
" Przypuszczam, że widział, jak ktoś inny to robił," westchnęła Noogumee "i pomyślał, że też tak może zrobić."
Keoonik pomógł wyjść z wody zmarzniętemu, na pół utopionemu królikowi i jako, że nie było co jeść, poszedł do domu głodny i , odkąd nie było niczego, by zjeść, poszło do domu głodny i oburzony.
Ale jeśli sądzicie, że ta zimna kąpiel wyleczyła Ableegumoocha z lenistwa, to się grubo mylicie. Nazajutrz, gdy bezczynnie biegał po lesie, wstąpił do domostwa samiczek dzięcioła. Był bardzo zachwycony gdy dzięcioły zaprosiły go na obiad.
Patrzył niecierpliwie, by zobaczyć skąd one biorą jedzenie.
Jeden z dzięciołów wziął talerz, podleciał ku koronie starego buka i szybko zebrał zapas jedzenia, które zostało ugotowane i umieszczone przed królikiem.
"Ojejej!" pomyślał Ableegumooch. "Z jaką łatwością inni potrafią przeżyć. Co ma mnie powstrzymać od zrobienia tego samego?" I powiedział dzięciołom, że oni muszą przyjść do niego na obiad.
Następnego dnia dzięcioły przyszły do chatki królika, a wtedy Ableegumooch powiedział do babci:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
"Ty głupi króliku", powiedziała ona, "nie ma nic, co by można przygotować."
"Rozpal ogień", powiedział doniośle królik, "Ja dopilnuję reszty."
Wziął kamienny grot od włóczni na węgorze, który przymocował sobie do głowy jako imitację dzięciolego dzioba, potem wszedł na drzewo i zaczął uderzać swoją głową w pień. Wkrótce głowa była potłuczona i krwawiąca, a królik nie mogąc się dłużej utrzymać, spadł na ziemię z głuchym łoskotem. Dzięcioły nie mogłyby powstrzymać się od śmiechu.
"Litości, a cóż on robił tam na górze?"
"Przypuszczam, że widział, jak ktoś inny to robi," powiedziała Noogumee, potrząsając głową, "i pomyślał, że i on może tak samo." Poradziła im, by poszli do domu, gdyż w tym dniu żadnego jedzenia nie będzie.
Będąc tak potłuczonym, zapewne pomyślicie, że królik się czegoś nauczył? Niestety, nazajutrz, czy też po dwóch dniach, królik próżnował w lesie jak to bywało wcześniej, gdy spotkał niedźwiedzia Mooina, który zaprosił go na obiad. Już od samego wejścia królik był pod ogromnym wrażeniem tego, jak niedźwiedź zdobył swój posiłek. Mooin wziął ostry nóż i uciął małe kawałki mięsa tuż przy swoich stopach. Potem umieścił je w kociołku na ogniu i po krótkim czasie cieszyli się przepysznym posiłkiem.
"To musi być najłatwiejszy ze wszystkich sposób zdobywania pokarmu na obiad," zdumiał się Ableegumooch i poprosił Mooina by przyszedł nazajutrz do niego na obiad. Tylko, że królik nie wiedział, że niedźwiedzie przechowują jedzenie na swoich stopach. Depczą łapami dojrzałe jagody, a gdy ich miąższ zaschnie, odcinają to by następnie zjeść. Głupi królik myślał, że Mooin odciął kawałki mięsa ze swoich łap!
W wyznaczonym czasie, Ableegumooch nakazał babce przygotować posiłek, a gdy ona powiedziała, że nie ma niczego, co mogłaby przygotować, on nakazał jej przygotować kociołek a on zrobi resztę. Następnie wziął kamienny nóż i zaczął ciąć swoje stopy jak to widział, w wykonaniu Mooina. Ale och mój Boże, jakże to zabolało. Bolało straszliwie! Ze łzami płynącymi po policzkach, ciął dalej i ciął, najpierw jedną potem drugą stopę. Niedźwiedź Mooin strasznie się zdumiał.
"Co do licha on próbuje zrobić?" spytał.
Noogumee potrząsnęła z przerażeniem głową.
"Ciągle to samo. Zobaczył, jak ktoś coś robi, i próbuje zrobić to samo."
"Cóż!" powiedział rozdrażniony Mooin, "Nie ma nic bardziej obraźliwego, niż zostać zaproszonym na obiad, na którym nie ma niczego dso jedzenia. Problem jest tylko jeden – królik jest bardzo leniwy!" i naburmuszony poszedł do domu.
Wtedy w końcu, Ableegumooch, opatrujący swoje poranione łapy, przypomniał sobie słowa Glooscapa. Natychmiast do niego dotarło jakim był głupcem.
"Ojej!" on powiedział. "Moje sposoby zdobywania jedzenia są trudne, ale inni mają jeszcze gorzej. W przyszłości będę trzymał się własnych sposobów," i tak zrobił.
Od tamtego czasu, wigwam Ableegumoocha i jego babcia zawsze był dobrze zaopatrzony w jedzenie, zimą i latem i, chociaż nadal cicho zaśpiewał, to słowa jego piosenki uległy zmianie:

"Najmądrzejszą rzeczą jest mieć ciągle zajęcie, zajęcie!"

Daleko w Blomidon, Glooscap widząc, że głupi królik w końcu zmądrzał, przypalił sobie fajkę i pykał ją z zadowoleniem.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty

Święta Matko Ziemio,

drzewa i cała przyroda

są świadkami twojego myślenia i działania.

WINNEBAGO






Widzicie bracia, nadeszła wiosna.

Ziemia objęta promieniami Słońca,

niedługo zobaczymy efekty tej miłości.

Każde nasienie zbudziło się, tak samo każde 

zwierzę.

Dzięki tej tajemniczej sile, również my żyjemy.

TATANKA YOTANKA,SITTING BULL (Hunkpapa)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Legendy Indian JAK POLUJĄCY ŻÓŁW OSZUKAŁ KOJOTA


Legenda Indian Acoma


W czasach starożytnych, dawno, dawno temu, blisko płynącej przez wzgórze rzeki, w górach Zuni, żył stary Żółw. Pewnego dnia wyszedł na polowanie, i wykorzystując swoją pomysłowość, upolował dużego i pięknego jelenia. Kiedy to zrobił, nie potrafił znaleźć sposobu na rozprawienie zwierzęcia. Usiadł więc, by się nad tym zastanowić, drapiąc powiekę oka pazurem tylnej łapy. Doszedł do wniosku, że musi sobie zrobić nóż z krzemienia. Po chwili poszedł ku miejscu, gdzie stały stare budynki. Kiedy tam doszedł, zaczął mruczeć starą, magiczną pieśń, tak, jak to dawno temu śpiewano podczas obrabiania krzemienia, z którego chciano zrobić nóż. Tak oto zaśpiewał:

"Apatsinan tse wash,
Apatsinan tse wash,
Tsepa! Tsepa!"

Co można przetłumaczyć, może niezbyt dokładnie, ale wystarczająco dobrze, jako:

"Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Magicznie! Magicznie! "

