czwartek, 9 maja 2013

Legendy Indian: Gluskapi i niemowlę


 Legenda Indian Algonkinów

  Gluskapi zwyciężył już między innymi Kewawkqu-rasę olbrzymów, Medocolins-przebiegłych i chytrych czarodziejów oraz Pomola-złego ducha nocy. Poczuł się z tego powodu bardzo potężnie. Chełpił się przed pewną kobietą, że może wszystkich pokonać. Ale kobieta uśmiechnęła się i powiedziała:
-Jesteś pewny mistrzu? Wielu chciało go pokonać i nikt go jeszcze nie zwyciężył. -
Zaskoczony Gluskapi chciał się dowiedzieć jak nazywa się ta osoba.
-Nazywa się Wasis-powiedziała kobieta-ale nie radzę ci mierzyć się z nim. -
Wasis był tylko niemowlęciem. Siedział na ziemi i ssał kawałek klonowego cukru mrucząc prostą melodię. Gluskapi nigdy nie był żonaty więc był kompletnie niedoświadczony w obchodzeniu się z dziećmi. Z całą ufnością i radością poprosił dziecko aby do niego podeszło. Dziecko uśmiechało się, ale ciągle siedziało na miejscu. Gluskapi więc przepięknym głosem dokładnie naśladował głos ptaka. Ale Wasis nie zwracał na niego żadnej uwagi dalej ssąc swój cukier. Gluskapi do czegoś takiego nie był przyzwyczajony. Zezłościł się i strasznie groźnym głosem powiedział Wasisowi aby do niego podszedł. lecz Wasis zaczął tak głośno krzyczeć, że górował nawet nad słowami Gluskapiego ale nie ruszył się ze swojego miejsca. Gluskapi był bardzo wściekły, poruszył wszystkie swoje magiczne sztuczki. Wypowiadał straszliwe czarodziejskie zaklęcia i okropne egzorcyzmy. Śpiewał pieśni, wskrzeszał zmarłych i wypędzał z głębokich ciemności złe moce. Ale Wasis myślał oczywiście, że to zabawa. Zmęczony już śmiechem patrzył na to znudzony. Zrozpaczony Gluskapi wypadł z szałasu a Wasis ciągle siedząc na ziemi triumfalnie wołał:
-Gugu-
I do dzisiaj jeszcze Indianie utrzymują, że kiedy dziecko woła „Gugu” przypomina czasy gdy Gluskapi chciał je pokonać.

środa, 8 maja 2013

Indianie Wrony i konie




Wrony są być może najzasobniejszym w konie narodem na wschód od Gór Skalistych .
Posiadanie przez jedną rodzinę 100 tych zwierząt nie jest rzeczą niezwykłą. Większość mężczyzn w średnim wieku ma ich od 30 do 60. Jeżeli ktoś nie posiada ich co najmniej 20 mówi się , że jest biedny  Również Czarne Stopy posiadają wiele koni co jest przyczyną niekończącej się wojny. Rzadko zdarza się , by minął tydzień podczas którego duże ich ilości nie byłyby wykradzione przez oddziały wojenne którejś ze stron.
Podczas tych napadów rabunkowych giną ludzie , co z kolei wymaga zemsty ze strony tracącego danych wojowników plemienia. Podczas jednego lata , bądź tez zimy setki zwierząt zmieniają w ten sposób właściciela. Większa cześć czasu członków każdego z plemiona wypełniona jest bądź pilnowaniem własnych koni bądź próbami zdobycia zwierząt wroga.
Wrony dobrze opiekują się swymi końmi przynajmniej na tyle na ile jest to możliwe w ich wędrownym trybie życia .Zajmują się nimi więcej niż jakiekolwiek inne plemię zamieszkujące terytorium północno - zachodnie , z wyjątkiem Gros Ventres.
Często odprowadzają je o 10 -12 mil od obozu , gdzie konie są pojone i pilnowane przez stacjonujących tam młodych ludzi .Strażnikami koni są młodzi mężczyźni w wieku od 15 do 25 lat, którzy pilnują tylko koni należących do swojej rodziny .
Gdy obóz rozbity jest na granicach terytorium nieprzyjacielskich lub przewidywana jest obecność wrogich oddziałów wojennych , najlepsze konie zabierane są do obozu i przywiązywane u wejść do namiotów by mogły służyć w pogoni w razie gdyby reszta zwierząt została nocą skradziona. Ludzie ci żyją w ciągłej świadomości , że mogą utracić wszystkie konie, będące całym bogactwem , na rzecz wojowników otaczających plemion , w szczególności Siuksów i Czarnych Stóp.
Podczas pisania tej książki ( luty 1856 r ) oddział Czarnych Stóp skradł 70 koni z obozu Wron znajdującego się u ujścia Yellowstone. Dokonali tego wcześnie w nocy więc Wrony nie wiedziały o kradzieży aż do około 10 rano następnego dnia około której to strażnik poszedł doglądnąć zwierząt . Jak tylko odkryli rabunek , 100 wojowników ruszyło w pogoń , każdy jadąc na rączym koniu i prowadzać drugiego luzem Czarne Stopy miały noc przewagi , ale konie musiały torować sobie drogę w głębokim śniegu przez co stracili dużo czasu , natomiast pogoń skorzystała z utorowanego przez nich szlaku Przez 3 dni i 2 noce Wrony kontynuowały pogoń pozostawiając po drodze zmęczone konie i dosiadając te ciągnięte luzem Pod koniec drugiego dnia również zapasowe zwierzęta opadły z sił więc Indianie kontynuowali pogoń pieszo .
Członkowie obu grup nic nie jedli , nie pili i nie spali oraz narażeni byli na ogromny chłód. Była to pogoń życia i śmierci więc nie było czasu do stracenia . O zmierzchu trzeciego dnia Wrony zbliżyły się do wrogów ,którzy głodni i znużeni zatrzymali się , zabili bizona i przygotowywali sobie posiłek . Jako środek ostrożności odprowadzili konie kilka mil dalej i me będąc świadomi bliskości ścigających przygotowywali się do spędzenia milej nocy wokół ognia. Pod osłoną ciemności i drzew porastających brzegi Yellowstone , Wrony zbliżyły się do ich obozu. Musieli jednak nadłożyć kilka mil do miejsca , gdzie znaleźli swoje spokojnie pasące się konie , które odzyskawszy odprowadzili na pewną odległość od ognisk wrogów. Dokonawszy tego niektórzy chcieli zaatakować Czarne Stopy nocą jednak przywódca poczekał do świtu kiedy , jak się spodziewał ruszą om w różnych kierunkach by połapać konie. To pozwoliłoby na zabicie wroga bez narażania się na niebezpieczeństwo. Było jak przewidział. Wczesnym rankiem dwóch mężczyzn udało się szlakiem koni i zbliżyło się do miejsca , gdzie oczekiwali ich wojownicy Wron. Zaatakowali ich. Jeden uciekł , a drugi próbował oddać strzał lecz został pchnięty nożem oskalpowany na żywca i potem zabity. Wojownicy Wron nie próbowali się mścić na reszcie , osiągnęli to czego oczekiwali - odzyskali konie i zabili wroga nie tracąc nikogo z własnego oddziału , co jest większym osiągnięciem niż zabicie kilku wrogów ze stratą kogoś ze swoich Takie potyczki i pogonie mają miejsce w pobliżu obozów Wron i Czarnych Stop niemal codziennie , zarówno latem jak i zimą. Podczas jednego roku więcej niż 1000 osób ginie po każdej ze stron. Gdy oddziały są silne , dochodzi do groźnych bitew podczas których każda strona traci 50 do 100 wojowników , gdy jednej z nich uda się dogonić drugą. Lecz często udaje im się ujść z końmi bez strat , szczególnie w lecie , gdy niełatwo posuwać się tropem w szybkim tempie lub gdy duże oddziały wojenne napadają na małe obozowiska. Jakiekolwiek straty w koniach ponoszą Wrony wynagradzają im to coroczne wędrówki do Płaskich Głów i Nez Perce , z którymi wymieniają broń , koce itd. Gdy wracają sytuacja się powtarza , jako że Czarne Stopy będąc czterokrotnie liczniejsi niż Wrony również zyskują na tych wyprawach. Z tego i innych powodów liczba Wron staje się stopniowo się zmniejszać. Assimboini zaopatrują się w konie kradnąc je Czarnym Stopom, a Siuksowie z kolei zabierają je Assmiboinom. W taki sposób biedne zwierzęta są gnane od jednego narodu do drugiego , często wracając kilkakrotnie do swych pierwotnych właścicieli .To , wraz z nagonkami na bizony i przenoszeniem obozów szybko je wymęcza. Wrony szacują wartość swych koni od 60 do 100 dolarów a np. zwierzęta Czarnych Stóp można nabyć za sumę od 20 do 60 dolarów.
Ważne jest znaczenie koni w tej historii , jako że wyjaśnia jedną z głównych przyczyn niekończącej się wojny miedzy plemionami ,która musi prowadzić do całkowitego ich wyginięcia. Bez koni Indianie nie są w stanie utrzymać swych rodzin pozostając łowcami Muszą je posiadać lub głodować . Plemiona mające ich niewiele zdobywają je od tych mających ich dużo, a mniejsze narody , na skutek częstotliwości wypraw rabunkowych stają się tak mało liczebne , ze stają się łatwą zdobyczą dla silniejszych. W takiej sytuacji są obecnie Wrony , którzy mimo wystarczającej odwagi z trudem mogą chronić zwierzęta , które posiadają . Mniejsza tez ich liczba wymusza by zdobyć je od wrogów Jednakże robią to i wobec lego liczebność ich maleje.

