niedziela, 9 czerwca 2013
sobota, 8 czerwca 2013
WIERZENIA INDIAN - OBRZĘDOWE POLOWANIA NA BIZONY
Wiosną, gdy wszystko staje się zielone, wintca’cta wakan, prowadzący Taniec Słońca, nakazuje swym żonom przygotować ucztę i stawia swe największe domostwo. Następnie każe obwoływaczowi (e’yaba’ha lub cankpa’mini) zaprosić członków rady. Człowiek ten chodzi po obozie, zapraszając starych i poważanych mężczyzn, którzy zbierają się w domu narad i paląc czekają na spóźnionych. W międzyczasie opowiadają o swoich bohaterskich czynach. Gdy już wszyscy się zbiorą, gospodarz nabija swą czarna fajkę. Jest ona udekorowana czerwonym końskim włosiem mającym symbolizować rany, podczas gdy ludzki włos przedstawia skalpy zdobyte przez właściciela. Obwoływacz siedzi na prawo od wejścia, wódz podaje mu fajkę do podpalenia. Fajka jest podawana dalej i pali ją każdy, aż wraca do właściciela, który mówi: „Jest coś, co chciałbym wam powiedzieć, ale najpierw zjedzmy”. Herold usługuje gościom, wystawiając na zewnątrz półmiski i koszyki, gdy tylko się opróżnią. Rozpala ogień i używa zawieszonej w domu słodkiej trawy jako kadzidła. Gdy trawa się pali, wódz ogłasza, że zamierza zapakować trochę tytoniu a potem wybuduje medicine – lodge. Wzywa czterech mężczyzn do opowiedzenia jak skalpowali swych wrogów, uwalniali spętane konie itd. Po zakończeniu ostatniej historii, wódz pakuje trochę kanadyjskiego tytoniu i podaje go pierwszemu z czterech śmiałków, który bierze go ze słowami: „Gdybym nie dokonał odważnych czynów, nie mógłbym się odważyć dotknąć tytoniu”. Podobne deklaracje wygłaszają pozostali trzej, każdy odcinając trochę tytoniu. Cztery kawałki powracają do wodza i położone zostają na skórze jelenia.
Szaman następnie wybiera kolejnych czterech mężczyzn, nie tak bardzo poważnych jak poprzednicy i podaje im wiązki słodkiej trawy. Opisują swe czyny, odcinają trochę trawy i czynią deklaracje jak ich poprzednicy. Odcięte kawałki trawy kładzie się przed wodzem, który owija nimi kawałki tytoniu i kładzie do torby ze skóry jelenia zawiązanej przy pomocy ścięgna. Potem oznajmia: „W takim a takim kierunku żyją ludzie; chcę, aby ten tytoń został tam zaniesiony”. Przywiązuje torbę do żerdzi namiotu i prosi zebranych, aby ogłosili w obozie, że tytoń ma zostać dostarczony wskazanemu ludowi. Wszyscy palą a potem wychodzą. W obozie ludzie pytają się ich o czym była narada i któryś ze starców mówi, co powiedziano i co uczyniono. Wtedy, jakiś młody śmiałek może zgłosić się na ochotnika, że chce zostać dostarczycielem tytoniu (cane’ paxta ai’ sa). Krewni ochotnika wydają ucztę, podczas której gospodarz ogłasza: „Ten człowiek zamierza zanieść tytoń takiej a takiej grupie”. Goście powstają spoglądając na śmiałka i zagrzewają go do zaniesienia tytoniu do wskazanego obozu bez względu na niebezpieczeństwo grożące ze strony wrogów. W któryś wieczór młodzieniec powiadamia wodza, że jest gotów. Wódz zapewnia go, że cała ponadnaturalna moc jaką posiada zostanie użyta, aby mu pomóc; młody Indianin bierze torbę i wyrusza w drogę.
Kilka dni później dociera do obozu. Pyta pierwszego spotkanego człowieka o drogę do wodza. Idzie prosto do wskazanego namiotu, po wejściu kładzie przed ogniskiem tytoń. Wódz natychmiast pojmuje sens tego gestu i wydaje polecenie, by należycie przyjąć przybysza, nie wypowiadając osobiście do niego choćby jednego słowa. Gdy gość je, wódz pyta się go, jak to było z wysłaniem tytoniu; wtedy młodzieniec opowiada mu wszystko z detalami. Tej samej nocy, wódz nakazuje swoim żonom przygotować ucztę i zaprasza na nią swych ludzi. Wszyscy starcy przychodzą do jego namiotu, gdy tylko zauważają torbę z tytoniem rozumieją w czym rzecz. Zaczynają się zastanawiać jak daleko będą musieli podróżować. Gospodarz nabija i podaje im fajkę. Gdy wszyscy już palili, pomocnik podaje jedzenie. Po zakończonym posiłku wstaje wódz: „Ten człowiek przyniósł tytoń. Musicie zadeklarować, czy zapalicie go, czy też nie. Jeżeli chodzi o mnie, mam zamiar go zapalić”. Podnosi się starzec ze słowami: „Wódz powiedział, że zapali. Podlegamy mu i jeżeli on zapali, ja mu pomogę”. Wtedy wódz rozwiązuje torbę, wyciąga tytoń, miesza go z łykiem czerwonej wierzby, nabija fajkę i podpala. Oznacza to, że przyjęto zaproszenie. Gdy się zaciągnie, podaje fajkę dalej; ci, którzy odmawiają pójścia przekazują fajkę bez zaciągania się, ale zdarza się to rzadko. Gdy wypalą jeden kawałek tytoniu, wódz pozostałe trzy ponownie zawiązuje w torbie, zawiesza w namiocie na żerdzi i ogłasza, że życzy sobie aby ten tytoń został zaniesiony do takiego a takiego obozu tej nocy. Nowina rozchodzi się po obozie, herold wzywa młodych, odważnych mężczyzn do podjęcia się tego zadania. W dłoniach trzyma fajkę, którą podaje młodzieńcom – jeżeli palący zachowuje milczenie, to oznacza, że nie ma zamiaru pójść, jeżeli natomiast podejmuje się wykonania zadania, to najpierw mówi o tym, a dopiero potem pali. Ochotnikom okazywany jest duży szacunek. Taka sama ceremonia odbywa się w pozostałych obozach, do których także dostarczono kawałki tytoniu. Posłańcy powracają do swych wodzów tak szybko, jak to tylko jest możliwe, z kawałkiem zwykłego tytoniu na znak przyjęcia zaproszenia. Jeżeli któryś z kawałków nie został przyjęty, zachowuje się go na przyszły rok.