A gdy tańczył w koło śpiewając, usłyszał go przebiegający w pobliżu kojot. Kojot wykrzyknął: "Uh! Ciekawe, kto i o czym tak śpiewa? Ach, on tworzy nóż z krzemienia, czyż nie? Najwyraźniej zabił jelenie!" Zawrócił i pobiegł ku miejscu gdzie był Żółw. Gdy zbliżył się wykrzyknął: "Hejże, przyjacielu! Czy aby to nie Ciebie słyszałem, jak śpiewałeś?"
"Tak", odpowiedział Żółw.
"A co śpiewałeś?"
"Tak naprawdę, to nic."
"Właśnie, że tak. Co to było?"
"Nic szczególnego, mówię ci, nic co by cię obchodziło."
"Coś mruczałeś, i ja wiem co, właśnie to." I kojot, który nie mógł śpiewać, powtórzył słowa, które usłyszał.
"No dobrze, może i śpiewałem. No i co z tego?" powiedział Żółw.
"Po co to robiłeś, czyżbyś tworzył z krzemienia nóż?" spytał kojot.
"Tak, i co z tego?"
"A po co tworzyłeś krzemienny nóż?"
"Tak sobie," odpowiedział Żółw.
" Właśnie, że nie. Powiedz, po co?"
"Przecież mówię, że po nic," odpowiedział Żółw. "A na pewno, ciebie to nie powinno obchodzić."
"Właśnie, że po coś to robiłeś," powiedział kojot, "I ja wiem po co."
"Dobrze, to powiedz?" stwierdził Żółw, który był coraz bardziej zły.
"Chciałeś nim rozprawić jelenia, po to go tworzysz. Gdzie jest ten jeleń, no powiedz? Zabiłeś jelenia i ja to wiem. Powiedz, gdzie on jest."
"No dobrze, tam leży," odpowiedział Żółw.
"Gdzie? Chodźmy tam. Pomogę ci go obedrzeć ze skóry."
"Poradzę sobie z tym, równie dobrze bez twojej pomocy," odpowiedział Żółw.
"Może jednak trochę ci pomogę? Jestem bardzo głodny cały ranek, chętnie napiłbym się trochę świeżej krwi."
"Zatem dobrze, choć ze mną, marudo!" odpowiedział Żółw. I znalazłszy nóż, ruszyli ku miejscu, gdzie leżał jeleń.
"Pozwól, że go poniosę zamiast Ciebie", marudził Kojot. Po czym doskoczył do jelenia, złapał za tylne nogi i rozciągnął je na boki. Potem wspólnie zaczęli oprawiać jelenia. Gdy skończyli, Kojot spytał Żółwia: "Jak dużo ja z niego dostanę?"
"Te części, które przypadają komuś, gdy myśliwy zabierze już to, co chce," odpowiedział Żółw.
"Jakie to są części?" dopytywał się Kojot.
"Żołądek i wątroba", odpowiedział krótko Żółw.
"Nie wezmę tego," jęknął Kojot. "Chcę, byś dał mi połowę jelenia."
"Nic podobnego się nie stanie," odparł na to Żółw. "To ja zabiłem jelenia; ty tylko pomogłeś mi go oprawić i powinieneś być wdzięczny za to co dostaniesz. Dodam do tego trochę tłuszczu i jelita, ale to wszystko czego możesz oczekiwać."
"Chyba jednak dasz więcej," warknął Kojot, pokazując zęby.
"Och, czy aby na pewno?" odpowiedział Żółw, zawczasu wciągając dwie łapy pod skorupę.
"Tak, zrobisz to, albo po prostu Cię zabiję, i tyle."
Żółw natychmiast schował do skorupy całe ciało i wykrzyknął: "Mówię Ci, że nie dam nic poza żołądkiem i wątrobą oraz pewną ilością jelit!"
"Dobrze, więc, w takim razie Cię zabiję!" warknął Kojot łapiąc pyskiem Żółwia. Zgrzyttt! Usłyszał, gdy jego zęby zetknęły się z twardą skorupą, ześlizgując się po niej. Kojot obracał Żółwia szukając lepszego miejsca do gryzienia. Trzymał go między łapami, tak jak to robił z kośćmi, ale to nic nie pomagało, a zęby tylko zgrzytały i ślizgały się po pancerzu. W końcu wykrzyknął: "Jest wiele sposobów zabicia, takiego jak ty zwierzęcia!" Ustawił Żółwia pionowo i zaczął wsypywać do dziury, gdzie zniknęła głowa Żółwia, piasek, który ubijał kijem. Robił tak, aż napełnił nim szczelinę po same brzegi "Zobaczymy co teraz zrobisz," wykrzyknął, prychając z zachwytu. "Teraz zatkałem na dobre tą starą, twardą skorupę, która tak długo służyła Ci za schronienie!" po czym pobiegł do mięsa.
Żółw rozważył, czy nie nadchodzi jego czas by umrzeć, lecz nie zapomniał przy tym uważnie słuchać, co dzieje się na zewnątrz. Kojot tymczasem pociął jelenia i zapakował je w jelenią skórę. Potem umył żołądek w strumyku i napełnił go kawałkami wątroby i nerek oraz tłuszczem, jelitami i grudkami zakrzepłej krwi, wciskając tu i tam kilka gałązek ziół. Wtedy, zwyczajem myśliwych, wykopał w ziemi dziurę, by w niej upiec żołądek, z którego miał powstać krwisty pudding, w czasie gdy Kojot zawołał swoją rodzinę, by pomogła mu zabrać mięso do domu.
Żółw rozgarnął pazurami trochę piasku znajdującego się przy szyi i przyjrzał się mu. Usłyszał jak Kojot sapie, w czasie próby podniesienia mięsa, by powiesić je na gałęzi sosny. Kojot wykrzyknął: "Ale jestem szczęściarzem, że spotkałem tego skulonego biedaka, i odebrałem mu całe to mięso. I nie musiałem przy tym polować! Ach, moje drogie dzieci, i moja cudowna stara żono, cóż za święto będziemy mieć dzisiaj!" bo trzeba wiedzieć, że Kojot miał dużą rodzinę, która nadchodziła. Gdy to mówił, Żółw krzyknął, słabo: "Natipa!"
"Ty pokryty skorupą, stary łajdaku! Ty wstrętny i pokręcony zwierzaku! Ty śmierdząca puszko!" warknął Kojot. "Ciągle żyjesz?" Upuszczając mięso, doskoczył do Żółwia, ponownie wciskając piasek w każdą szczelinę, potem ubijając wszystko. Następnie używając końcówki swego nosa, przewracając Żółwia jak płaski kamień, zepchnął go w dół zbocza.
"I taką oto karę otrzymałem z rąk takiego fałszywego kundla" pomyślał Żółw. "Sądzę, że teraz zachowam spokój i pozwolę mu zrobić teraz to, co mu się podoba. Ale dzięki swojej pomysłowości zabiłem jelenia, i zapewne coś wymyślę, by zachować dla siebie jego mięso." Więc Żółw zaczął udawać martwego, za każdym razem, gdy pojawiał się Kojot, który w końcu zostawiwszy powieszone na gałęzi drzewa mięso i wykopaną pod palenisko dziurę, machając ogonem, pobiegł w stronę domu znajdującego się po drugiej stronie góry.
Kiedy przybył na miejsce, krzyknął: "Żono, żono! Dzieci, dzieci! Chodźcie szybko! Wspaniała wiadomość! Zabiłem dzisiaj ogromnego jelenia. Zrobiłem krwisty pudding w jego żołądku i zakopałem go. Chodźmy, i urządźmy sobie święto, zaraz po tym jak pomożecie mi przynieść to wszystko do domu."
Te kojoty były naprawdę dzikie. Szczeniaki, na pół wyrośnięte, z ogonami bardziej wyglądającymi jak kije a nie szczotki, zadrżały na całym ciele, gdy to usłyszały. Wkrótce cała rodzina wyruszyła w drogę, na przodzie rodzice, a szczeniaki za nimi, tak szybko jak tylko mogły.
Tymczasem, stary Żółw, gdy tylko zorientował się, że Kojot odszedł, odkopał i wyrzucił cały piasek przy pomocy twardych pazurów i poszedł ku miejscu, gdzie wisiało mięso. Następnie krok po kroku wspiął się na szczyt drzewa. Należy wiedzieć, że żółwie mają pazury i potrafią się wspinać, szczególnie gdy pień drzewa jest trochę pochylony. Potem zaciągnął mięso najwyżej jak mógł, zostawił je tam i zszedł z drzewa ku miejscu gdzie był zakopany żołądek jelenia. Rozgarnął żar, i wyjął pieczyste, a następnie zaniósł je i rozrzucił zawartość na mrowisko, gdzie było bardzo wiele czerwonych i bojowych mrówek. Mrówki, gdy tylko poczuły gotowane mięso, wylazły na zewnątrz, a wtedy Żółw napełnił żołądek taką ilością mrówek, jaką tylko mógł. Potem zaniósł żołądek z mrówkami z powrotem do dziury-paleniska, uważając przy tym by węgle nie dostały się zbyt blisko.
Zaledwie znów wszedł na drzewo i usadowił się przy mięsie jelenia, nadeszła sfora wygłodniałych kojotów. Wszystkie myśląc o jednym, o zbliżającej się uczcie. Wszystkie miały nastroszoną sierść i postawione na sztorc uszy i ogony. Gdy zbliżyli się, i poczuli krew i ugotowane mięso, zaczęli śpiewać i tańczyć. A śpiewali tak oto:

"Na-ti tsa, na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-li tsa!
Tui-ya si-si! Tui-ya si-si!"

Tylko najstarsi ludzie mogą to zrozumieć. Można to przetłumaczyć następująco:

Mięso jelenia, mięso jelenia!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Jak najsłodsze owoce! Jak najsłodsze owoce!