poniedziałek, 6 maja 2013

sobota, 4 maja 2013

stowarzyszenia Indian Crow


Absaroka (Wrony) mieli inny punkt widzenia na stowarzyszenia wojowników niż blisko spokrewnieni z nimi Hidatsa . By przystąpić do stowarzyszenia trzeba było się "wkupić", wiek zaś grał drugorzędną rolę. Wstępowało się tam poprzez zaproszenie, czasami sam pretendent wywierał presję by go przyjęto (poprzez dawanie prezentów odpowiednim osobom). W czasach gdy Maxymilian przebywał wśród Crow najważniejszym stowarzyszeniem byli Bulls (Byki), kilka lat później stowarzyszenia Lumpwoods i Fox (stowarzyszenie Lisa) rywalizowały o tą pozycję. Było regułą, że mężczyzna przystępujący do stowarzyszenia zostawał tam do końca życia i dlatego członkowie większości stowarzyszeń byli to ludzie w różnym wieku. Inicjacja do stowarzyszeń była wolna od "opłat", ryzyko podejmowane przez członków w walkach było wystarczająca opłatą.

PO 1870 roku Crow otrzymali od Hidatsa Hot Dance (Taniec Gorący) i Crazy Dog Dance (Taniec Szalonego Psa). Dla odróżnienia od oryginalnego Crazy Dog Dance otrzymanego od Hidatsa swój nazwali Long Crazy Dog Dance (Taniec Długiego Szalonego Psa).

Crow będąc członkami stowarzyszeń religijnych takich jak Stowarzyszenia Tytoniowe czy Świętej Fajki nie stosowali reguł obowiązujących w tych stowarzyszeniach do stowarzyszeń wojowników lub tanecznych. Sytuacja uległa zmianie w czasach gdy otrzymali od Hidatsa Crazy Dog Dance i Hot Dance. Od tego czasu "sprzedawali" swe usługi wewnątrz stowarzyszeń (jak to było w zwyczaju stowarzyszeń religijnych), lecz nadal nie wymagali opłat za inicjację. W rzeczywistości poprzez dawanie prezentów namawiali wpływowe osoby do przystąpienia do danego stowarzyszenia. Wraz z utworzeniem nowych stowarzyszeń niektórzy należący do starych stowarzyszeń wstępowali zarazem do nowych. Wcześniej wolno było należeć tylko do jednego ze stowarzyszeń

MUDDY HANDS I FOXES
Wcześni pisarze nie wspominają o Muddy Hands (Ubłocone Ręce) u Crow, ale było to swego czasu bardzo ważne stowarzyszenie. Najprawdopodobniej jego członkami byli starzy mężczyźni. Gdy stowarzyszenie istniało około 50 lat (1865-1870) przyjęli zaproszenie przyłączenia się do Fox (stowarzyszenia Lisa). Jedną z cech charakterystycznych dla Fox było to, że rzadko wygaszali oni ogień-reprezentujący wroga. Gdy grupa opuszczała dane miejsce bardzo odważny wojownik mógł wrócić i zgasić ogień jednocześnie składając przed samym sobą przyrzeczenie że nigdy nie ucieknie przed wrogiem. Ozdoby głowy (roache) Fox były wzorowane na roachach plemion leśnych. To wyróżniało stroje Fox od strojów innych stowarzyszeń. Jest to prawdopodobnie to samo stowarzyszenie, które Maxymilian nazywał Prairie Foxes (Preriowe Lisy). Fox tańczyli w półkolu, zaczynali z lewej strony półkola i tańczyli-skakali na obie nogi. Przed dołączeniem do Fox Muddy Hands tańczyli w zupełnie inny sposób. Dwóch członków (Muddy Hands) ubierało wojenne stroje i trzymając w rękach broń "podjerzdżali" od wiszącej na wbitej w ziemię tyczce skóry bizona (reprezentanta wroga) i uderzali w nią swą bronią. Następnie przedstawiali swoje wojenne wyczyny


http://indianie.kolba.eu/nr2.shtml

czwartek, 2 maja 2013

Legendy Indian: Jak Gluskapi pochwycił lato


Legenda Indian Algonkinów

Ta stara piękna historia opowiada o tym jak Gluskapi pochwycił Lato.
Od dłuższego już czasu Gluskapi wędrował daleko na północy po lodowej krainie.Gdy zrobił się zmęczony i głodny postanowił schronić się w wigwamie zamieszkałym przez potężnego olbrzyma Zimę. Przyjęto gościa bardzo serdecznie i podano mu fajkę nabitą tytoniem. Zima zabawiał go uroczą historyjką z dawnych czasów pykając przy tym swoją fajkę. Monotonne opowiadanie wywołało lodową atmosferę, która ogarnęła Gluskapiego swym czarem i został uśpiony. Zapadł w głęboki sen- sen zimowy. Spał sześć długich miesięcy, po których gdy czary i mróz ustąpiły obudził się. Udał się w drogę powrotną do domu. Szedł daleko na południe aż zrobiło się tak ciepło, że kwiaty zaczęły kwitnąć dookoła. Doszedł w końcu do tajemniczego lasu, w którym pod starymi drzewami tańczyło dużo malutkich ludzi. Władczynią tego ludu była Lato niezwykle piękna, również bardzo mała istota. Gluskapi pochwycił ją w swoją dużą dłoń. Lassem zrobionym z łosiowej skóry okręcił delikatnie jej ciało i zaczął uciekać ciągnąc ją za sobą. Delikatna istotka biegła z tyłu przeraźliwie wrzeszcząc i szarpiąc za lasso. Gluskapi biegł jednak dalej. Ponownie dotarł na północ i udał się do wigwamu Zimy. Olbrzym przyjął go jak poprzednio bardzo gościnnie i począł opowiadać mu starą historię. Ale teraz Gluskapi był dobrze przygotowany. Lato leżała na jego piersi i emanowała taką siłą i gorącem, że te potężne czary spowodowały u Zimy pierwsze oznaki wyczerpania. Pot spływał mu obwicie z twarzy i powoli zaczął się topić. Zaczęła się również topić jego czapa. Natura wokoło poczęła się budzić i ożywało wszelkie ćwierkające ptactwo. Zielone trawy wschodziły a zwiędnięte ostatniej jesieni liście spłynęły z odwilżą w dół rzeki. Gdy nastała wreszcie nowa pora Gluskapi uwolnił Lato i pozwolił jej wrócić na południe.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty



Każde plemię składa się z czystych 

indywidualności

i jest tak dobre, jak każda z nich.

CHIEF SEATTLE












Kto posiada coś ważnego,

nie powinien długo mówić,

ale po kilku słowach przejść do rzeczy.