Gdy wszyscy ludzie z zaproszonych grup zbiorą się, szaman wyznacza dwóch „oficjeli” zwanych Żołnierzami (agi’tcita ko’nagitciye) do przeprowadzenia tańca. To oni zawiadamiają wszystkich, wyznaczają teren i zaczynają się tańce. Następnie wódz nakazuje postawić namiot zbudowany z dwóch zwykłych namiotów, w samym środku obozu. Namiot ten zwany jest wiyo’ti’bi; Żołnierze pozostają tam stale, wydając stamtąd polecenia dla obozu. Któregoś dnia obwoływacz ogłasza, że polowanie rozpocznie się następnego dnia i wyznacza mężczyznę do wyśledzenia stada. Tropiciel wyrusza od razu; po jakimś czasie wraca. Gdy tylko go widać, w odległości stu jardów od granicy obozu usypuje się stos ze skrawków mięsa bizona. Wszyscy ludzie obserwują z daleka tropiciela. Jeżeli jego rekonesans był owocny, wjeżdża prosto w ów stos, rozrzucając skrawki na lewo i prawo, a wszyscy się cieszą. Jeżeli objeżdża stos to jest znak, że nie był w stanie wytropić bizonów. W pierwszym przypadku opowiada dokładnie o swojej wyprawie. Stary człowiek (wódz?) ogłasza: „Ten człowiek zlokalizował bizony, nikt nie może wyruszyć na polowanie, zanim Żołnierze nie udzielą zezwolenia”. Wszyscy szykują się; w ten sam wieczór, być może inny starzec, mówi: „Musicie wyruszyć wszyscy jutro rano, będzie dwóch przywódców (wintca’basi), i nikt nie może ich wyprzedzić”. Następnego ranka wyjeżdżają. Dwaj przywódcy prowadzą swoich wojowników w dwóch oddziałach uformowanych w dwa uzupełniające się półkola. Nie jest dobrze, jeżeli która z części zacznie polować przed drugą z nich. Indianie polują na bizony; po polowaniu całe mięso zanosi się do wiyo’ti’bi. Żołnierze ucztują i tańczą.
De Smet dodaje pewien szczegół co do obrzędowych praktyk związanych z tropieniem bizonów. Czuwający nad całym plemieniem wbija w ziemię magiczną żerdź i w celu rzucenia uroku na stado przywiązuje do niej chorągiew ze szkarłatnego materiału, kawałek tytoniu i róg bizona. Przed odkryciem stada codziennie rano bije w bęben i śpiewa pieśni, w ten sposób konsultuje się ze swymi duchowymi pomocnikami. Tropiciele biorą ze sobą kule wakan z włosów bizona, którą, gdy tylko odkryją stado zanoszą do prowadzącego polowanie. Podczas nie obecności kuli, był on zobowiązany do poszczenia i okres ten uległ przedłużeniu do zakończenia polowania, z tym wyjątkiem, że mógł spożywać mięso zwierząt zabitych bez zranienia.
http://assiniboine.republika.pl/assiniboin/religia.htm
piątek, 7 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
Legendy Indian: Dziecko które przemieniło się w sowe
Legenda Indian HOPI
Alíksai! Żyli Oni w Shupaúlavi, pewnego razu dziecko mocniej zaczęło płakać. Jego matce nie było go w ogóle żal, biła go.
- "Ty płaczesz", powiedziała
- "Zamierzam wyrzucić Cię przez drzwi. Zamierzam wyrzucić Cię do sów". Zaczęła wywlekać dziecko z domu. Duża Sowa była w pobliżu i usłyszał zawodzenie dziecka. Podeszła do dziecka i gdy zobaczyła że ono wciąż płacze ,położyła je na plecy i zabrała. Mieszkała w małej jaskini po stronie urwiska, w pobliżu którego wieś Bayúpki została położona. Do tej właśnie jaskini, zabrała dziecko. Mieszkała ona w niej spokojnie waz ze swoimi dziećmi .