I wkrótce, nie rozglądając się na boki, zbliżyli się do miejsca, skąd dobiegał zapach pieczonego mięsa, chcąc jak najszybciej zacząć jeść. Ale stary Kojot chwycił ostatniego szczeniaka za kark, tak aż ten zaskamlał, potrząsnął nim i powiedział, również do całej reszty swojej rodziny: "Spójrzcie tylko na siebie! Zjedzmy w przyzwoity sposób albo spalicie pyski! Wypchałem pudding tłuszczem i w momencie gdy przegryziecie żołądek, gorący tłuszcz was pochlapie. Bądźcie ostrożni i róbcie to z godnością, dzieci. Jest dużo czasu i zdążycie się najeść. Nie objadaj się od razu!"
Ale w momencie gdy je puścił, małe kojoty, nie zważając na nic zaczęły z ogromną ochotą rozrywać żołądek chwytając ogromne kęsy. Można tylko przypuszczać, jak to zezłościło czerwone mrówki. Rozbiegły się po wargach i policzkach żarłocznych, małych łakomczuchów i zaczęły je kąsać. Małe kojoty krzyknęły, potrząsając głowami i tarzając się w piasku: "Atu-tu-tu-tu-tu-tu!"
"Do licha, czy nie mówiłem wam, małe szelmy, żebyście byli ostrożni? To tłuszcz was poparzył. Teraz spodziewam się, że po tej nauczce, będziecie jeść z umiarem. Jest dużo czasu, by się najeść, przecież wam mówiłem," narzekał stary Kojot, siadając na swych pośladkach.
Wtedy szczeniaki, i ich matka, znów zabrali się za jedzenie. "Atu-tu-tu-tu-tu-tu-tu!" znów wykrzyknęli, potrząsając głowami i otrzepując pyski. Niebawem wszyscy odeszli na bok i usiedli, obserwując ten wspaniały, gorący pudding.
Wtedy Kojot rozejrzał się wokoło i zobaczył, że mięso zniknęło. Idąc za tłustymi i krwawymi śladami, doszedł do drzewa i spojrzał w górę. Zobaczył mięso, a obok Żółwia spokojnie leżącego i odpoczywającego na gałęzi, z głową wyciągniętą daleko przed łapy. Żółw podniósł głowę i wykrzyknął: " Pe-sa-las-ta-i-i-i-i!" (Żółw skórzasty dziękuje ci!)
"Ty skorupiasta, ohydna, stara poczwaro!" wrzasnął Kojot, w napadzie wściekłości i rozczarowania. "Zrzuć mi trochę mięsa, dobrze? To ja zabiłem jelenia, a ty tylko pomogłeś mi go oprawić, a teraz ukradłeś całe mięso. Żono! Dzieci! Czyż nie zabiłem jelenia?" rozpaczał Kojot wracając się do reszty.
"Pewnie, że zabiłeś jelenia, a ten wredny, stary nikczemnik, ukradł je tobie!" wykrzyknęli wszyscy, spoglądając tęsknie w kierunku mięsa na szczycie drzewa.
"Kto powiedział, że to ja ukradłem tobie mięso?" wykrzyknął Żółw. "Ja tylko wciągnąłem je tu na górę, by uchronić je przed skradzeniem, ty łajdaku! Przygotujcie się, by złapać to co zrzucę. Rzucę wam kilka najwspanialszych żeber jakie kiedykolwiek widzieliście. A teraz, skupcie się, gotowi?" zapytał, gdy kojoty ułożyły się jeden obok drugiego, wyciągając łapy tak wysoko jak tylko mogli, niecierpliwie dygocząc w oczekiwaniu na mięso.
"Tak, tak!" wyły kojoty, jednym głosem. "Jesteśmy gotowi! Już!"
Stary Żółw wziął kilka żeber i, trzymając je w pysku, podpełznął na koniec gałęzi znajdującej się zaraz nad leżącymi kojotami. Następnie rzucił żebrami tak mocno jak tylko mógł. Spadły one na ciała kojotów, niczym kamienny deszcz, miażdżąc ciała zwierząt, które wkrótce pozdychały. Uratowały się dwa szczeniaki, które odnosząc niewiele ran zdołały odbiec z wrzaskiem. Jeden z nich uciekł daleko z podkulonym ogonami. Drugi, nadal bardzo głodny, odbiegł na bezpieczną odległość z nastroszonym ogonem i nosem przy ziemi. Siadł i popatrzył w górę. Pomyślał, że mógłby wrócić i ogryźć mięso z żeber.
"Zaczekaj!" wrzasnął stary Żółw," nie podchodź w pobliże mięsa, zostaw je spokoju, niech ono będzie dla twoich rodziców, braci i sióstr. Jestem naprawdę stary i zesztywniały, a to żeby dostać się na koniec konara, zabrało mi dużo czasu, a w czasie kiedy szedłem na jego koniec, twoja rodzina zasnęła. Widzę ich jak śpią."
"Na wszystkich przodków!" wykrzyknął kojot, patrząc na nich; "masz rację."
"Wejdź do mnie, tu na górę, to urządzimy sobie przyjęcie," powiedział Żółw, "może byś zostawił to mięso swoim braciom, siostrom i rodzicom?"
"Jak ja wejdę tam na górę?" jęknął kojot, podpełzając do drzewa.
"Po prostu podskocz do najbliższej gałęzi, złap ją łapami i podciągnij się," odpowiedział Żółw.
Mały kojot rozpędził się i skoczył i, choć przez chwilę udało mu się przytrzymać gałęzi, to po chwile puścił się i spadł, bęc! I tak za każdym razem. W końcu zaskowyczał i przestał, bo miał już poobijane wszystkie kości.
"To nie ważne! Nie przestawaj,” krzyczał Żółw. "Zejdę trochę i ci pomogę." I zaczął pełznąć w dół drzewa, skąd mógł sięgnąć i chwycić małego kojota za kark, by pomóc mu się wspiąć. Gdy obaj wspięli się na szczyt drzewa, Żółw powiedział, "A teraz proszę, poczęstuj się."
Mały kojot rzucił się na mięso, najadając się do syta, tak, że był okrągły jak śliwka i rozciągnięty jak żurawina. Wtedy rozejrzał się, polizał swój pysk i spróbowałby odetchnąć, ale nie mogąc za bardzo złapać powietrza powiedział: "Och, jejku! Jeśli się zaraz nie napiję wody, to się uduszę!"
"Mój przyjacielu", powiedział Żółw, "Czy widzisz tę kroplę wody błyszczącej w słońcu na końcu gałęzi tej sosny?" (Tak naprawdę to była żywica.) "Żyłem tak długo w koronach drzew, że wiem co teraz zrobić. Drzewa posiadaj ą własne źródła. Patrzeć tylko."
Kojot spojrzał i i pomyślał, że Żółw ma rację.
"Idź teraz do końca gałęzi, aż dojdziesz do jednej z tych kropli wody, wtedy weź ją do pyska i wyssij wszystką wodę, która stamtąd wypłynie."
Mały kojot zaczął pełznąć. Drżał i poruszał się niepewnie na swoich nóżkach, ale zdołał przejść pół drogi. "Czy to tutaj?" sputał, obracając się.
"Nie, trochę dalej," powiedział Żółw.
Więc kojot ostrożnie podpełzł trochę dalej. Gałąź kołysała się bardzo mocno. Odwrócił swoją głowę i spytał ponownie, "Czy to tutaj?" i wtedy stracił równowagę i spadł na ziemię, uderzając o twardą ziemię, i natychmiast zginął.
"Ech ty, nieszczęśliwe zwierzę!" powiedział stary Żółw z westchnieniem ulgi i satysfakcji. "Pomysłowość umożliwiła mi, by zabicie jelenia. Pomysłowość umożliwiła mi także, by zatrzymać mięso tego jelenia."
Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że jeden z małych kojotów uciekł. Będzie miał licznych potomków, którzy będą się odznaczać krostami na pyskach, w miejscach gdzie wyrastają wąsy, oraz małe plamki przy ich wargach, dokładnie takie, jakie mają psy.
Tak kończy się ta historia.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty

Zawsze, kiedy czerwony myśliwy zauważył na 

swej drodze

coś zachwycającego i pięknego,

oddawał chwię modląc się w ciszy.