SAGOYEWATHA, RED JACKET (Seneca)

sobota, 27 kwietnia 2013

Wojenny ścieżka Indian - uderzenia




W dawnych czasach, jeszcze przed podbojem, zwraca uwagę fakt, że dla pewnych plemion Równin wojna była najistotniejszą sprawą. Wśród wojennych zwyczajów, szczególnie dwa z nich zostały najlepiej poznane i opisane. Są to skalpowanie i zaliczanie uderzeń. Pomimo tego, iż poświęcono im dużo miejsca, są one na ogół źle rozumiane a ich książkowe wytłumaczenie jest bardzo trudne. Istnieje dużo błędnych sądów na ten temat, które trudno naprawić, ponieważ zwyczaje te od dawna nie są praktykowane i znane są one obecnie tylko bardzo starym ludziom.
            W periodyku zajmującym się sztuką użytkową Indian północnoamerykańskich, można było przeczytać:
            „Dawniej, największym osiągnięciem dla Indianina było zdobycie skalpu, lecz wraz z pojawieniem się broni palnej, zabijanie stało się dużo łatwiejsze i duża ilość takich trofeów straciła na wartości. Indianie zaczęli wtedy uważać, że chwalebniejszym czynem będzie dotknięcie ciała wroga laską uderzeń podczas bezpośredniej walki z wrogiem.”
            W jednej z książek o Indianach napisano: „Zwycięstwo wojownika uwarunkowane było od spełnienia jednego z trzech warunków: jeżeli zabił wroga, oskalpował go lub był pierwszym, który dotknął wroga żywego lub martwego. Były to czyny, które sprawiały, że mężczyzna stawał się wojownikiem i mógł się tymi czynami publicznie chwalić, a bycie pierwszym, który dotknął wroga było uważane za czyn największy, możliwy do zdobycia podczas bitwy.”
            Obydwa te cytaty wprowadzają czytelnika w błąd, ponieważ według nich zabijanie lub skalpowanie wrogów równało się ważnością ze zwyczajem zaliczania uderzeń. Wśród plemion, z których zwyczajami jestem zaznajomiony, rzeczywisty kontakt z przeciwnikiem przez dotknięcie go jakimkolwiek trzymanym w ręce przedmiotem lub samą ręką był najdzielniejszym czynem, jakiego mógł dokonać.
            Zabicie wroga było rzeczą dobrą, ponieważ to pomniejszało ich liczbę, oskalpowanie wroga natomiast nie było żadnym ważnym wyczynem i w żaden sposób nie przynosiło to zaszczytu. Zabici wrogowie bardzo często byli pozostawieni nieoskalpowani. Jeżeli jednak wróg został oskalpowany, skóra z jego głowy była zabierana raczej jako trofeum (dla udowodnienia swego czynu) lub do specjalnego tańca jako dobry znak a nie jako coś bardzo ważnego. Dotknięcie wroga jakimś przedmiotem trzymanym w ręce, gołą ręką lub jakąkolwiek inną częścią ciała było uważane za dowód odwagi, był to wyczyn, który sprawiał, że mężczyzna lub chłopiec stawał się godnym zaufania.
            Kiedy wrogi wojownik został zabity, wszyscy znajdujący się najbliżej zabitego wojownika próbowali jako pierwsi dobiec lub dojechać do niego i dotknąć trzymanym w ręce: strzelbą, łukiem, biczem czy też specjalną laską uderzeń. Liczba zaliczonych uderzeń zależała tylko i wyłącznie od wojownika. Ktokolwiek chciał skalpować to skalpował zabitych, lecz ani zabijanie ani skalpowanie nie było uważane za czyn przynoszący zaszczyt, zaś mężczyzna, który dotknął wroga, zdobywał wyróżnienie.
            Według Indian najdzielniejszym czynem było zaliczenie ciosu przez dotknięcie lub uderzenie żywego, niezranionego wroga i pozostawienie go nadal żywego. Taka sytuacja była bardzo powszechna wśród omawianych tu plemion. Bardzo często opowiadanym zdarzeniem był moment, kiedy dwa sobie wrogie plemiona staną naprzeciw siebie i jeden odważny wojownik występował przed swoją linię, szarżował na wroga, przebiegał (lub przejeżdżał) wzdłuż ich linii, uderzał jednego z nich, po czym wracał do swoich. Jeśli natomiast wojownik ten spadł z konia lub jego koń został zabity to cały jego oddział natychmiast ruszał mu na ratunek i przyprowadzał z powrotem do swoich.
            Podczas polowania, nie było wcale niezwykłym dla chłopca lub młodego mężczyzny fakt zabicia zwierzęcia, mimo, że nierzadko było to zwierze bardzo niebezpieczne, niezwykłe było to, że mógł na tym zwierzęciu zaliczyć uderzenie. Znam przypadek, kiedy młodzieńcy ścigali czarnego niedźwiedzia po prerii, zabili go swoimi strzałami, następnie podbiegali do niego by zaliczyć uderzenie.
            Dowodem odwagi dla wojownika było to, że zdołał on pokonać wroga nie używając przy tym broni. Większym zaszczytem był atak z lancą aniżeli z łukiem i strzałami, jeszcze większym było pójście do walki tylko z tomahawkiem bądź kamienną maczugą, lecz najdzielniejszym czynem był atak nieuzbrojonego wojownika (albo z batem bądź też długą gałęzią – czasami nazywanej laską uderzeń). Przy okazji chciałbym powiedzieć, że nigdy kamiennej maczugi nie nazywano laską uderzeń.
            Częstym przypadkiem u Szejenów – w odróżnieniu od innych plemion równin - było to, że mężczyzna, jeśli posiadał swą laską uderzeń i był bez nadziei na powrót do zdrowia, lub zdarzyło mu się jakieś wielkie nieszczęście i był przekonany, że już długo nie pożyje, deklarował wtedy swój zamiar wystawienia się podczas bitwy. W praktyce oznaczało to popełnienie samobójstwa przez desperacki atak na wroga, podczas którego dokonywał kilku odważnych czynów i ginął. Była to oczywiście bardzo honorowa droga do śmierci, chwalebniejsza niż zastrzelenie się, zasztyletowanie się lub powieszenie się. Tak na marginesie warto dodać, że czyny te nie były uznawane za powód do wstydu. Samobójstwo przez powieszenie się było raczej praktykowane przez dziewczyny, których serca zostały złamane przez niespełnioną miłość.
           W 1910 żył jeszcze w Montanie człowiek, który gdy miał siedemnaście lub osiemnaście lat, po długiej chorobie, która wydawało się, że nigdy się nie skończy, zadeklarował swemu ojcu chęć wystawienia się. Ojciec zgodził się i podarował swemu synowi najsilniejsze „leki”, jakie miał. Chłopiec wyjechał na południe z wyprawą wojenną, a jedyną bronią, jaką zabrał ze sobą był mały toporek. Gdy zbliżali się do terenów wrogich plemion, spotkali dwóch Indian Omaha, którzy wracali właśnie z polowania. Oboje uzbrojeni byli w strzelby. Szejen uderzył na nich na najlepszym wojennym koniu swojego ojca. Wyminął jednego z wrogów, który próbował go zastrzelić, lecz jego broń nie wypaliła, młodzieniec wykorzystał to i uderzył przeciwnika swoim toporkiem. Drugi z Omachów wystrzelił do Słonecznej Drogi, lecz ten zdążył się schować za swym koniem, po czym Szejen zrzucił wroga z konia. Oboje zostali przez niego zabici. Spełnił tym swoje przyrzeczenie. Powrócił ze swoimi ziomkami do obozu w wielkiej chwale. Podleczył się i dziś, gdy ma około siedemdziesięciu pięciu lub siedemdziesięciu czterech lat ciągle opowiada historię swojej młodzieńczej wyprawy.
            Szejenowie uznawali uderzenia wrogów tylko do trzech razy, to znaczy trzech mężczyzn mogło dotknąć ciała wroga i otrzymać za ten czyn jakiś zaszczyt. Zaszczyty były „rozdawane” według takiego porządku, w jakim zostały dokonane uderzenia. Następne uderzenia nie przynosiły już zaszczytu. Arapaho uznawali jeszcze czwarte uderzenie. Podczas bitwy członkowie jednego plemienia uderzali wroga bez patrzenia na to, czy został on już dotknięty przez wojownika z sojuszniczego plemienia. I tak, gdy po jednej stronie w bitwie stali Szejenowie i Arapaho, to na jednym wrogu mogli zaliczyć aż siedem uderzeń. Takie postępowanie wprowadzało nieraz wiele zamieszania, na przykład, gdy w bitwie nad Rio Grande del Norte połączone siły Szejenów, Arapaho, Komanczy, Kiowa i Apaczy pokonały Ute.
            Kiedy Szejen dotykał wroga, którego przedtem nikt nie dotknął krzyczał: ah haih’ i wołał: „Jestem pierwszy”. Drugi, który zaliczył uderzenie wołał: „Jestem drugi”. I tak samo trzeci.
            Jest oczywiste, że podczas zamieszania w każdej bitwie miało miejsce bardzo dużo pomyłek i jakiś wojownik mógł wierzyć, że on jest uprawniony do honorów, o których inni myśleli, że należą się im. W tym celu po zakończonej bitwie, zwycięski oddział zbierał się wokół ogniska, na którym zazwyczaj gotowała się strawa (najczęściej bizonie mięso). Na ziemi obok ognia kładziono fajkę i strzelbę. Zainteresowani wojownicy podchodzili do ognia i wpierw dotykając fajki informowali o swoim czynie mówiąc: „Jestem pierwszy”, „drugi”, bądź „trzeci”, tak jak to miało miejsce podczas bitwy. Mogło się też zdarzyć, że jakiś inny wojownik sprzeciwił się mówiąc: „Nieprawda, to ja uderzyłem go pierwszy”. Wtedy dochodziło do sporu, ale różnica zdań była regulowana od razu na miejscu.