Matka dziecka nie słysząc dłuższy czas jego płaczu , wyszła z domu i zaczęła szukać swojego dziecka , ale go już nigdzie nie było
- "Gdzie ono znów przepadło?" powiedziała.
-'' Wydaje się że ktoś przyszedł i je zabrał ",po czym poszła go szukać, chodząc od domu do domu pytała wszystkich ludzi ,ale nikt go nie widział. Rano znów poszła do domu „Tropicieli” którzy szukali jej dziecka, ale nic nie znaleźli
-" Gdzie to dziecko może być? "powiedziała. Więc została bez dzieci.
Czasami gdy ,jacyś mężczyźni chodzili po drzewo ,na północ od wioski, niektórzy z nich przechodzili w pobliżu jaskini gdzie żyła Sowa.Słyszeli jak ktoś jękliwym głosem śpiewa następującą pieśń;
Chavayo chavayo,
Chavayo piva, chavayo piva,
A Hmhm, A hmhm.
Patrząc do góry zobaczyli dziecko w jaskini, które miało już pióra ,białe plamy Sowy zaczęły pojawiać się na całym jego ciele. Oczy dziecka ,zmieniały kolor na żółty.
-"Och!" ,mężczyzna powiedziała:- "Czyje to może być dziecko?" .Jeden z mężczyzn, zasugerował, że może to być dziecko, które zniknęło, więc kiedy powrócili do wioski, powiedzieli: "Tam w Sowiej jaskini , na Bayúpki , jest dziecko. Ma już pióra i plamy na całym ciele , a jego oczy są już żółte. Przemienia się w sowę.
–„Czyje to może być dziecko? "-
- "To musi być dziecko tej kobiety," mówili ludzie od razu…
Więc powiedzieli im o tym;
–„Teraz, musicie ruszyć się z miejsca , ruszyć się, bo to dziecko zamienia się w sowę". Więc pośpiesznie podbiegła i matka i ojciec, jak też mężczyźni, którzy znaleźli dziecię.Udali się wraz z nimi by wskazać im to miejsce.
Kiedy dotarli na miejsce , mężczyzna który znalazł dziecię ,wspiął się do jaskini. Z tyłu jaskini znajdowała się Sowa i jej dzieci. Małe sowie dziecko siedziało samotnie. Mężczyzna wziął je, zniósł na dół i podał ojcu. Również matka je chwyciła. Sowa nie wyszła, ale powiedziała:- "Zabierzcie ze sobą dziecko ,ale gdy tylko dotrzecie do swojej wioski, zamknijcie dziecko w pokoju i trzymajcie je tam przez cztery dni. Czwartego dnia gdy wzejdzie słońce ,otwórzcie drzwi i niech dziecko wyjdzie.I wtedy znów będzie Hopi. Jeśli tego tak nie zrobicie i otworzycie przedtem drzwi, dziecko pozostanie Sową i znów powróci”
Więc zabrali dziecko do wioski ,umieścili w pokoju ,położyli mu trochę jedzenia ,po czym zamknęli drzwi. Ojciec strzegł frontowych drzwi ,trzymał straż przez cztery dni.. Słyszał jak jego dziecko porusza się w pokoju. Po pierwszym dniu matka była niespokojna pragnęła, aby otworzyć drzwi, ale ojciec zabraniał jej, mówiąc, że nie są one do tego, bo Sowa tego zakazała. Więc czekała i na trzeci dzień była bardzo niespokojna o swoje dziecko i ledwo mogła przeczekać ten trzeci dzień. W nocy też, wydawało jej się, że ranek nadchodzi bardzo powoli. Wreszcie, kiedy pojawiło się światło podeszła do drzwi, które, podobnie jak każde stare drzwi Hopi, nie zostały wykonane zbyt dobrze, miały pęknięcia.
-"Już prawie jest jasno," powiedziała, "Otwórzmy drzwi."
Zbliżyła się do drzwi ,jej oczy znalazły się w ich cieniu ,i spojrzała przez jedno z pęknięć .Zobaczyła swoje dziecko ,chodzące w górę i w dół ,ale zauważyła także ,że zaczęło ponownie zmieniać się w sowę.
-„Pozwól nam otworzyć drzwi „nalegała-”jest już jasno”.Jej mąż zaprotestował ,mówiąc ,że słońce jeszcze nie powstało,ale Ona otworzyła drzwi ,przyśpieszając przemianę w sowę, która natychmiast poderwała się do lotu i poleciała poprzez Bayúpki do miejsca, z którego pochodziła.
-"No,co teraz," powiedział mężczyzna, "Zajrzałaś tam wcześniej , zanim wzeszło słońce, pomimo że Sowa powiedział nam by tego nie robić”. Ty to zrobiłaś , zobacz co narobiłaś teraz , nie mamy dzieci. Mieliśmy odzyskać nasze dziecko z powrotem , ale ty zajrzałaś do środka i to zmieniło go w Sowę ,i teraz pozostanie sową.”
http://zapiskijohnacastanedy.blogspot.com/2012/09/legendy-indian-czesc-1-hopi-dziecko.html
środa, 5 czerwca 2013
WIERZENIA INDIAN 2
Wskazywano już na to, że często religijne doświadczenia szamanów i zwykłych członków plemienia są w istocie podobne, jedyna różnica polega na rozmiarze i charakterze świadczonej pomocy. Wniosek ten znakomicie pasuje do Assiniboinów. Mężczyźni opuszczali obóz, aby pościć i modlić się w poszukiwaniu tajemnej mocy, albo otrzymywali instrukcje bez specjalnych błagań, a wyłącznie od treści wiadomości zależało, czy zostali założycielami stowarzyszeń tańca, praktykami wakan, właścicielami malowanych chat, wytwórcami wojennych koszul lub prorokami. W każdym przypadku niezbędne było posłuszeństwo bezwzględne wobec otrzymanych wskazówek. Zlekceważenie ich, jak utrzymują, było w przeszłości powodem śmierci wielu Indian.