Dla niego nie jest koniecznym modlić się raz na 

siedem dni,

dla niego każdy dzień jest świętym.

OHYESA (Sioux)



Wiedza o duchowych związkach

z całym universum jest bez 

znaczenia,

ponieważ świadomość czegoś

nie jest rzeczywistością rzeczy.

To, że wie się o istnieniu miłości,

nie oznacza zaraz kochania.



SOTSISOWAH (Seneca)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Legendy Indian STARA KOBIETA

Była sobie bardzo pracowita kobieta. Mąż troszczył się o nią, dlatego jej tipi było obszerne i wypełnione mnóstwem koców i strojów. Kobieta miała samych synów i cała rodzina była bardzo szczęśliwa. Matka obdarzyła ją urokiem, który wraz z wiekiem czynił ją coraz piękniejszą. Wódz był bardzo dzielnym, silnym i przystojnym mężczyzną. Miał cztery żony, ale pragnął również tej pięknej kobiety. Jednak gdy do niej przemawiał, nie chciała go słuchać. Wódz powiedział jej matce, że nauczy ją, jak zostać czarownicą, jeśli ona przekona swoją córkę, by go wysłuchała. Matka zgodziła się. Stała się czarownicą po naukach wodza i sporządziła dla niego magiczny, miłosny napój. Dzięki temu, wódz wywarł na kobiecie wrażenie i wdali się w romans. Kobieta zaniedbała swoje tipi i dzieci, stając się nikczemną, lecz jednocześnie z każdym dniem stawała się piękniejsza. Mąż w dalszym ciągu kochał ją, nie obciął jej nosa ani nie pociął twarzy. Ona natomiast wyrządziła wiele przykrości pozostałym kobietom, lecz wódz nie mógł nic zrobić, by ją ukarać. Gdy matka kobiety zdała sobie sprawę do czego doprowadziła, zestarzała się, osłabła i zapragnęła umrzeć. Nikczemna kobieta przechwalała się, iż jest piękniejsza niż Księżyc, ten więc zaciemnił jej twarz i poskarżył się Niebu. Niebo powiedziało wodzowi, iż ponieważ miał on romans z tą kobietą, przez co spowodował, że zapomniała o tipi i swych dzieciach, jego tipi powinno zostać umieszczone poza krąg obozu tak długo, jak będzie żył. Kobiecie zaś powiedziało, że do końca życia będzie mieć twarz straszliwej bestii. Natomiast Starą Kobietę poinformowało, że będzie silniejsza niż najsilniejszy mężczyzna i nigdy nie umrze. Stara Kobieta nigdy nie stawia swego tipi na terenie obozu. Wydaje się być zwiędła i słaba, lecz zawsze jest przyjaciółką bezbronnych. Może ukazywać się młodym mężczyznom i kobietom przynosząc im szczęście, jeśli na to zasługują. Lecz może przynieść też nieszczęście. To Wakanka, Stara Kobieta, Czarownica.

środa, 10 kwietnia 2013

najważniejsze wydarzenia w historii Dakotów




1640 r. - termin "Sioux" po raz pierwszy odnotowany przez Nicoleta

 1680 r. -wyraźna wzmianka o Siuksach autorstwa ojca Louisa Hennepin, misjonarza- rekoleta z misji Roberta Cevelier de la Salle, umiejscawia ich na zachód od Missisipi w pobliżu Sauk Rapids i dalej na zachód

 1700 r. - Pierre Charles Le Sueur, franc. handlarz futrami spotkał Siuksów w pd.-środk. Minnesocie nad Blue Earth River, choć określił ich terytorium jako leżące między Missouri a górną Missisipi

1722 r. - francuski handlarz zwany Pachot umiejscowil Siuksów około 130 km na zachód od wodospadu św. Antoniego, czyli u źródeł rzeki Minnesota

około 1742 r.- zdobycie pierwszych koni przez Siuksów

3 kwietnia 1743 r. - bracia La Verendrye napotkali "Gens de La Fleche Collae", czyli Siuksów preryjnych, ok. 80 km na północ od obecnego Pierre w Pn. Dakocie

około 1750 r. - Siuksowie Teton przepędzili Indian Omaha z dolin rzek Big Sioux i James, dotarli do rzeki Missouri i rozpoczęli 40-letni konflikt z Arikarami

1775 r. - Siuksowie Oglala Teton odkrywają Góry Czarne i wkrótce po tym przepędzają Kiowów z tamtego regionu

około 1780 r. - Siuksowie Yankton i Yanktonai zostali wypędzeni z zachodniej części Iowa przez Indian Oto, dotarli do doliny rzeki James i osiedli tam

1792 r. - wojna Siuksów z Arikarami, przepędzenie Arikarów na północ miedzy rzeki Grand i Cannonball

1804 r. - Lewis i Clark znaleźli grupy Siuksów po obu stronach Missouri: 300 wojowników Brule wzdłuż rzek Teton i White, 150 wojowników Oglala zamieszkujących oba brzegi Missouri na południu od rzeki Cheyenne i 200 wojowników Miniconjou po obu stronach Missouri powyżej Cheyenne

1822- 23 r. - starcia Siuksów z plemieniem Wron na zachód od Gór Czarnych (Siuksowie zdobyli wsch. część Wyoming na południe od North Platte)

1862-64 r. powstanie Siuksów Santee (pod wodzą Małej Wrony) i Siuksów Teton w Minnesocie *

1866-68 r. - wojna o Szlak Bozemana w Wyoming i Montanie prowadzona przez Siuksów Teton pod wodzą Czerwonej Chmury

1868 r. - traktat z Sioux Dakota - przyznano im ziemie nad rzeką North Platte

1874 r. - odkrycie złota w Black Hills ( Południowa Dakota)

1876 r. - bitwa nad Little Big Horn- masakra gen. G. A. Custera

- wyniszczenie bizonów przez myśliwych zatrudnionych przez Union Pacyfic Railroad- w ciągu 3 mies. zabito 260 000 bizonów

1876 - 1877r.  - wojna Siuksów z Amerykanami o Black Hills

6 września 1877 r. śmierć Szalonego Konia w Forcie Robinson

1881 r. - Siedzący Byk wraz z 187 ludźmi poddaje się armii w forcie Buford, zostaje na 2 lata uwięziony w forcie Randall w Płd. Dakocie

1885 r. - występy Siedzącego Byka w rewii Buffalo Billa (Buffalo Bill Cody's Wild West Show)

1888 r. - Siedzący Byk wyrusza do Waszyngtonu, by prowadzić negocjacje w sprawie sprzedaży rezerwatu Siuksów rządowi; pomimo sprzeciwu Siedzącego Byka transakcja doszła do skutku (rząd przekonał innych wpływowych Siuksów do tejże transakcji)

1890 r. - masakra nad Wounded Knee

1973 r. - 200 uzbrojonych Siuksów Oglala okupuje teren masakry w Wounded Knee żądając rewizji traktatów ; zostaje zabitych dwóch Indian

http://dakota.ovh.org/chro.html

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty




Ziemia ze swoimi drzewami była dla białych bez 

znaczenia. 

My nie wycinaliśmy drzew, wykorzystywaliśmy drewno.

Ale biali wciąż wycinają drzewa i wyrywają je z ziemi.

Wszędzie, gdzie biały człowiek dotknął ziemi, ma ona 

rany.











Żyjemy na Ziemi wspólnie ze wszystkimi innymi 

stworzeniami.

Wszystkie one, najmniejsze źdźbło trawy i największe 

drzewa,

stanowią z nami jedną rodzinę.

Wszyscy na ziemi jesteśmy braćmi i jesteśmy tak samo 

ważni.