            Często te dyskusje bywały bardzo burzliwe. Przywołam tu przypadek, który zdarzył się pomiędzy Paunisami i o którym swego czasu było bardzo głośno. Pewien Siuks został zabity i kilku wojowników (Baptiste Behele – półkrwi Skidi, pomniejszy wódz oraz chłopak bez znaczącej pozycji) pędzili do ciała, aby zapewnić sobie honor bycia tym, który dotknie go jako pierwszy. Baptiste miał najszybszego konia i dojeżdżał już do ciała, gdy w pewnym momencie jego wierzchowiec potknął się i przewrócił, a więc nie mógł już dotknąć go, choć zrobiłby to gdyby jego koń nie potknął się. Nie był to duży problem dla Indian, którzy jednogłośnie przyznali ten honor młodzieńcowi.
            Kiedyś dwóch młodych Szejenów ścigało się, aby dotknąć zabitego wroga. Ich konie biegły równie szybko, chociaż jeden nieznacznie wyprzedzał drugiego. Pierwszy z młodzieńców był uzbrojony w szablę, a drugi, który już prawie wyrównywał, wyciągnął rękę, w której znajdowała się lanca. Szabla była krótsza niż lanca i właściciel szabli miał jedynie szansę na zaliczenie drugiego uderzenia, lecz opuścił swą rękę w dół, chwycił lancę towarzysza i dotknął nim zabitego wroga, czym zapewnił sobie pierwsze uderzenie. Chociaż posiadacz lancy ciągle ją trzymał, to jego ręka na drzewcu znajdowała się za ręką posiadacza szabli i musiał zadowolić cię drugim uderzeniem. Zaliczenie uderzenia lancą było równoznaczne z uderzeniem gołą ręką.
            Ktoś, kto był pewny swoich praw oraz był wspierany przez swoich krewnych podczas dyskusji na placu mógł przy ich pomocy formalnie dojść do prawdy. Mógł korzystać także z uroczystej przysięgi. I tak Szejenowie przysięgali przez potarcie Świętych Strzał i mówili: „Strzały, czy mnie słyszycie? To ja to zrobiłem (lub nie)”. Natomiast Czarne Stopy kładli ręce na główce fajki i wtedy przysięgali.
            U Szejenów w wypadku sporu, kto i jako który dotknął wroga, wymagano dodatkowej przysięgi. Służyły temu pewne rekwizyty: pomalowana bizonia czaszka (czerwony pasek dzielił ją na pół, biegł od środka pomiędzy rogami aż do otworów nosowych, wokół oczodołów pomalowane były czerwone obwódki, prawa część była czarna a na nim okrągła plama, symbolizująca słońce, a po lewej czerwony księżyc; w oczodoły i nozdrza wetknięta była świeża, zielona trawa), która symbolizowała święty szałas [medicine lodge], naprzeciw niej leżała strzelba i cztery strzały symbolizujące święte strzały Szejenów. Przysięgający mężczyzna brał po kolei wszystkie te przedmioty w ręce i wypowiadał powyższe słowa. Na ziemi obok strzał i strzelby umieszczano również patyki długości jednej stopy, w takiej liczbie ilu zostało zabitych wrogów w bitwie, o której dyskutowano.
            W zamieszaniu bitewnym wiele osób zaliczało wiele uderzeń, co powodowało spory, wobec czego przysięga była bardzo pożądana. Na takie przysięgi zbierało się wielu mężczyzn, jak i kobiet, co sprzyjało składaniu świadectw podczas ceremonii. Wódz polecał obwoływaczowi zwołać wszystkie osoby, które domagały się uznania, w porządku, w jakim deklarowane były uderzenia wroga, tzn. wpierw mężczyznę, który uważał, że dotknął wroga pierwszy, później tego, który dotknął jako drugi, itd. Składający przysięgę wojownik podchodził do świętych przedmiotów, wyciągał ręce ku niebu i mówił: Mā ĭ yūn ăsts’ nī āh’tū (Duchowo Siło, wysłuchaj mnie), potem pochylając się kładł rękę na świętych przedmiotach i mówił: Nā nĭt’ shū (Dotknąłem go). Po przysiędze dodawał jeszcze: „Jeśli mówię nieprawdę, mam nadzieję, że wkrótce jakaś kula lub strzała mnie dosięgnie i zginę”.
            Potem ze szczegółami opowiadał jak uderzył wroga. Po nim wzywano ludzi, którzy zaliczyli na tym wrogu drugie uderzenie, a potem trzecie i każdy szczegółowo opowiadał swą historię. Po nich wzywano wojownika, który zaliczył pierwsze uderzenie na drugim wrogu, potem tych, którzy dotknęli go jako drudzy i trzeci. Wszyscy roszczący sobie prawa do honorów opowiadali historię swego dotknięcia.
            Jeśli w takich warunkach, mężczyzna złożył fałszywe oświadczenie, uważano, że na pewno po jakimś czasie on lub ktoś z jego rodziny umrze. Szejenowie obawiali się skutków przysięgi i nawet, gdy nie byli pewni, czy wszystko było tak, jak deklarowali, nie wstawali, gdy wywoływano ich imię. Z drugiej strony ktoś mógł nieświadomie – z powodu jakiegoś przeoczenia lub pomyłki – fałszywie przysiądz, że był pierwszy. Ktoś mógł także świadomie przysięgać fałszywie. W 1862 roku pewien wojownik spierał się z drugim o honor pierwszego uderzenia. Po roku, gdy Szejenowie odprawiali święty szałas [medicine lodge] nad rzeką Republican, zginął i wszyscy byli pewni, że rok temu kłamał.
            Kiedy dwóch mężczyzn usiłowało dotknąć wroga, świadkowie mogli powiedzieć jednemu z nich: „Nie widzieliśmy wyraźnie co zrobiłeś, lecz jesteśmy pewni tego, co zrobił drugi”. W ten sposób można było uniemożliwić komuś zdobycie honoru pierwszego uderzenia. Ludzie, którzy pretendowali do zdobycia uznania byli czynnie popierani przez swoich krewnych.
            Jeżeli za uciekającym wrogiem ruszyła pogoń i jeden z wrogów upadł, bądź odłączył się od swego oddziału oraz był już dotknięty trzy razy, unikając przy tym jakiejś poważniejszej krzywdy, i odłączył się od swoich, to można było na nim od nowa zaliczać uderzenia.
            Jako przykład osobliwości związanych z zaliczaniem uderzeń na wrogu według zasad Szejenów, można przywołać przypadek Żółtej Koszuli. W wielkiej bitwie nad potokiem Wolf w 1838 roku pomiędzy sprzymierzonymi Kiowami, Komanczami i Apaczami a Szejenami i Arapahami po drugiej stronie, na Kiowie, Żółtej Koszuli, zaliczono dziewięć uderzeń. Kiedy atakowano obóz Kiowów, Żółta Koszula walczył pieszo i tam zaliczono na nim trzy uderzenia, lecz nie odniósł żadnej poważniejszej rany. Później dotarł do swojej wioski, dosiadł konia i wrócił do bitwy, gdzie podczas walki zaliczono na nim kolejne trzy uderzenia. Zaraz potem jego koń został zabity, a on złamał sobie nogę. Strzelając z łuku walczył dalej siedząc na ziemi i znowu dotknięto go trzy razy, po czym zabito. Tak zaliczono na nim dziewięć uderzeń i wszystkie zostały uznane. Innym razem dziewięć uderzeń zaliczono na pewnym Paunisie, lecz zdołał on uciec.
            Jeżeli przez jakieś niedopatrzenie trzecie uderzenie nie zostało formalnie zaliczone, to zdjęcie wrogowi na przykład mokasynów, a więc kradzież, uznawano za trzecie uderzenie, ponieważ człowiek, który je zdejmuje, dotyka ciała nieżywej osoby. Uderzenie mogło być zaliczone zarówno na mężczyźnie, jak i na kobiecie i dziecku, ponieważ jeśli kogoś porywano, to najpierw zaliczano na nim uderzenia. Były też inne czyny godne uznania, lecz niemające porównania z honorem dotknięcia wroga. U Czarnych Stóp takim czynem było zabranie tarczy, strzelby, łuku, strzał bądź świętej fajki, przy czym każdemu takiemu wyczynowi mogło towarzyszyć dotknięcie wroga.
            Wśród tego ludu bardzo cenione było pokonanie wroga pieszo i w dawnych obrzędach różnych stowarzyszeń często po obu stronach szyi konia malowano czerwone odciski dłoni, co wraz z innymi rysunkami na brzuchu oznaczało kontakt ciała konia z wrogiem.
            Wśród Szejenów takim dzielnym czynem było porwanie konia. Jeżeli ktoś dotknął wroga i przy okazji zabrał mu tarczę lub strzelbę, zawsze o tym wspominano. Uderzano w bęben za zaliczenie uderzenia, potem za zdobycie tarczy, potem za zdobycie strzelby i potem – jeżeli wojownik oskalpował zabitego – za zdobycie skalpu.
            Wierzę, że głęboki szacunek, jakim się cieszy akt uderzenia wroga, jest pozostałością starego uczucia, które przeważało, zanim Indianie zaczęli używać pocisków, gdy musieli walczyć twarzą w twarz, maczugami lub zaostrzonymi kijami. W takim przypadku tylko ci, którzy się zwarli bezpośrednio, mogli zadać ranę i zdobyć chwałę. Gdy zaczęto stosować strzały, prawdopodobnie ciągle wierzono, że lepiej jest spotkać się z nieprzyjacielem twarzą w twarz, niż zabić go na odległość.