Jeżeli komuś śniło się zwierzę, nie mógł go zabijać ani jeść jego mięsa. Pewnej kobiecie śnił się niedźwiedź. Od tej pory wyznawała zasadę nie jadania mięsa tego gatunku zwierząt. Raz jednak spróbowała trochę i w konsekwencji prawie zamieniła się w niedźwiedzia. Innej kobiecie zwykł śnić się bizon. Zawsze mogła przewidzieć, gdzie jest jakieś stado bizonów. Wreszcie rozdrażniło to zwierzęta i bizony przestały odwiedzać ją w snach. Matka kobiety, której śnił się niedźwiedź, także miała sny z tym zwierzęciem. Poprosiła męża, aby przyniósł jej małego niedźwiadka i karmiła go ze swoim dzieckiem, po jednym u każdej piersi. Gdy niedźwiedź podrósł, został w obozie i gdy mówiła do niego jego mleczna matka kiwał głową, nie zwracał natomiast uwagi na innych ludzi. Ludzie, którym się śniły bizony, potrafili czasami określić ich wiek, wówczas nie mogli zabijać bizonów w takim właśnie wieku. W czasie bitwy, taki mężczyzna mógł się zmienić w bizona i gdy wrogowie wycofywali się, on mógł podążać za nimi, bodąc ich i zabijając rogami. Pewien leciwy rozmówca opowiadał mi o Indianinie, który w taki sposób zabił trzydziestu nieprzyjaciół. Mój tłumacz nie lubił śnić o czymś co jadł. Lubił śnić o koniach, kiedyś śnił mu się srokacz, a potem złapał takiego. Niektórzy Assiniboini śnią o małej istocie mieszkającej w górach. Mogliby ją odwiedzić przez dziurę w zboczu góry, przez którą doszliby do osady ludzików. Te małe istoty czasami szczekają w nocy; w okolicach Saskatchewan można usłyszeć ich szczekania nocą i wczesnym rankiem. Jim Crack za młodu śnił o małym człowieczku, który nauczył go przygotowywać lekarstwa i polować na wszelką zwierzynę, w rezultacie stał się wielkim myśliwym. Regułą jest, że ludzie śnią, gdy są bardzo młodzi. Ich przyjaciele mogą ich instruować przez kilka lat, a potem już na zawsze odchodzą.
Jadąc kiedyś do Snake Butte w rezerwacie Fort Belknap mój tłumacz opowiedział mi typową historię naturalnego przeżycia: „Dawno temu, ludzie udawali się pomodlić o magiczną moc na stożkowate wzniesienie Snake Butte. Często modlący się atakowani byli przez węże i krewni wyruszający na ich poszukiwanie znajdowali jedynie szkielety. Pomimo to, pewien młodzieniec lekceważąc rady przyjaciół, postanowił pojechać tam. Zabrał ze sobą nóż o dwóch ostrzach (mi’na ta’nga), rozebrał się i położył. Nagle, w nocy usłyszał jakieś odgłosy i zobaczył mnóstwo grzechotników zmierzających w jego kierunku. Nie wiedział co zrobić, w szale zaczął odcinać sobie kawałki ciała i rzucać je wężom. Wtedy, jeden szczególnie duży wypełzł ze swej dziury i powiedział – „Jestem ci bardzo wdzięczny, że nakarmiłeś moje dzieci. Nikt dotąd nie zrobił tego i dlatego pożarliśmy ich. Chodź ze mną, jest ktoś, kto chciałby z tobą porozmawiać”. Młodzieniec wszedł do dziury i został wprowadzony do dużego, niebieskiego namiotu, w środku którego leżały dookoła ścian dwa duże węże. Powitali go dwaj czarni ludzie o kręconych włosach, mówiący w języku Assiniboin, i od nich oraz od węży otrzymał religijne instrukcje”.