IROKEZI

czwartek, 4 kwietnia 2013

Legendy Indian ZAPOMNIANA KOLBA KUKURYDZY


Dawno, dawno temu ,pewna kobieta z plemienia Arikara zbierała kukurydzę z pola, by zgromadzić zapasy na zimę. Chodziła od źdźbła do źdźbła, zrywając kolby i wrzucając je w podołek . Gdy wszystkie kolby zostały zebrane, kobieta zaczęła odchodzić, lecz usłyszała słaby, niewyraźny głos, jakby płacz i wołanie dziecka:
-Och, nie zostawiaj mnie! Nie odchodź beze mnie!
Kobieta zdziwiła się:
- Cóż to może być za dziecko? Cóż za niemowlę mogło zostać zgubione na polu kukurydzy? Uchyliła rąbek sukni, gdzie miała kolby kukurydzy i zaczęła szukać, lecz niczego nie znalazła. Gdy zaczęła się oddalać, znów usłyszała głos:
-Och, nie zostawiaj mnie! Nie odchodź beze mnie!
Kobieta szukała przez dłuższy czas. W końcu, w rogu zagonu, znalazła malutką kolbę kukurydzy ukrytą pod liśćmi. To właśnie owa kukurydza tak płakała i dlatego odtąd wszystkie indiańskie kobiety zbierają swe kukurydziane plony bardzo starannie, tak, by nic się nie zmarnowało i nie obraziło Wielkiej Tajemnicy.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

słowa Indian - indiański cytaty



Podążaj wyprostowany jak drzewa,

Niech twoje życie będzie mocne jak góry,

Bądź delikatny jak wiosenny wiatr,

Szanuj ciepło Słońca w sercu,

A Wielki Duch zawsze będzie z tobą.

WEISHEIT DER NAVAJO








Bracia, pragniemy pokoju.

Wszyscy Czerwoni Ludzie pragną pokoju.

Ale tam, gdzie przybywa biały człowiek,

tam nie ma pokoju,

poza wnętrzem naszej Matki Ziemi.




CHIEF TECUMSEH (Shawnee)

czwartek, 28 marca 2013

Legendy Indian O TYM JAK POWSTAŁO LATO I ZIMA


Legenda Indian Acoma

Najstarsza tradycja ludu Acoma i Laguna wskazuje, że żyli oni kiedyś na jakiejś wyspie, a ich domy zostały zniszczone przez fale pływowe, trzęsienia ziemi i gorące kamienie lecące z nieba.
Wtedy oni ciekli i wylądowali na niskim, bagnistym wybrzeżu. Stąd migrowali na północny zachód, a gdy zatrzymywali się na dłużej, budowali "Białe Miasto" (Kush- kut-ret).
Piąte Białe Miasto zostało zbudowane gdzieś w Południowym Kolorado lub Północnym Nowym Meksyku. Ludzie zostali zmuszeni do opuszczenia go z powodu zimna, suszy i głodu. Pierwszy wódz Acoma miał córkę zwaną, Co-chin-ne-na-ko, która była żoną Shakok, ducha Zimy. Po tym jak duch ten zamieszkał z plemieniem, pogoda się oziębiła, śnieg i lód leżał na ziemi dłużej; zboże przestało dojrzewać, a ludzie zostali zmuszeni, by jeść pędy kaktusów (E-mash-chu) i innych dziko rosnących roślin.
Pewnego dnia, Co-chin-ne-na-ko wyszła, by zebrać pędy kaktusa i wypalić cierniste części, by móc zabrać je do domu i zjeść. Właśnie opalała je, gdy zobaczyła młodego człowieka idącego w jej stronę. Miał żółtą koszulę, utkaną z jedwabiu, pas i wysoki spiczasty kapelusz, zielone sztylpy z zielonego mchu, który rośnie w źródłach i stawach oraz mokasyny pięknie haftowane kwiatami i motylami. W ręce niósł kłos zielonego zboża.
Wszedł i pozdrowił ją. Ona odpowiedziała. Wtedy spytał ją, co ona je. Powiedziała mu, że jej ludzie prawie umierają z głodu, że żadne zboże nie chce rosnąć, i, że zostali zmuszeni, by jeść kaktusy. "Weź ten", powiedział wtedy, "kłos zboża i zjedz go, a ja pójdę i przyniosę ci dużo więcej, byś zabrała to zboże ze sobą do domu."
I poszedł, a wkrótce idąc na południe, znalazł się poza zasięgiem jej wzroku. Po bardzo krótkim czasie wrócił, przynosząc duże naręcze zielonego zboża (ken - utch), które rzucił u jej stóp. Co-chin-ne-na-ko spytała, gdzie on znalazł zboże i, czy rośnie ono w pobliżu. Odpowiedział, że przyniósł je ze swojego domu, będącego daleko na południu, gdzie zboże rośnie a kwiaty kwitną o wszystkich porach roku. "Och, jakże ja chciałabym zobaczyć to miejsce, weź mnie ze sobą do swojego domu?" powiedziała.
"Twój mąż, Shakok, Duch Zimy, rozgniewałby się, jeśli zabrałbym cię ze sobą" odpowiedział na to.
Ona rzekła, "On jest zimy; odkąd się tutaj pojawił, żadne zboże nie rośnie, żadne kwiaty nie kwitną, a ludzie zostali zmuszeni do jedzenia kaktusów."
"Póki co", odpowiedział, "weź to zboże ze sobą do domu, a nie upuść nawet łuski po drodze, przyjdź jutro a ja przyniosę ci więcej zboża. Spotkamy się tutaj." Wtedy, pożegnał ją i odszedł do domu na południu. Co-chin-ne-na-ko wzięła naręcze zboża i poszła do domu, do miasta.
Daleko nie uszła, gdy spotkała swoje siostry, które zaalarmowane jej długą nieobecnością, wyszły jej poszukać. Siostry były bardzo zaskoczone widząc ją z naręczem zielonego zboża zamiast części kaktusa. Co-chin-ne-na-ko opowiedziała im, jak młody człowiek przyszedł do niej i dał jej zboże. Siostry nie namyślając się, pomogły jej zanieść wszystko domu.
Kiedy dotarły na miejsce, ich ojciec i matka także się zdziwili, ale także uradowali się, widząc przyniesione zboże zamiast kaktusa. Spytali Co-chin-ne-na-ko, gdzie znalazła zboże. Wtedy ona opowiedziała im całą historię o młodym człowieku, którego drobiazgowo opisała, który przyniósł jej zboże i powiedział, aby jutro spotkała się z nim w tym samym miejscu, a on przyjdzie z nią do jej domu.
"To musiał być Miochin," powiedział ojciec, "to musiał być Miochin."
"To na pewno był Miochin", powiedziała matka. "Oczywiście, przyprowadź go do nas do domu."
Nazajutrz, Co-chin-ne-na-ko poszła na miejsce spotkania z Miochin, gdyż on naprawdę był Miochin, Duchem Lata. On już tam czekał na nią. Miał ze sobą duże wiązki zboża. Razem przynieśli to wszystko do miasta. Zboża tego wystarczyło, by nakarmić wszystkich ludzi Acoma. Miochin został powitany w domu gubernatora.
Wieczorem, jak to miał w zwyczaju, Shakok, Duch Zimy i mąż Co-chin-ne-na-ko, wrócił z północy, gdzie spędzał dni na zabawie z północnym wiatrem, ze śniegiem, deszczem ze śniegiem oraz gradem. Gdy przyszedł, towarzyszyła mu burza śnieżna, deszcz ze śniegiem i grad. Dochodząc do miasta, zobaczył, że przebywał tam Miochin, do którego zawołał, "Cha, Miochin, skąd się tu wziąłeś?"
A gdy Miochin wyszedł do niego powiedział, "Cha, Miochin, nadszedł twój koniec, zniszczę cię."
"Cha, Shakok, to ja zniszczę ciebie," odpowiedział na to Miochin.
Shakok zatrzymał się, gdy Miochin zbliżył się do niego, śnieg i grad stopił a dziki wiatr zamienił w letni wietrzyk. Shakok okrył się szronem, sople lodu zawisły na całym ciele, ale kiedy Miochin podszedł, wszystko stopniało, sople lodu odpadły i odzież obeschła. Wszystko to uczynił suchy, bezbarwny podmuch (Ska-ra-ska-ru-ka).
Shakok powiedział, "Teraz z tobą nie będę walczył, ale spotkajmy się tu za cztery dni od i wtedy będziemy walczyć, aż jeden z nas pokona drugiego. Zwycięzca zostanie z Co-chin-ne-na-ko." I Shakok odszedł wściekły. Wiatr znów ryknął i zatrząsł ścianami, ale ludziom było teraz ciepło w ich domach. Miochin był z nimi.
Nazajutrz Miochin odszedł do swego domu na południu. Gdy tam dotarł, zaczął przygotowania do spotkania z Shakok. Najpierw posłał po orła, swojego przyjaciela Moot (Yat-chum-me), który żył na zachodzie, i spytał się go, czy mu pomoże w walce z Shakok. Potem zawołał wszystkie ptaki, owady i czteronożne zwierzęta, które żyły na terenach gdzie panowało lato. Wszystkich Miochin poprosił o pomoc.
Nietoperz (Pick-le-ke) został jego głównym ochroniarzem i tarczą, ponieważ jego twarda skóra mogła bez wątpienia, najlepiej stawić czoła deszczowi ze śniegiem i gradowi, jakie Shakok by stworzył w walce z Miochin. Na trzeci dzień Yat-chum-me rozpalił ogień i rozgrzał cienkie i płaskie kamienie, od których pochodzi jego imię. Wtedy duże, czarne chmury dymu nadciągnęły z południa i przykryły niebo. Kiedy Shakok odszedł, poszedł na północ i zwołał do siebie wszystkie ptaki i czworonożne zwierzęta żyjące na terenach, gdzie panowała zima, i nakazał im by pomogły mu w nadchodzącej bitwie.
Sroka (Shro-ak-ach) została jego tarczą i ochroniarzem. Rankiem czwartego dnia, zobaczono zbliżających się do siebie przeciwników. Na północy czarne, burzowe i zimowe chmury, ze śniegiem, deszczem ze śniegiem i gradem zostały ściągnięte na pole bitwy przez Shakoka. Na południu , Yat-chum-me dorzucił go do swego ognia więcej drewna, i wielkie obłoki pary i dymu uformowały się w chmury, które szybko nadciągnęły nad miejsce gdzie byli ludzie Acoma, i gdzie miała mieć miejsce walka, i gdzie był Miochin, Duch Lata.
Gęsty dym wytworzony przez ogień Yat-chum-me, poczernił zwierzęta będące po stronie Miochin, i dlatego zwierzęta z południa są czarne i brązowe. Rozwidlone płomienie błyskawic wybuchały pośród chmur unoszących się nad Miochin i jego stworzeniami. Każdy z przeciwników szybko zdążał na miejsce walki. Shakok z północy, Miochin z południa.
W końcu dotarli do miasta, a błyskawice z chmur osmaliły pióra i sierść, ptaków i innych zwierząt, które przyszły z Shakok, nadając im biały kolor. Dlatego też wszystkie zwierzęta i ptaki żyjące na północy są białe, albo mają białe plamy na sobie. Shakok i Miochin bardzo zbliżyli się do siebie.
Na północy Shakok sypał płatkami śniegu, deszczem ze śniegiem tworząc oślepiającą burzę. Z południa nadciągały gęste, czarne chmury stworzone przez ogień Yat-chum-me, ogrzewając zimne powietrze i topiąc śnieg stworzony przez Shakok, a deszcz ze śniegiem i grad i zastały zmuszone do ustąpienia.
W końcu Shakok zaczął domagać się rozejmu. Miochin zgodził się i wiatry przestały wiać, a śnieg i deszcz padać. Obaj spotkali się pośród murów miasta ludu Acoma i Shakok powiedział, "Zostałem pokonany, ty jesteś zwycięzcą. Co-chin-ne-na-ko jest twoja." Potem uzgodnili, że Shakok powinien rządzić przez pół z roku a Miochin podczas drugiej połowy, oraz, że żaden nie powinien niepokoić od tego czasu drugiego. Odtąd przez pół roku jest zimno a przez kolejne pół, ciepło.