http://assiniboine.republika.pl/old/skalp.htm

czwartek, 25 kwietnia 2013

Legendy Indian LENIWY KRÓLIK


Legenda Indian Algonquin

W Dawnych Czasach, królik Ableegumooch był leśnym przewodnikiem Glooscapa, który pomagał wędrowcom zagubionym w kniei. Jednakże, z biegiem czasu, ludzie i zwierzęta nauczyli się znajdować swoje własne ścieżki w lesie i nie potrzebowali więcej usług królika.
Ableegumooch stał się tłusty i leniwy. Gdy coś było łatwe i zabane do zrobienia, robił to. Jeśli natomiast było to trudne i męczące, nawet się za to nie zabierał. Ale tak postępując, nie da się zapełnić wigwamu jedzeniem.
Często, biedna stara Noogumee (słowo wyrażające szacunek wśród Indian dla jakiejś starszej kobiety), jego babcia, z którą żył, musiała polować by zdobyć jedzenie, inaczej by głodowali. Obojętnie jak często go beształa, Ableegumooch nie chciał zmienić swojego postępowania.
Glooscap, daleko, w swej chacie w Blomidon, widział, że królik stał się całkowicie bezużytecznym stworzeniem. Musi zostać ostrzeżony przeciw niebezpieczeństwu jakie niesie ze sobą lenistwo. Nie tracąc czasu, Glooscap wyszedł z chaty i poszedł na plażę, robiąc przy tym tylko trzy ogromne kroki. Tam spuścił na wodę swoje kanu i powiosłował przez Zatyokę Fundy ku brzegom blisko domu królika.
Był piękny i jasny ranek, powietrze było chłodne o posmaku soli, jak to zawsze w Nadmorskich Prowincjach. Niebawem przykicał królik, śpiewać jak lekkoduch:

"Oto śliczny dzień, by nic nie robić, kompletnie nic, przez cały dzień!"

Nie zwracał żadnej uwagi na smaczne korzonki i jagody, które mógłby zebrać na obiadu. O wiele bardziej wolał przyglądać się, jak pracują inni. Był tam Miko, wiewiórka, pędzący w górę dużego klonu, którego policzki wydęły się od zgromadzonych w nich orzechów, zatrzymując tylko na chwilę, by zbesztać Ableegumooch, że podchodzi zbyt blisko jego magazynu.
Był też Mechipchamooech, pszczoła, zajęta zbieraniem miodu dla swojego ula z nawłoci [rodzaj roślin z rodziny astrowatych – przyp. Tłum.]. I była też Teetees, niebieska sójka, łapiąc latające robaki dla swojej rodziny w gnieździe, w dużej sośnie. To wszystko było tak interesujące, że Ableegumooch zatrzymał się obok okazałego drzewa jodły, by nacieszyć się tą sceną. Nagle, tuż za sobą, usłyszał głos.
"Ableegumooch, ostrożnie!"
Królik podskoczył i odwrócił się, ale za plecami nikogo nie było. Głos znów się odezwał, tym razem tuż nad jego głową.
"Uważaj na siebie, Ableegumooch, albo twoje lenistwo przyniesie cią ból i smutek."
Królik spojrzał w górę i zobaczył, że jodła trzęsie się niczym liść podczas burzy, mimo, że ni było wiatru. Przestraszony dowcipem zaczął biec, i biegł póki nie dotarł bezpiecznie do domu, gdzie opowiedział babci co mu się przydarzyło.
"Glooscap dał ci ostrzeżenie," powiedziała babcia. "Lepiej go posłuchaj, wnuku, albo będzie ci przykro."
Nogi królika nadal drżały ze strachu i wysiłku, ale natychmiast obiecał, że będzie na siebie uważał, by w przyszłości nie być tak leniwym. I naprawdę, przez krótki czas był pracowity, gromadził jedzenie utrzymując wigwam dobrze zaopatrzonym. Ale, kiedy nadeszła jesień, znów się rozleniwił i wrócił do swego dawnego postępowania.

"Oto śliczny dzień, by nic nie robić, kompletnie nic, przez cały dzień!"