Otrzymanie nadnaturalnej mocy jest także ilustrowane przez następującą opowieść Isto’ – egan’. „Gdy byłem małym chłopcem, śniło mi się raz coś w kształcie piły, która wirowała dookoła. Innym razem obudziłem się w chacie mego brata, nie wiedząc jak się tam dostałem. Za trzecim razem miałem wizję i wyszedłem z chaty, by się rozejrzeć. Za czwartym razem przyszedł do mnie ktoś, nie budząc mnie”. „Na zewnątrz jest ktoś, kto chciałby ciebie zobaczyć – powiedziała zjawa – czekają na ciebie tam, gdzie pali się światło”. Zastosowałem się do tych wskazówek i trafiłem do wielkiego mężczyzny zwanego Big – White – Man (Wielki – Biały – Człowiek), który rzekł: „Martwię się o ciebie od dawna i chcę ci pomóc. Idź do tamtego namiotu, oni powiedzą ci co masz robić”. Wszedłem do chaty, wewnątrz siedziała stara kobieta. „Wnuku martwimy się o ciebie – powiedziała – i dlatego wezwaliśmy cię. Spójrz jak pomalowany jest ten namiot”. Z tyłu tipi namalowane było żółte wyobrażenie słońca. „Jeżeli się ożenisz i postawisz swój dom – kontynuowała – narysuj z tyłu taki sam rysunek. Przedstawia słońce. Słońce jest ponad nami i dzięki swej mocy włada ziemią i niebiosami, twoja rodzina rzadko będzie chorować, a jeżeli już ktoś zachoruje, to z całą pewnością wyzdrowiej. Tak długo, jak ten rysunek będzie na twoim tipi, będziesz się cieszył życiem ze swoją rodziną”.
Podstawowe psychologiczne podobieństwo wszystkich tych objawień (nie zwracając oczywiście uwagi na specyficzną zawartość poszczególnych wizji), jest uwypuklone przez następujące objawienie, opisane przez tą samą, co wyżej osobę. „W późniejszym czasie, śniło mi się kilku mężczyzn, którzy powiedzieli, że jestem oczekiwany w pewnym namiocie. Poszedłem tam, całe tipi pomalowane było na czerwono. Tuż nad wejściem znajdowało się wyobrażenie mężczyzny z rozpostartymi ramionami. Gdy wszedłem, uderzyłem w coś, był to dzwon. W środku siedział stary człowiek, który rzekł: „Mój synu, to ja ciebie wezwałem. Ofiaruje ci tę pomalowaną chatę (wio’ha) i nauczę, jak jej używać”. Na prawo od wejścia widniał rysunek kobiety. Kazał mi go przerysować w swoim namiocie. Potem powiedział, abym wyjrzał na zewnątrz. Mniej więcej cztery stopy nad ziemią namalowany był wąż, zwrócony łbem na wschód; podobny wąż narysowany był także z drugiej strony. Przestrzeń pomiędzy gadami zamalowano na czerwono. Ich ogony otaczały całe pokrycie namiotu. Nad ich łabami widniała figura mężczyzny, a na samej górze wił się mały wąż. Ponownie wszedłem do tipi. Wierzchołek wewnątrz pokrycia symbolizować miał otwarte niebo, a dzwon – serce mężczyzny, który do mnie przemawiał. Mieszkaniec namiotu wskazał swoje serce i zobaczyłem, że wygląda jak dzwon. Wtedy powiedział, że otrzymam moc wakan, aby leczyć choroby. „W ten sposób, będziesz posiadał mnóstwo koni i będziesz miał pod dostatkiem pożywienia, a twoja rodzina zawsze będzie zdrowa. Gdy będziesz kogoś leczył, masz postępować tak: niedaleko paleniska wetknij w ziemię koniec drzewa z listowiem, a drugi koniec oprzyj o pokrywę otworu dymnego. Z trzech lub czterech bizonich skór zbuduj kabinę. Każ sobie związać ręce i nogi rzemieniami ze skóry jelenia, a potem niech cię owiną płaszczem z wygarbowanej skóry i zwiążą od zewnątrz. Koło paleniska połóż na kawałku czystego perkalu kamień pomalowany na czerwono. Ugotuj małego psa jeszcze ssącego mleko matki i połóż go także koło ognia. Dwóch lub trzech ludzi grających na bębnach ma siedzieć po prawej stronie od wejścia, nikt inny nie może wejść. Na pniu zawieś dzwon”. Potem nauczył mnie pieśni. Pouczył mnie także, że jeden bęben powinien leżeć koło pomalowanego kamienia. Grający na bębnach mieli zacząć śpiewać, potem ja miałem dołączyć. Przy drugiej pieśni, inny mężczyzna miał wyciągnąć mięso szczeniaka z rondla i położyć po prawej stronie kamienia. W przerwie pomiędzy trzecią a czwartą pieśnią powinien nadejść duch, zadzwonić w dzwon i zacząć mówić wyraźnie, tak by mogli go wszyscy zrozumieć. Z nieba dochodzić miał hałas. Gość miał być niewidzialny, za to słyszalny. Zapyta mnie w czym rzecz. Wtedy musisz poprosić go o pomoc. Najpierw zje mięso szczeniaka, potem powie ci, czy pacjent może być leczony, a jeżeli tak to kiedy. Jeżeli leczenie będzie niemożliwe, powie to. Zniknie, ale wcześniej uwolni cię z więzów w mgnieniu oka i zawiesi twoje pęta na szczytach żerdzi namiotu. Oto sposób leczenia w malowanym namiocie”.
W podobny sposób Isto – egan’ zabezpieczył rytuał ”fool - dance”. Ceremoniał domu pary został mu udzielony gdy stał na szczycie góry, modląc się o nadnaturalna moc. Wielki Duch ostatecznie wyjaśnił mu sekrety domu pary, nakazując aby nie zaniedbywał obrzędu. Jeżeli będzie posłuszny, dożyje późnej starości. Ten sam duch informował go także o przyszłych wydarzeniach.