środa, 27 marca 2013

indiańskie plemiona


Po dotarciu do wybrzeży Ameryki w 1942 r. Kolumb był przekonany, że odkrył nową drogę do Indii. Pomimo kolejnych wypraw do Nowego Świata, do końca swego życia nie dowiedział się, że stał się odkrywcą nowego kontynentu, a ziemie do których dotarł nie były częścią Półwyspu Indyjskiego. Stąd też wynikał jego błąd. Tubylczych mieszkańców odkrytych przez siebie terenów nazwał bowiem Indianami.
Autochtoniczna ludność Ameryki przybyła na ten kontynent z Azji, drogą przez zamarzniętą Cieśninę Beringa około 25 tysięcy lat, które upłynęły od chwili obecnej. Azjatyckie pochodzenie Indian zdradzał ich wygląd: czarne, długie włosy i szeroki nos. Indianie nosili proste ubrania, produkowane ze skór dzikich zwierząt. Ważne dla nich były ozdoby: naramienniki, opaski, bransolety. Robiono je zazwyczaj ze szklanych paciorków, nasion, a także z kłów lub pazurów dzikich zwierząt. Indianie byli niezwykle pomysłowi w wytwarzaniu ozdób, co świadczyło o ich bogatej wyobraźni. Obok wspomnianych wyżej produktów używali do wytwarzania ozdób także muszle, ptasie pióra i dzioby ptaków, jak również ludzkie włosy

Indianie zamieszkiwali bardzo rozległe terytoria, zróżnicowane pod względem panujących tam warunków geograficznych, klimatu i szaty roślinnej. W związku z tym w wyniku dostosowywania się do różnorodnych warunków otoczenia zewnętrznego wykształciły się wśród nich różne kultury i typy gospodarowania. Skrajnymi przykładami były z jednej strony rozproszone, prymitywne zbieracko - łowieckie grupy koczownicze, a z drugiej strony rozwinięte cywilizacje Mezoameryki oraz Ameryki Południowej. Wśród Indian występował również duże zróżnicowanie pod względem językowym. Szacuje się, że na początku XVI w. Indianie posługiwali się aż dwoma tysiącami różnych języków i narzeczy. Sklasyfikowano je w 150 pokrewnych grup językowych - tzw. rodzin. Jednakże wiele spośród nich do dziś pozostaje niezbadanych, ze względu na trudności z ich poznaniem oraz na fakt że znaczna część spośród nich to języki martwe, dziś już nie używane. Za najważniejsze rodziny językowe uważa się: irokua, salisz, atapaskan, algonkin, penuti, wakasz, na-dene, haka-sju. Po dokonaniu podboju Indian Hiszpanie spisali prekolumbijską, indiańską literaturę piękną. Indianie posługiwali się pismem hieroglificznym, niektóre plemiona zaś stworzyły pismo piktograficzne. nie wszystkie rodzaje indiańskiego pisma udało się odczytać. Do rozwoju języków indiańskich przyczyniło się dokonane przez katolickich misjonarzy - głównie jezuitów - tłumaczenie Ewangelii na kilkadziesiąt indiańskich narzeczy. Dzięki temu tłumaczeniu ustalił się określony kanon gramatyczny i ortograficzny, a najważniejsze języki - keczua, guarani, stały się bardziej popularne i zwiększyły swój zakres występowania.
Indianie mieszkali w wigwamach budowanych z drzewa. Czasami były one tak duże, że wystarczały za schronienie dla kilku rodzin. Wigwamy te nie miały okien ani podłogi, ich ściany obłożone były korą, co skutecznie chroniło przed zimnem.
Główne uprawy Indian to ziemniaki, dynia, kukurydza i różne gatunki fasoli. Zebrane płody rolne Indianie suszyli, a następnie przechowywali w specjalnie w tym celu przygotowanych, głębokich dołach. W społecznościach indiańskich funkcję pieniędzy spełniały wyprawione skóry zwierząt lub muszle. Wartość każdej z nich zależała od barwy opalizowania muszli i jakości sierści na skórze. Muszle były tym cenniejsze im bardziej były wypolerowane i gładkie.
Szacuje się, że w XV w. Amerykę zamieszkiwało około 47 mln Indian, w tym aż 42 mln przypadały na Amerykę Południową i Środkową, a tylko 5 mln na terytoria położone w kierunku północnym od granic dzisiejszego Meksyku.
Od początku pojawienia się białego człowieka na kontynencie amerykańskim rozpoczął się proces eksterminacji i bezlitosnej eksploatacji Indian, którzy zmuszani byli do prac w kopalniach oraz na ogromnych, rolniczych plantacjach. To właśnie wraz sprowadzonymi przez białych nowymi chorobami, na które Indianie nie byli uodpornieni doprowadziło to drastycznego spadku liczby indiańskiej ludności na kontynencie amerykańskim.
Do Indian Ameryki Północnej zalicza się plemiona, które zamieszkiwały terytoria znajdujące się pomiędzy Arktyką a Mezoameryką. Ze względu na zróżnicowane warunki geograficzno - klimatyczne, które ukształtowały wśród poszczególnych plemion różnorodne formy adaptacji do środowiska naturalnego, wyróżnia się następujące, indiańskie obszary kulturowe:
1. Subarktyka zamieszkiwana była przez małe, lokalne i rozrzucone plemiona. Na zachodnie dominowali Atapaskowie - zalicza się do nich Apaczów i Nawahów. Na wschodzie siedziby mieli Algonkini - w skład tej grupy plemiennej wchodzili Czejenowie, Mohikanie i Czarne Stopy. Ich źródło utrzymania i pożywienia stanowiło myślistwo, zbieractwo oraz rybołówstwo. Najniższą, ale i najważniejszą jednostką społeczną była rodzina, która ewoluowała w kierunku grupy lokalnej, zrzeszającej kilka rodzin, na czele której stał naczelnik. Indianie zamieszkujący Subarktykę postrzegali wszechświat jako triadę złożoną z trzech rzeczywistości: świat górny był siedziba duchów i bogów, świat średni to była dla nich ziemia wraz z ludźmi oraz świat dolny, gdzie znajdowały się duchy zmarłych oraz podziemne złe bóstwa.