Tak zaśpiewał Ableegumooch, gdy przechadzał się pośród jesiennych drzew. Noogumee błagała go, beształa i apelowała do niego, ale on nadal spędzić więcej czasu na odwiedzaniu sąsiadów niż na gromadzeniu jedzenia. Pewnego dnia, gdy nadeszła już zima, przoszedł do wigwamu wydra Keoonika. Keoonik grzecznie poprosił go, by zjadł obiad, a królik natychmiast się zgodził. Keoonik zwrócił się do starszej swego domu w swej plemiennej gwarze:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
Potem wziął kilka haczyków na ryby i odszedł, królik poskakał za nim, ciekawy, co takiego będzie on robił. Keoonik usiadł na zaśnieżonym brzegu rzeki i ześliznął się w dół po lodowej ślizgawce wprost do wody. Po chwili pojawił się ponownie ze sznurem węgorzy, które on zaniósł swojej babci, a ona natychmiast usmażyła je na obiad.
"Łaskawca!" pomyślał Ableegumooch. "Toż to takim łatwy sposób, by utrzymać się przy życiu. Ja także mogę zrobić tak jak Keoonik," i poprosił wydrę, by była jego obiadowym gościem nazajutrz. Potem pospieszył do domu.
"Chodź", powiedział do babci, "musimy wyjść z domu i pójść nad rzekę." I pomimo wszystkiego co by babcia nie powiedziała, nalegał by raz dwa poszli. Noogumee przypomniał mu, że w wigwam nie ma jedzenia i powinien pójść go poszukać, ale Ableegumooch nie zwracał na to żadnej uwagi. Był zajętym robieniem ślizgawki takiej, jaką miał Keoonik. Było zimno, więc wszystko, co on musiał zrobić to rozlać na brzegu rozpuszczony śnieg, który wkrótce zamarzł i tak powstała ślizgawka. Nazajutrz, bardzo wcześnie przybył gość. Gdy nadszedł czas obiadu, Ableegumooch powiedział do babci:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
" Nie mam czego przygotowywać," powiedziała ze smutkiem babcia.
"Och, przecież widzę," powiedział królik z pewnym siebie uśmieszkiem i usiadł na szczycie ślizgawki, by zacząć łowienie. Kiedy spróbował się odepchnąć, zorientował się, że to nie było takie łatwe. Jego sierść była szorstka, opasła i suchy, nie taka gładka i śliska jak u wydry. Musiał się pokręcić i odpychać piętami, aż się ześliznął i zanurkował do wody. Zimno całkiem odebrało mu oddech i nagle przypomniał sobie, że nie umie pływać. Walcząc z żywiołem i piszcząc, miał już dosyć rybołówstwa, przez to, że był bliski utonięcia.
"Co u licha się nim dzieje?" Keoonik spytał babcię.
" Przypuszczam, że widział, jak ktoś inny to robił," westchnęła Noogumee "i pomyślał, że też tak może zrobić."
Keoonik pomógł wyjść z wody zmarzniętemu, na pół utopionemu królikowi i jako, że nie było co jeść, poszedł do domu głodny i , odkąd nie było niczego, by zjeść, poszło do domu głodny i oburzony.
Ale jeśli sądzicie, że ta zimna kąpiel wyleczyła Ableegumoocha z lenistwa, to się grubo mylicie. Nazajutrz, gdy bezczynnie biegał po lesie, wstąpił do domostwa samiczek dzięcioła. Był bardzo zachwycony gdy dzięcioły zaprosiły go na obiad.
Patrzył niecierpliwie, by zobaczyć skąd one biorą jedzenie.
Jeden z dzięciołów wziął talerz, podleciał ku koronie starego buka i szybko zebrał zapas jedzenia, które zostało ugotowane i umieszczone przed królikiem.
"Ojejej!" pomyślał Ableegumooch. "Z jaką łatwością inni potrafią przeżyć. Co ma mnie powstrzymać od zrobienia tego samego?" I powiedział dzięciołom, że oni muszą przyjść do niego na obiad.
Następnego dnia dzięcioły przyszły do chatki królika, a wtedy Ableegumooch powiedział do babci:
"Noogumee, przygotuj posiłek."
"Ty głupi króliku", powiedziała ona, "nie ma nic, co by można przygotować."
"Rozpal ogień", powiedział doniośle królik, "Ja dopilnuję reszty."
Wziął kamienny grot od włóczni na węgorze, który przymocował sobie do głowy jako imitację dzięciolego dzioba, potem wszedł na drzewo i zaczął uderzać swoją głową w pień. Wkrótce głowa była potłuczona i krwawiąca, a królik nie mogąc się dłużej utrzymać, spadł na ziemię z głuchym łoskotem. Dzięcioły nie mogłyby powstrzymać się od śmiechu.
"Litości, a cóż on robił tam na górze?"
"Przypuszczam, że widział, jak ktoś inny to robi," powiedziała Noogumee, potrząsając głową, "i pomyślał, że i on może tak samo." Poradziła im, by poszli do domu, gdyż w tym dniu żadnego jedzenia nie będzie.
Będąc tak potłuczonym, zapewne pomyślicie, że królik się czegoś nauczył? Niestety, nazajutrz, czy też po dwóch dniach, królik próżnował w lesie jak to bywało wcześniej, gdy spotkał niedźwiedzia Mooina, który zaprosił go na obiad. Już od samego wejścia królik był pod ogromnym wrażeniem tego, jak niedźwiedź zdobył swój posiłek. Mooin wziął ostry nóż i uciął małe kawałki mięsa tuż przy swoich stopach. Potem umieścił je w kociołku na ogniu i po krótkim czasie cieszyli się przepysznym posiłkiem.
"To musi być najłatwiejszy ze wszystkich sposób zdobywania pokarmu na obiad," zdumiał się Ableegumooch i poprosił Mooina by przyszedł nazajutrz do niego na obiad. Tylko, że królik nie wiedział, że niedźwiedzie przechowują jedzenie na swoich stopach. Depczą łapami dojrzałe jagody, a gdy ich miąższ zaschnie, odcinają to by następnie zjeść. Głupi królik myślał, że Mooin odciął kawałki mięsa ze swoich łap!
W wyznaczonym czasie, Ableegumooch nakazał babce przygotować posiłek, a gdy ona powiedziała, że nie ma niczego, co mogłaby przygotować, on nakazał jej przygotować kociołek a on zrobi resztę. Następnie wziął kamienny nóż i zaczął ciąć swoje stopy jak to widział, w wykonaniu Mooina. Ale och mój Boże, jakże to zabolało. Bolało straszliwie! Ze łzami płynącymi po policzkach, ciął dalej i ciął, najpierw jedną potem drugą stopę. Niedźwiedź Mooin strasznie się zdumiał.
"Co do licha on próbuje zrobić?" spytał.
Noogumee potrząsnęła z przerażeniem głową.
"Ciągle to samo. Zobaczył, jak ktoś coś robi, i próbuje zrobić to samo."
"Cóż!" powiedział rozdrażniony Mooin, "Nie ma nic bardziej obraźliwego, niż zostać zaproszonym na obiad, na którym nie ma niczego dso jedzenia. Problem jest tylko jeden – królik jest bardzo leniwy!" i naburmuszony poszedł do domu.
Wtedy w końcu, Ableegumooch, opatrujący swoje poranione łapy, przypomniał sobie słowa Glooscapa. Natychmiast do niego dotarło jakim był głupcem.
"Ojej!" on powiedział. "Moje sposoby zdobywania jedzenia są trudne, ale inni mają jeszcze gorzej. W przyszłości będę trzymał się własnych sposobów," i tak zrobił.
Od tamtego czasu, wigwam Ableegumoocha i jego babcia zawsze był dobrze zaopatrzony w jedzenie, zimą i latem i, chociaż nadal cicho zaśpiewał, to słowa jego piosenki uległy zmianie:

"Najmądrzejszą rzeczą jest mieć ciągle zajęcie, zajęcie!"

Daleko w Blomidon, Glooscap widząc, że głupi królik w końcu zmądrzał, przypalił sobie fajkę i pykał ją z zadowoleniem.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty

Święta Matko Ziemio,

drzewa i cała przyroda

są świadkami twojego myślenia i działania.

WINNEBAGO






Widzicie bracia, nadeszła wiosna.

Ziemia objęta promieniami Słońca,

niedługo zobaczymy efekty tej miłości.

Każde nasienie zbudziło się, tak samo każde 

zwierzę.

Dzięki tej tajemniczej sile, również my żyjemy.

TATANKA YOTANKA,SITTING BULL (Hunkpapa)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Legendy Indian JAK POLUJĄCY ŻÓŁW OSZUKAŁ KOJOTA


Legenda Indian Acoma


W czasach starożytnych, dawno, dawno temu, blisko płynącej przez wzgórze rzeki, w górach Zuni, żył stary Żółw. Pewnego dnia wyszedł na polowanie, i wykorzystując swoją pomysłowość, upolował dużego i pięknego jelenia. Kiedy to zrobił, nie potrafił znaleźć sposobu na rozprawienie zwierzęcia. Usiadł więc, by się nad tym zastanowić, drapiąc powiekę oka pazurem tylnej łapy. Doszedł do wniosku, że musi sobie zrobić nóż z krzemienia. Po chwili poszedł ku miejscu, gdzie stały stare budynki. Kiedy tam doszedł, zaczął mruczeć starą, magiczną pieśń, tak, jak to dawno temu śpiewano podczas obrabiania krzemienia, z którego chciano zrobić nóż. Tak oto zaśpiewał:

"Apatsinan tse wash,
Apatsinan tse wash,
Tsepa! Tsepa!"

Co można przetłumaczyć, może niezbyt dokładnie, ale wystarczająco dobrze, jako:

"Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Magicznie! Magicznie! "