Stoney czasami pozwalali wiązać się w skóry amerykańskiego łosia na noc. Nadnaturalna istota miała po nich przyjść i unieść do nieba.
http://assiniboine.republika.pl/assiniboin/religia.htm
poniedziałek, 3 czerwca 2013
niedziela, 2 czerwca 2013
sobota, 1 czerwca 2013
WIERZENIA INDIAN
Chociaż taki sam termin – ini’mbi- używany jest także w innym przypadku, to istnieje różnica pomiędzy zwykłym domem pary, który może zbudować każdy i zawsze, a obrzędem domu pary obchodzonym raz w roku, wiosną, gdy ludzie czekają na pierwszy grzmot tej pory roku.
Łaźnia budowana jest z dwunastu żerdzi, z wejściem zwróconym na południe. W środku jest palenisko, wkopane dwanaście cali w ziemię a dokoła niego kładzie się trawę. Na zewnątrz podgrzewa się dwanaście kamieni. Gdy uczestnicy obrzędu, rozebrani do naga byli już w środku, obsługujący przynosił gorące kamienie jeden po drugim przy pomocy świeżego rozwidlonego patyka. Koło ognia stawia się kubeł z wodą. Na zewnątrz pali się słodką trawę. Prowadzący obrzęd bierze długą fajkę, trzyma nad kadzidłem lulkę, a potem wymierza w niego cybuch. Następnie fajka nabita kinikkinikiem zostaje położona na wierzchołku domu pary tak aby cybuch skierowany był na zachód. Prowadzący stojąc na zewnątrz wzywa ducha, mówiąc doń albo Ade’owan’ (mój ojcze) albo Min tun ‘ gac (mój dziadku), poczym wchodzi do chaty, w której są już pozostali uczestnicy. Po krótkiej chwili przybywa duch i zaczyna mówić, choć słyszą go jedynie ci wewnątrz. Mówi im, że dom pary zbudowany został na jego cześć. Mówca prosi o długie i spokojne życie dla wszystkich uczestników. Pomocnik wnosi fajkę i kładzie na dwóch okorowanych patykach, długich mniej więcej na stopę i pomalowanych na czerwono. Prowadzący obrzęd wykonuje nad ogniskiem ruchy, jak gdyby palił fajkę, wskazuje nią wschód, południe, zachód i północ, modli się jak przed chwilą i podpala fajkę. Zaciąga się i podaje fajkę na lewo. Gdy już wszyscy palili, fajka wraca do prowadzącego, który trzyma ją w dłoniach. Mężczyzna siedzący na lewo od wejścia bierze jeden patyk będący oparciem fajki, człowiek z prawej – bierze drugi, a prowadzący kładzie na nich fajkę, formalnie kończąc w ten sposób obrzęd. Gdy już to zrobi, zgromadzeni w domu pary wykrzykują Ai! Lub O’hihi!, jako obrzędowe wyrażenie podziękowań. Dwaj mężczyźni przy wejściu życzą na głos, aby dożyli oni wszyscy takiego wieku, kiedy trzeba chodzić przy pomocy laski.
http://assiniboine.republika.pl/assiniboin/religia.htm
piątek, 31 maja 2013
czwartek, 30 maja 2013
Legendy Indian: historia Blizny Na Twarzy
Legenda Indian Algonkinów
Blizna Na Twarzy był dzielny ale biedny. Jego rodzice zmarli kiedy był jeszcze chłopcem a nie
miał żadnych bliskich krewnych. Mimo to miał dobre serce i był wyśmienitym myśliwym. Starcy przepowiadali mu wielką przyszłość a młodzi wyśmiewali się z niego z powodu blizny, którą zadał mu grizly podczas walki, w której go zabił.
Wódz jego plemienia miał piękną córkę, o której względy zabiegali wszyscy młodzieńcy.
Również Blizna Na Twarzy zakochał się w niej ale nie odważył się wyznać jej swej miłości z powodu swojej biedy. Dziewczyna odrzuciła już propozycje połowy młodzieńców plemienia. Dlaczego więc miałaby akurat go wybrać, przecież był biedny i szpetny.
Pewnego dnia przechodził obok jej chaty kiedy
siedziała przed drzwiami. Obserwował ją czule.
Mężczyzna, który to widział przedrzeźniał go:
- Blizna Na Twarzy chce córkę naszego wodza. No, Blizno Na Twarzy oto twoja szansa!-
Blizna Na Twarzy zwrócił się do swego
szydziciela ze spokojnymi słowami, że
rzeczywiście chce prosić córkę wodza o rękę.
Ten dalej go wyśmiewał lecz młody Indianin
nie słuchając jego słów poszedł szukać dziewczyny. Znalazł ją nad rzeką gdy zbierała sitowie potrzebne do wyrobu koszyków. Podszedł do niej i uprzejmie przemówił:
- Jestem biedny ale moje serce jest bogate
w miłość do ciebie. Nie posiadam innego bogactwa typu: skóry czy suszone mięso. Żyję z mego łuku i włóczni. Kocham cię. Czy chciałabyś mieszkać w moim domu i zostać moją żoną? -
Dziewczyna spojrzała na niego bardzo przyjaźnie. Jej bojaźliwe oczy patrzyły przez rzęsy jak poranne słońce prześwitujące przez gałęzie.