2. Wybrzeże północno - zachodnie było siedzibą osiadłych plemion, wśród których występowało silne zróżnicowanie językowe. Dominowały wśród nich Haida oraz Nootka. Indianie ci zdobywali pożywienie polując na morskie ssaki, zajmowali się także rybołówstwem oraz zbieractwem. Ich struktura społeczna była rozwinięta i stosunkowo skomplikowana. Istniały klasy społeczne, różniące się poziomem majątku i pozycja zajmowana w państwie. Istniała także odrębna warstwa niewolników. Szamani odprawiali obrzędy do których dopuszczani byli tylko wybrani członkowie tajnych stowarzyszeń . Rozwijała się sztuka oraz rzemiosło.

3. Płaskowyż był niezwykle ciekawym terytorium, ponieważ tutaj rywalizowały ze sobą kulturowe wpływy ościennych obszarów. Zamieszkujące Płaskowyż grupki plemienne były małe, rozdrobnione i niezorganizowane. Utrzymywały się z rybołówstwa, szczególna rolę odgrywały połowy łososia. Dodatkowym źródłem pożywienia było zbieractwo i myślistwo.

4. Wielkie Równiny i Prerie, czyli suche wyżynne stepy, ze względu na ich rozmiar zamieszkiwało stosunkowo wiele półkoczowniczych, ale dobrze zorganizowanych plemion. W ciągu połowy roku zajmowały się one uprawą roli, prowadząc osiadły tryb życia. Jesienią, gdy zaczynał się okres polowań na bizony plemiona te rozpoczynały wędrówkę, zakładając czasowe obozy i często zmieniając swe miejsce pobytu, rozpoczynając w ten sposób koczowniczy tryb życia. Do najważniejszych plemion Wielkich Prerii należeli:
a) Czarne Stopy, bardzo agresywni i skorzy do wojny Indianie
b) Czejenowie, którzy zasłynęli przeprowadzaniem ceremonii Tańca Słońca. Przejęły ją od nich inne plemiona Wielkich Równin. Taniec Słońca stał się najważniejszym obrzędem szczepów indiańskich, które swoje siedziby miały na terenie Wielkich Równin. Ceremonię tą przygotowywano przez okres całego roku. Odbywała się przed łowami na bizony, w okolicach przesilenia letniego, gdy stepy pokrywała świeża trawa. Przed polowaniem obóz rozbijano tak, aby przypominał kształt wielkiego okręgu, co miało wzmacniać poczucie jedności członków plemienia, którzy występowali jako wspólnota. Podczas sprawowania ceremonii Tańca Słońca odbywały się dwa rodzaje obrzędów. Jedne z nich były tajne i do udziału w nich dopuszczano tylko wybranych wojowników. Drugie miały charakter otwarty, powszechny i brali w nich udział wszyscy mieszkańcy danego plemienia. Ceremonia Tańca Słońca trwa bez przerwy nawet do kilku dni wraz z nocami. Jednym z jej najważniejszych elementów była próba odporności i wytrzymałości, jakiej poddawali się ochotniczo wojownicy, chcąc zdobyć uznanie i szacunek współplemieńców. Rozcinano im skórę na ciele, przez powstałe w ten sposób rany przeciągano małe kołeczki, na których przywieszone były różne przedmioty. Następnie ciągnięto poddawanego próbie wojownika po ziemi, aż do momentu, gdy z jego ciała odpadły wszystkie powpinane do ran elementy. W 1860 r. Czejenowie rozpoczęli wojnę z rządem USA. Jedno ze swych największych zwycięstw odnieśli w bitwie pod Little Bighorn, w 1876 r., gdzie wojska amerykańskie dowodzone przez gen. G. Custera zostały rozbite. Twórcami zwycięstwa Czejenów byli dowodzący w tej bitwie wodzowie Siedzący Byk (Sitting Bull) oraz Szalony Koń (Crazy Horse). Zwycięstwo to nie wystarczyło jednak, aby osiągnąć trwałe sukcesy w walce z białymi, którzy przewyższali Czejenów uzbrojeniem i liczebnością. Amerykańska ekspedycja odwetowa, wysłana na terytoria Czejenów po bitwie pod Little Bighorn doprowadziła do ich kapitulacji. Czejenowie zostali zmuszeni do opuszczenia własnych terenów łowieckich i przesiedlenia się do wyznaczonych im przez rząd USA rezerwatów.
c) Komancze byli odwiecznymi wrogami Apaczów, z którymi prowadzili liczne wojny. Swoje siedziby mieli w południowej części Wielkich równin. Wchodzili w militarne sojusze z wojskami francuskimi, które walczyły z Hiszpanami i Amerykanami
d) Siuksowie. Można wśród nich wyróżnić trzy największe grupy plemienne"
- Siuksowie Santee. Źródłem ich pożywienia było myślistwo. Władzę sprawował wódz wraz z radą starszych. W plemieniu działały stowarzyszenia wojenne, do których wstęp mieli tylko najlepsi wojownicy. Dużą rolę odgrywał również szaman, z którego opinią liczono się podczas rady wojennej. Najważniejszym bóstwem był Wakan - Tanka.
- Siuksowie Wiciyela byli plemionami osiadłymi, utrzymywali się z rolnictwa. Władzę podobnie jak u Santee sprawował wódz, któremu towarzyszyła rada starszych wojowników. Również wśród nich popularny był kult Wakan - Tanka. Znali ceremoniał Tańca Słońca oraz dodatkowo, związany z rolnictwem obrzęd Tańca Zielonej Kukurydzy.
 Siuksowie Teton byli przede wszystkim myśliwymi. Ich głównym łupem padały bizony, które dostarczały pokarmu, a także skór na ubrania i do budowy wigwamów oraz kości, które mogły posłużyć do wyrobu narzędzi lub ozdób. W ich przypadku wódz miał bardzo silną pozycje w stosunku do rady starszych i to jego decyzje były najważniejsze. Obok Tańca Słońca Siuksowie Teton znali Taniec Duchów. Ceremoniał ten wiązał się z nowymi tendencjami, które pojawiły się w religijności Indian wraz z pojawieniem się białego człowieka. Wynikały one ze świadomości bezradności wobec przewagi białych najeźdźców, którzy przyczyniali się do niszczenia tradycyjnych indiańskich wzorców kulturowych i sposobu życia. W wierze plemion indiańskich pojawiły się zatem proroctwa o katastrofie, która doprowadzi do końca świata, a symbolem transcendentnego zła stawał się biały człowiek. Taniec Duchów trwał nieprzerwanie 4 doby. Tańczący wojownicy wprowadzali się w trans, doznawali wizji i widzeń, które następnie były relacjonowane wszystkim uczestnikom ceremoniału. Pierwotnie taniec Duchów miał charakter pokojowy. Dopiero Siuksowie wprowadzili do niego militarne elementy. Podczas sprawowaniu obrzędu Tańca Duchów w Wounded Knee doszło w 1890 r. do masakry Indian. Tańczący ubrani w tradycyjne stroje indiańskich wojowników, zostali uznani przez wojska amerykańskie za przygotowujący się do walki oddział Indian i zaatakowani. Śmierć poniosło przeszło 200 osób, wśród których znalazły się dzieci i kobiety. Rannych pozostawiono bez pomocy na miejscu masakry, co spowodowało, że większość z nich umarła z zimna i wycieńczenia.