A gdy tańczył w koło śpiewając, usłyszał go przebiegający w pobliżu kojot. Kojot wykrzyknął: "Uh! Ciekawe, kto i o czym tak śpiewa? Ach, on tworzy nóż z krzemienia, czyż nie? Najwyraźniej zabił jelenie!" Zawrócił i pobiegł ku miejscu gdzie był Żółw. Gdy zbliżył się wykrzyknął: "Hejże, przyjacielu! Czy aby to nie Ciebie słyszałem, jak śpiewałeś?"
"Tak", odpowiedział Żółw.
"A co śpiewałeś?"
"Tak naprawdę, to nic."
"Właśnie, że tak. Co to było?"
"Nic szczególnego, mówię ci, nic co by cię obchodziło."
"Coś mruczałeś, i ja wiem co, właśnie to." I kojot, który nie mógł śpiewać, powtórzył słowa, które usłyszał.
"No dobrze, może i śpiewałem. No i co z tego?" powiedział Żółw.
"Po co to robiłeś, czyżbyś tworzył z krzemienia nóż?" spytał kojot.
"Tak, i co z tego?"
"A po co tworzyłeś krzemienny nóż?"
"Tak sobie," odpowiedział Żółw.
" Właśnie, że nie. Powiedz, po co?"
"Przecież mówię, że po nic," odpowiedział Żółw. "A na pewno, ciebie to nie powinno obchodzić."
"Właśnie, że po coś to robiłeś," powiedział kojot, "I ja wiem po co."
"Dobrze, to powiedz?" stwierdził Żółw, który był coraz bardziej zły.
"Chciałeś nim rozprawić jelenia, po to go tworzysz. Gdzie jest ten jeleń, no powiedz? Zabiłeś jelenia i ja to wiem. Powiedz, gdzie on jest."
"No dobrze, tam leży," odpowiedział Żółw.
"Gdzie? Chodźmy tam. Pomogę ci go obedrzeć ze skóry."
"Poradzę sobie z tym, równie dobrze bez twojej pomocy," odpowiedział Żółw.
"Może jednak trochę ci pomogę? Jestem bardzo głodny cały ranek, chętnie napiłbym się trochę świeżej krwi."
"Zatem dobrze, choć ze mną, marudo!" odpowiedział Żółw. I znalazłszy nóż, ruszyli ku miejscu, gdzie leżał jeleń.
"Pozwól, że go poniosę zamiast Ciebie", marudził Kojot. Po czym doskoczył do jelenia, złapał za tylne nogi i rozciągnął je na boki. Potem wspólnie zaczęli oprawiać jelenia. Gdy skończyli, Kojot spytał Żółwia: "Jak dużo ja z niego dostanę?"
"Te części, które przypadają komuś, gdy myśliwy zabierze już to, co chce," odpowiedział Żółw.
"Jakie to są części?" dopytywał się Kojot.
"Żołądek i wątroba", odpowiedział krótko Żółw.
"Nie wezmę tego," jęknął Kojot. "Chcę, byś dał mi połowę jelenia."
"Nic podobnego się nie stanie," odparł na to Żółw. "To ja zabiłem jelenia; ty tylko pomogłeś mi go oprawić i powinieneś być wdzięczny za to co dostaniesz. Dodam do tego trochę tłuszczu i jelita, ale to wszystko czego możesz oczekiwać."
"Chyba jednak dasz więcej," warknął Kojot, pokazując zęby.
"Och, czy aby na pewno?" odpowiedział Żółw, zawczasu wciągając dwie łapy pod skorupę.
"Tak, zrobisz to, albo po prostu Cię zabiję, i tyle."
Żółw natychmiast schował do skorupy całe ciało i wykrzyknął: "Mówię Ci, że nie dam nic poza żołądkiem i wątrobą oraz pewną ilością jelit!"
"Dobrze, więc, w takim razie Cię zabiję!" warknął Kojot łapiąc pyskiem Żółwia. Zgrzyttt! Usłyszał, gdy jego zęby zetknęły się z twardą skorupą, ześlizgując się po niej. Kojot obracał Żółwia szukając lepszego miejsca do gryzienia. Trzymał go między łapami, tak jak to robił z kośćmi, ale to nic nie pomagało, a zęby tylko zgrzytały i ślizgały się po pancerzu. W końcu wykrzyknął: "Jest wiele sposobów zabicia, takiego jak ty zwierzęcia!" Ustawił Żółwia pionowo i zaczął wsypywać do dziury, gdzie zniknęła głowa Żółwia, piasek, który ubijał kijem. Robił tak, aż napełnił nim szczelinę po same brzegi "Zobaczymy co teraz zrobisz," wykrzyknął, prychając z zachwytu. "Teraz zatkałem na dobre tą starą, twardą skorupę, która tak długo służyła Ci za schronienie!" po czym pobiegł do mięsa.
Żółw rozważył, czy nie nadchodzi jego czas by umrzeć, lecz nie zapomniał przy tym uważnie słuchać, co dzieje się na zewnątrz. Kojot tymczasem pociął jelenia i zapakował je w jelenią skórę. Potem umył żołądek w strumyku i napełnił go kawałkami wątroby i nerek oraz tłuszczem, jelitami i grudkami zakrzepłej krwi, wciskając tu i tam kilka gałązek ziół. Wtedy, zwyczajem myśliwych, wykopał w ziemi dziurę, by w niej upiec żołądek, z którego miał powstać krwisty pudding, w czasie gdy Kojot zawołał swoją rodzinę, by pomogła mu zabrać mięso do domu.
Żółw rozgarnął pazurami trochę piasku znajdującego się przy szyi i przyjrzał się mu. Usłyszał jak Kojot sapie, w czasie próby podniesienia mięsa, by powiesić je na gałęzi sosny. Kojot wykrzyknął: "Ale jestem szczęściarzem, że spotkałem tego skulonego biedaka, i odebrałem mu całe to mięso. I nie musiałem przy tym polować! Ach, moje drogie dzieci, i moja cudowna stara żono, cóż za święto będziemy mieć dzisiaj!" bo trzeba wiedzieć, że Kojot miał dużą rodzinę, która nadchodziła. Gdy to mówił, Żółw krzyknął, słabo: "Natipa!"
"Ty pokryty skorupą, stary łajdaku! Ty wstrętny i pokręcony zwierzaku! Ty śmierdząca puszko!" warknął Kojot. "Ciągle żyjesz?" Upuszczając mięso, doskoczył do Żółwia, ponownie wciskając piasek w każdą szczelinę, potem ubijając wszystko. Następnie używając końcówki swego nosa, przewracając Żółwia jak płaski kamień, zepchnął go w dół zbocza.
"I taką oto karę otrzymałem z rąk takiego fałszywego kundla" pomyślał Żółw. "Sądzę, że teraz zachowam spokój i pozwolę mu zrobić teraz to, co mu się podoba. Ale dzięki swojej pomysłowości zabiłem jelenia, i zapewne coś wymyślę, by zachować dla siebie jego mięso." Więc Żółw zaczął udawać martwego, za każdym razem, gdy pojawiał się Kojot, który w końcu zostawiwszy powieszone na gałęzi drzewa mięso i wykopaną pod palenisko dziurę, machając ogonem, pobiegł w stronę domu znajdującego się po drugiej stronie góry.
Kiedy przybył na miejsce, krzyknął: "Żono, żono! Dzieci, dzieci! Chodźcie szybko! Wspaniała wiadomość! Zabiłem dzisiaj ogromnego jelenia. Zrobiłem krwisty pudding w jego żołądku i zakopałem go. Chodźmy, i urządźmy sobie święto, zaraz po tym jak pomożecie mi przynieść to wszystko do domu."
Te kojoty były naprawdę dzikie. Szczeniaki, na pół wyrośnięte, z ogonami bardziej wyglądającymi jak kije a nie szczotki, zadrżały na całym ciele, gdy to usłyszały. Wkrótce cała rodzina wyruszyła w drogę, na przodzie rodzice, a szczeniaki za nimi, tak szybko jak tylko mogły.
Tymczasem, stary Żółw, gdy tylko zorientował się, że Kojot odszedł, odkopał i wyrzucił cały piasek przy pomocy twardych pazurów i poszedł ku miejscu, gdzie wisiało mięso. Następnie krok po kroku wspiął się na szczyt drzewa. Należy wiedzieć, że żółwie mają pazury i potrafią się wspinać, szczególnie gdy pień drzewa jest trochę pochylony. Potem zaciągnął mięso najwyżej jak mógł, zostawił je tam i zszedł z drzewa ku miejscu gdzie był zakopany żołądek jelenia. Rozgarnął żar, i wyjął pieczyste, a następnie zaniósł je i rozrzucił zawartość na mrowisko, gdzie było bardzo wiele czerwonych i bojowych mrówek. Mrówki, gdy tylko poczuły gotowane mięso, wylazły na zewnątrz, a wtedy Żółw napełnił żołądek taką ilością mrówek, jaką tylko mógł. Potem zaniósł żołądek z mrówkami z powrotem do dziury-paleniska, uważając przy tym by węgle nie dostały się zbyt blisko.
Zaledwie znów wszedł na drzewo i usadowił się przy mięsie jelenia, nadeszła sfora wygłodniałych kojotów. Wszystkie myśląc o jednym, o zbliżającej się uczcie. Wszystkie miały nastroszoną sierść i postawione na sztorc uszy i ogony. Gdy zbliżyli się, i poczuli krew i ugotowane mięso, zaczęli śpiewać i tańczyć. A śpiewali tak oto:

"Na-ti tsa, na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-li tsa!
Tui-ya si-si! Tui-ya si-si!"

Tylko najstarsi ludzie mogą to zrozumieć. Można to przetłumaczyć następująco:

Mięso jelenia, mięso jelenia!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Jak najsłodsze owoce! Jak najsłodsze owoce!