- Mój mąż nie będzie biedny– odpowiedziała
- ponieważ mój ojciec jest bogaty i w jegochacie panuje dostatek. Ale Bóg Słońcazdecydował za mnie, iż jeszcze nie mogę wyjść za mąż. –
- To są ostre słowa – powiedział Blizna Na Twarzy – nie ma możliwości żeby tę decyzję zmienić?
- Jest jedno wyjście – odpowiedziała dziewczyna – znajdź Boga Słońce i poproś go żeby zwolnił mnie z tej obietnicy. Gdy się zgodzi poproś go jeszcze aby usunął ci bliznę z twarzy. Po tym poznam, że jestem wolna i wtedy będę twoja. –
Blizna Na Twarzy był smutny, ponieważ nie myślał by Bóg Słońca tak piękną dziewczynę, którą sobie wybrał oddał właśnie jemu. Ale obiecał dziewczynie, że go odnajdzie i spyta czy nie spełniłby jego prośby. Przez wiele miesięcy Indianin szukał Boga Słońca. Przemierzał doliny, lasy, wysokie góry ale nie mógł odnaleźć żadnego tropu, który mógłby go poprowadzić. Pytał zwierząt leśnych-wilka, niedźwiedzia, borsuka ale żadne nie mogło mu wskazać drogi do jego domu. Pytał też ptaków ale i one, chociaż latały dużo i daleko też nie wiedziały. W końcu spotkał rosomaka, który powiedział, że sam już kiedyś tam był i obiecał, że mu wskaże drogę. Po długiej i uciążliwej wędrówce dotarli do wielkiej wody, której nie można było przebyć bo była za szeroka i za głęboka Blizna Na Twarzy siedział na brzegu i przeklinał swój los. Wtedy przyleciały do niego dwa łabędzie i zaoferowały mu przelot na swych plecach na drugą stronę. Potem wskazały mu jeszcze drogę i odleciały. Młodzieniec nie uszedł daleko kiedy natknął się na łuk i strzały leżące na ziemi. Nie zabrał ich ze sobą gdyż był szczery a one nie należały do niego. Wkrótce potem zobaczył młodzieńca, który się do niego uśmiechał.
- Zgubiłem mój łuk i strzały, nie widziałeś ich?-
zapytał.
Blizna na Twarzy odpowiedział, że widział je przed chwilą. Piękny młodzieniec pochwalił go za szczerość oraz za to, że ich nie zabrał. Spytał go jeszcze dokąd podąża.
- Szukam miejsca zamieszkania Boga Słońca. -
odpowiedział Indianin – i myślę, że jestem już
blisko celu. –
- Zgadza się – odpowiedział młodzieniec – ja
jestem synem Boga Słońca. Mam na imię Asipirahts -Gwiazda Poranna. Zaprowadzę cię do mego ojca. –
Chwilę maszerowali aż Asipirahts wskazał mu dużą chatę, która pełna była złotego światła, o pięknie i uroku jakiego Blizna Na Twarzy jeszcze nigdy przedtem nie widział. Przy wejściu stała prześliczna kobieta, matka Gwiazdy Porannej. Była to Bogini Księżyca –Kokomikis, która serdecznie przyjęła wyczerpanego Indianina. Przybył także Bóg
Słońca, przepiękny w swej mocy i tak samo potężny jak planeta, którą rządził. Pozdrowił Bliznę Na Twarzy, zaprosił by był jego gościem a także by wybrał się na polowanie z jego synem. Blizna Na Twarzy wraz z Gwiazdą Poranną wesoło wyruszyli w drogę jednak przed wyruszeniem Bóg Słońca ostrzegł ich przed zbliżaniem się do wielkiej wody i mieszkających w niej dzikich ptaków, które mogły zniszczyć Gwiazdę Poranną. Blizna Na Twarzy został przy Bogu Słońca, jego żonie i synu, jednak nie odważył się już teraz prosić go o to po co przyszedł. Czekał aż on sam go o to spyta.
Pewnego ranka kiedy Bóg Słońca z Indianinem byli na polowaniu młodzieniec wyślizgnął się z obozu, ponieważ chciał upolować ptaki, o których mówił jego ojciec. Ale Blizna Na Twarzy podkradł się za nim i uratował go z niebezpiecznej sytuacji zabijając zagrażającego mu potwora. Bóg Słońca był mu bardzo wdzięczny za uratowanie syna i spytał go o
przyczynę jego odwiedzin. Blizna Na Twarzy
opowiedział mu całą historię swej miłości do
córki wodza i o jego marzeniu by się z nią ożenić. Bóg Słońca był gotów spełnić jego prośby.
- Wróć do dziewczyny, którą kochasz. – powiedział – Weź ją za żonę. Aby dać ci znak, że się zgadzam usunę ci bliznę z twarzy. -
Ruchem swej potężnej ręki usunął szpetną
bliznę a podczas pożegnania jego rodzina obdarowała go jeszcze wieloma pięknymi
prezentami.
Wkrótce Blizna Na Twarzy dotarł do swej wioski. Kiedy odwiedził córkę wodza ona nie poznała go na początku, tak piękne i świecące było odzienie, które przyniósł z Krainy Słońca. A gdy w końcu go poznała, rzuciła mu się z okrzykiem radości na szyję. Jeszcze Tego samego dnia została jego żoną. Od tego czasu Blizna Na Twarzy został nazwany Piękną Twarzą.
poniedziałek, 27 maja 2013
niedziela, 26 maja 2013
sobota, 25 maja 2013
Indianie Assiniboine - szamanizm
Tak jak u Dakotów, wśród Assiniboinów „lekarze” dzielili się na dwie grupy – zielarzy (peju’da wintca’cta) oraz świętych mężów (wintca’cta wakan’).