5. Wschodni Obszar Leśny, który podzielić możemy na dwie części: północno - wschodnią i południowo - wschodnią. Pierwszą z nich zamieszkiwali i właściwie zupełnie zdominowali, podporządkowując sobie całe jej terytorium Irokezi. Wojna była niezwykle ważnym elementem w życiu tego plemienia i faktycznie zdominowała całą jego kulturę. W irokeskiej religii znajdujemy liczne motywy o charakterze wojennym. Ponadto czcili siły przyrody. Uroczystą formę przybierały także egzekucje jeńców wojennych, ich torturowanie i skalpowanie. Część południowo - wschodnią zamieszkiwały plemiona Kirków, Czirokezów, Seminolów, Czoktawów oraz Czikasawów. Określano ich nazwą Pięciu Cywilizowanych Plemion. Indianie ci zajmowali się przede wszystkim rolnictwem, a dodatkowym źródłem pożywienia było zbieractwo i myślistwo.

6. Kalifornia zamieszkana była przez bardzo dużą ilość nielicznych grup plemiennych, które były bardzo zróżnicowane, zarówno fizycznie, kulturowo jak i językowo. Owe grupki plemienne zajmowały się przede wszystkim zbieractwem oraz, ale w znacznie mniejszej skali, rybołówstwem oraz myślistwem. Dostatek i obfitość pożywienia zawdzięczali sprzyjającym warunkom środowiska naturalnego. Rozdrobnienie nie sprzyjało tworzeniu bardziej skomplikowanej i zhierarchizowanej struktury społecznej, która była niezwykle słabo rozwinięta. Indianie zamieszkujący Kalifornię charakteryzowali się najbardziej pokojową postawą spośród wszystkich szczepów indiańskich zamieszkujących Amerykę Północną. Ta cecha została bezwzględnie wykorzystana przez białych kolonizatorów, którzy prawie zupełnie wytępili autochtonicznych mieszkańców Kalifornii

7. Kalifornia Dolna. Niestety nie wiadomo za dużo o kulturze pierwotnie zamieszkujących te tereny plemion indiańskich, ponieważ bardzo wcześnie zostały one wytępione lub podlegały szybkiemu procesowi asymilacji z napływowymi plemionami.

8. Wielka Kotlina była terenem, na którym siedziby swe posiadały plemiona koczownicze, które zajmowały się zbieractwem i łowiectwem. Do największych z nich należeli Pajuci oraz Szoszoni. Podstawową formą organizacji społecznej była rodzina. Sposób życia Indian zamieszkujących Wielką Kotlinę pozostawał niezmienny przez kolejne stulecia z powodu stałych i niezwykle trudnych warunków geograficznych i klimatycznych - były to przede wszystkim terytoria pustynne oraz półpustynne.

9. Południowy Zachód była zamieszkany przez osiadłe plemiona Apaczów i Nawahów. Ich głównym źródłem utrzymania było rolnictwo, zajmowali się również rzemiosłem.


Napływające rzesze kolonistów europejskich, którzy przybywali w XIX w, do Ameryki Północnej spowodowały, że tereny indiańskie stały się przedmiotem ich ekspansji. Prowadziło to do nieustannej wojny i ciągłych konfliktów pomiędzy Indianami a białymi przybyszami.
Cała polityka USA wobec Indian została uwieczniona w traktatach, Konstytucji i umowach pomiędzy Stanami a plemieniem. Pomiędzy 1778 (zawarcie 1-szego traktatu) a 1871 r. Senat USA zatwierdził 370 takich dokumentów, co najmniej 45 innych było negocjowanych, ale niepodpisanych przez rząd USA. Ostatni traktat dotyczący Indian został wydany w 1871 r. Dotyczyły one przede wszystkim cesji terytoriów indiańskich na rzecz Stanów Zjednoczonych. W 1824 r. w departamencie wojny utworzono Biuro ds. Indian. Celem tej agencji było podporządkowanie tubylczych plemion Stanom Zjednoczonym i ostateczne rozwiązanie "problemu indiańskiego". W czasach traktatów, Indianie byli uznawani za obce narody. W zamian za stracone lądy, otrzymali rządową obietnicę otrzymania rezerwatów, które byłyby chronione i popierane przez rząd USA. Ta ugoda miała trwać nieskończenie, ale 20 lat później, w 1871 r. Biuro ds. Indian zaczęło plan "ucywilizowania dzikich" wszelkimi dostępnymi środkami polityczno-militarnymi. W 1844 roku, Biuro przeniesiono do Departamentu Spraw Wewnętrznych, gdzie istnieje do dziś. Często dochodziło do przesiedleń plemion indiańskich bez ich zgody, podczas których ginęły setki ludzi. Rok 1890 stanowi wyraźną cezurę. Do tego czasu większa część plemion indiańskich została przeniesiona do rezerwatów. W zmienionych warunkach geograficznych Indianie musieli wypracować nowe formy organizacji i sposobu życia. Szczególne uciążliwe było graniczenie przestrzenne zwłaszcza dla plemion zamieszkujących do tej pory terytoria Wielkich Prerii. Rząd federalny dążył do cywilizowania zacofanych tubylców. Dla Indian zaczęto zakładać szkoły, zabroniono niektórych indiańskich praktyk religijnych (m. in. tańca Słońca).
Według aktu, z 1887 r. zmieniono sposób organizacji własności ziemskiej wśród Indian. Zlikwidowano własność całej wspólnoty plemiennej, a tubylcy mieli dostać 160 akrów ziemi każdy. Często były to jednak obszary niezdatne do użytku. Pozostałą ziemię rząd sprzedał białym osadnikom. Skutkiem tej polityki było, iż do roku 1934 wielkość indiańskich terenów została zredukowana prawie trzykrotnie.
W 1924 r. rząd federalny wydając "Ustawę o obywatelstwie Indian", zadeklarował, że wszyscy Indianie urodzeni w obrębie USA, są jego prawnymi obywatelami. Konstytucja gwarantuje wolność i prawa dla wszystkich, również nadaje prawo samorządności, które pochodzi z ich suwerenności.
W latach pięćdziesiątych rząd federalny rozpoczął politykę powolnej eliminacji rezerwatów, której celem była pełna asymilacja Indian w amerykańskim społeczeństwie. W wyniku tego w 1980 r. już tylko ¼ ogółu ludności indiańskiej USA mieszkała w rezerwatach.
Indianie nigdy nie zapomnieli, że jeszcze przed 100-leciem stanowili niepodległe narody. Od lat koncentrują się na odzyskaniu tego, co stracili w ramach niesprawiedliwej polityki USA oraz dążeniu do zachowania tych ziem i tradycji, które zdążyli ocalić. W 1960 r. powstał w Ameryce Północnej ruch "Red Power". Indianie szybko nauczyli się taktyk politycznych stosowanych przez murzyńskich liderów "Black Power", białych liberałów i pacyfistów. Milczenie waszyngtońskich polityków na sprawy Indian spowodowało gwałtowne reakcje tubylców. Skumulowały się one w dwóch akcjach - okupacji przez Mohawków międzynarodowego mostu Cornwall w 1968 r. i rok później okupacji wyspy Alkatraz.
W 1972 powstał Ruch Indian Amerykańskich - jedna z najważniejszych organizacji, zrzeszająca najaktywniejszych członków wielu plemion. Indianie wyruszyli w marsz protestacyjny tzw. "Szlak Złamanych Traktatów".
Okupacja Wounded Knee w 1973 r. w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Południowej trwała 71 dni. Wojownicy domagali się oddania przez rząd USA zagarniętych ziem. Po tym wydarzeniu, władze federalne i stanowe starały się przedstawić Indian jako nieodpowiedzialnych awanturników, nie mających poparcia nawet tubylczych przywódców. Członkowie AIM ukrywali się po okolicznych lasach.
Obecnie Indianie kontynuują swoja walkę o prawa, odbywa się to jednak na arenie politycznej. W Waszyngtonie pieczę nad sprawami indiańskimi sprawują grupy: założona przez studentów w 1961 r. Narodowa Rada Młodzieży Indiańskiej, a także Narodowy Kongres Indian Amerykańskich, często krytykowany, że reprezentuje jedynie interesy zasymilowanych i bogatych Indian uległych wobec władz federalnych.

http://www.bryk.pl/teksty/liceum/historia/prace_przekrojowe/4317-plemiona_india%C5%84skie_ameryki_p%C3%B3%C5%82nocnej_od_powstania_do_czas%C3%B3w_wsp%C3%B3%C5%82czesnych.html#forward