I wkrótce, nie rozglądając się na boki, zbliżyli się do miejsca, skąd dobiegał zapach pieczonego mięsa, chcąc jak najszybciej zacząć jeść. Ale stary Kojot chwycił ostatniego szczeniaka za kark, tak aż ten zaskamlał, potrząsnął nim i powiedział, również do całej reszty swojej rodziny: "Spójrzcie tylko na siebie! Zjedzmy w przyzwoity sposób albo spalicie pyski! Wypchałem pudding tłuszczem i w momencie gdy przegryziecie żołądek, gorący tłuszcz was pochlapie. Bądźcie ostrożni i róbcie to z godnością, dzieci. Jest dużo czasu i zdążycie się najeść. Nie objadaj się od razu!"
Ale w momencie gdy je puścił, małe kojoty, nie zważając na nic zaczęły z ogromną ochotą rozrywać żołądek chwytając ogromne kęsy. Można tylko przypuszczać, jak to zezłościło czerwone mrówki. Rozbiegły się po wargach i policzkach żarłocznych, małych łakomczuchów i zaczęły je kąsać. Małe kojoty krzyknęły, potrząsając głowami i tarzając się w piasku: "Atu-tu-tu-tu-tu-tu!"
"Do licha, czy nie mówiłem wam, małe szelmy, żebyście byli ostrożni? To tłuszcz was poparzył. Teraz spodziewam się, że po tej nauczce, będziecie jeść z umiarem. Jest dużo czasu, by się najeść, przecież wam mówiłem," narzekał stary Kojot, siadając na swych pośladkach.
Wtedy szczeniaki, i ich matka, znów zabrali się za jedzenie. "Atu-tu-tu-tu-tu-tu-tu!" znów wykrzyknęli, potrząsając głowami i otrzepując pyski. Niebawem wszyscy odeszli na bok i usiedli, obserwując ten wspaniały, gorący pudding.
Wtedy Kojot rozejrzał się wokoło i zobaczył, że mięso zniknęło. Idąc za tłustymi i krwawymi śladami, doszedł do drzewa i spojrzał w górę. Zobaczył mięso, a obok Żółwia spokojnie leżącego i odpoczywającego na gałęzi, z głową wyciągniętą daleko przed łapy. Żółw podniósł głowę i wykrzyknął: " Pe-sa-las-ta-i-i-i-i!" (Żółw skórzasty dziękuje ci!)
"Ty skorupiasta, ohydna, stara poczwaro!" wrzasnął Kojot, w napadzie wściekłości i rozczarowania. "Zrzuć mi trochę mięsa, dobrze? To ja zabiłem jelenia, a ty tylko pomogłeś mi go oprawić, a teraz ukradłeś całe mięso. Żono! Dzieci! Czyż nie zabiłem jelenia?" rozpaczał Kojot wracając się do reszty.
"Pewnie, że zabiłeś jelenia, a ten wredny, stary nikczemnik, ukradł je tobie!" wykrzyknęli wszyscy, spoglądając tęsknie w kierunku mięsa na szczycie drzewa.
"Kto powiedział, że to ja ukradłem tobie mięso?" wykrzyknął Żółw. "Ja tylko wciągnąłem je tu na górę, by uchronić je przed skradzeniem, ty łajdaku! Przygotujcie się, by złapać to co zrzucę. Rzucę wam kilka najwspanialszych żeber jakie kiedykolwiek widzieliście. A teraz, skupcie się, gotowi?" zapytał, gdy kojoty ułożyły się jeden obok drugiego, wyciągając łapy tak wysoko jak tylko mogli, niecierpliwie dygocząc w oczekiwaniu na mięso.
"Tak, tak!" wyły kojoty, jednym głosem. "Jesteśmy gotowi! Już!"
Stary Żółw wziął kilka żeber i, trzymając je w pysku, podpełznął na koniec gałęzi znajdującej się zaraz nad leżącymi kojotami. Następnie rzucił żebrami tak mocno jak tylko mógł. Spadły one na ciała kojotów, niczym kamienny deszcz, miażdżąc ciała zwierząt, które wkrótce pozdychały. Uratowały się dwa szczeniaki, które odnosząc niewiele ran zdołały odbiec z wrzaskiem. Jeden z nich uciekł daleko z podkulonym ogonami. Drugi, nadal bardzo głodny, odbiegł na bezpieczną odległość z nastroszonym ogonem i nosem przy ziemi. Siadł i popatrzył w górę. Pomyślał, że mógłby wrócić i ogryźć mięso z żeber.
"Zaczekaj!" wrzasnął stary Żółw," nie podchodź w pobliże mięsa, zostaw je spokoju, niech ono będzie dla twoich rodziców, braci i sióstr. Jestem naprawdę stary i zesztywniały, a to żeby dostać się na koniec konara, zabrało mi dużo czasu, a w czasie kiedy szedłem na jego koniec, twoja rodzina zasnęła. Widzę ich jak śpią."
"Na wszystkich przodków!" wykrzyknął kojot, patrząc na nich; "masz rację."
"Wejdź do mnie, tu na górę, to urządzimy sobie przyjęcie," powiedział Żółw, "może byś zostawił to mięso swoim braciom, siostrom i rodzicom?"
"Jak ja wejdę tam na górę?" jęknął kojot, podpełzając do drzewa.
"Po prostu podskocz do najbliższej gałęzi, złap ją łapami i podciągnij się," odpowiedział Żółw.
Mały kojot rozpędził się i skoczył i, choć przez chwilę udało mu się przytrzymać gałęzi, to po chwile puścił się i spadł, bęc! I tak za każdym razem. W końcu zaskowyczał i przestał, bo miał już poobijane wszystkie kości.
"To nie ważne! Nie przestawaj,” krzyczał Żółw. "Zejdę trochę i ci pomogę." I zaczął pełznąć w dół drzewa, skąd mógł sięgnąć i chwycić małego kojota za kark, by pomóc mu się wspiąć. Gdy obaj wspięli się na szczyt drzewa, Żółw powiedział, "A teraz proszę, poczęstuj się."
Mały kojot rzucił się na mięso, najadając się do syta, tak, że był okrągły jak śliwka i rozciągnięty jak żurawina. Wtedy rozejrzał się, polizał swój pysk i spróbowałby odetchnąć, ale nie mogąc za bardzo złapać powietrza powiedział: "Och, jejku! Jeśli się zaraz nie napiję wody, to się uduszę!"
"Mój przyjacielu", powiedział Żółw, "Czy widzisz tę kroplę wody błyszczącej w słońcu na końcu gałęzi tej sosny?" (Tak naprawdę to była żywica.) "Żyłem tak długo w koronach drzew, że wiem co teraz zrobić. Drzewa posiadaj ą własne źródła. Patrzeć tylko."
Kojot spojrzał i i pomyślał, że Żółw ma rację.
"Idź teraz do końca gałęzi, aż dojdziesz do jednej z tych kropli wody, wtedy weź ją do pyska i wyssij wszystką wodę, która stamtąd wypłynie."
Mały kojot zaczął pełznąć. Drżał i poruszał się niepewnie na swoich nóżkach, ale zdołał przejść pół drogi. "Czy to tutaj?" sputał, obracając się.
"Nie, trochę dalej," powiedział Żółw.
Więc kojot ostrożnie podpełzł trochę dalej. Gałąź kołysała się bardzo mocno. Odwrócił swoją głowę i spytał ponownie, "Czy to tutaj?" i wtedy stracił równowagę i spadł na ziemię, uderzając o twardą ziemię, i natychmiast zginął.
"Ech ty, nieszczęśliwe zwierzę!" powiedział stary Żółw z westchnieniem ulgi i satysfakcji. "Pomysłowość umożliwiła mi, by zabicie jelenia. Pomysłowość umożliwiła mi także, by zatrzymać mięso tego jelenia."
Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że jeden z małych kojotów uciekł. Będzie miał licznych potomków, którzy będą się odznaczać krostami na pyskach, w miejscach gdzie wyrastają wąsy, oraz małe plamki przy ich wargach, dokładnie takie, jakie mają psy.
Tak kończy się ta historia.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

słowa Indian - indiańskie cytaty

Zawsze, kiedy czerwony myśliwy zauważył na 

swej drodze

coś zachwycającego i pięknego,

oddawał chwię modląc się w ciszy.

Dla niego nie jest koniecznym modlić się raz na 

siedem dni,

dla niego każdy dzień jest świętym.

OHYESA (Sioux)



Wiedza o duchowych związkach

z całym universum jest bez 

znaczenia,

ponieważ świadomość czegoś

nie jest rzeczywistością rzeczy.

To, że wie się o istnieniu miłości,

nie oznacza zaraz kochania.



SOTSISOWAH (Seneca)