O ile mogłem się przekonać, praktyka leczenia chorób ziołami lub leczniczymi korzeniami nie jest przywilejem jakiejś klasy wydzielonej ze społeczności plemiennej. O ile takie zioła nie są zakopywane lub palone po śmierci ich właściciela, dziedziczy je najbliższy krewny zmarłego, mogący nimi dysponować według swojego swobodnego uznania. Jeżeli spadkobierca lub nabywca wyleczył przy pomocy specyfiku chorobę, inni cierpiący na tę samą chorobę mogą zwrócić się do niego o pomoc, ofiarując w zamian odpowiednie wynagrodzenie. Mój tłumacz twierdził, że to nieprawda, iż peju’da wintca’cta nie leczyłby za darmo nawet najpoważniejszych chorób. Z drugiej strony, uiszczanie jego honorarium uwarunkowane było wyzdrowieniem pacjenta. Ze względu na komercyjną wartość lekarstwa, właściciel otaczał tajemnicą gatunek użytego korzenia oraz sposób jego użycia. Osoba dotknięta chorobą chroniczną z reguły wykupywała całość lekarstwa, aby uniknąć kolejnych opłat, które zsumowane dałyby wyższą cenę.
Mój tłumacz – Dick Jones przyswoił sobie dwa proste sposoby zatrzymywania krwotoku z nosa. Zeszłej wiosny miała atak jego pasierbica i w nadziei wyleczenia została zabrana do rządowego lekarza. Dziewczynka przebywała w budynku szkolnym. Po długich naleganiach ojca, agent zezwolił na powrót pacjentki do domu. Dick wówczas postąpił w sposób następujący: roztarł jakieś zielsko i zamoczył w wodzie, następnie zmieszał z pewnym korzeniem, podobnie spreparowanym. Dziewczynce kazał wciągnąć roztwór do nosa, a do nozdrza włożył jej mokre liście, które zatamowały krwawienie. Gdy po kilku dniach zaczął się krwotok z drugiego nozdrza, zastosowano takie samo leczenie. Trwało to dwa dni, dziewczynka została wyleczona i czuje się dobrze do dzisiaj. Od tej pory, ilekroć któryś z członków plemienia ma krwotok z nosa, odwiedza Dicka oferując mu konia w zamian za jego pomoc.
Indianie nie mają zaufania do szczepień. Wierzą, że „ospa ma oczy i wie, kto się jej boi”. Dlatego, najlepiej przebywać blisko dotkniętych tą chorobą, używać tej samej fajki, jeść z tego samego półmiska, owijać się tym samym kocem i pokazywać na wszelkie inne możliwe sposoby, że się nie boi choroby.
Naparu z liści szałwi (peji’ – xo’ – da – mana’ – ska’ska – w tłumaczeniu – szara płaska trawa) używano jako środka wymiotnego, aby oczyścić ciało ze szkodliwych płynów.
W przypadku poważniejszej choroby zwracano się do wintca’cta wakan, który przy pomocy swych duchowych pomocników miał zadecydować, czy właściwe jest zwykłe leczenie czy też niezbędne są zabiegi wakan. Ci ostatni zawsze byli wzywani do usunięcia nocnych insektów, które weszły w ciało. Duchów nie uważano za czynniki chorobotwórcze.
Wintca’cta wakan posiadał moc szkodzenia swym wrogom, ale w takim przypadku jego duchy karały go za zły czyn, albo jego samego albo bliskiego krewnego, przez dotknięcie jakimś nieszczęściem. W taki właśnie magiczny sposób, zły szaman spowodował ślepotę Isto’ – ega, ale został zabity przez innego Indianina, którego skrzywdził. Stary Stoney przypisywał swoją ślepotę oraz niemoralnie częste oddawanie moczu magii gości z plemienia Cree, którym odmówił pokazania swych koni. Indianin z Fortu Belknap był za młodu słynnym myśliwym, jego sukcesy zrodziły jednak zazdrość rywala, który poraził go ślepotą. W tych dwóch ostatnich przykładach, informatorzy nie wskazali na karę sprawców nieszczęść.
Następująca opowieść przedstawia sposób leczenia wakan. Pewnego razu szaman, który otrzymał objawienie związane z koniem leczył chorego. Zbudowano chatę z wyjściem zwróconym na południe. W pewnej odległości wbito w ziemię żerdź od namiotu z przymocowaną flanelą. Do żerdzi przywiązano konia, którego szyję ozdobiono flanelą i perkalem a w grzywę wpleciono pióra. Pomalowano go od grzywy po zad. Koniec nosa pomalowano na czerwono. Do chaty weszli śpiewacy i zaczęli śpiewać stosownie do wskazówek szamana. Ten ostatni, po kilku pieśniach odwiązał konia i trzymając koniec sznura wszedł do chaty, ale koń nawet się nie poruszył. Dopiero, gdy szaman odpiął skórę wejściową i zaintonował nową pieśń, koń wszedł do środka. Zaczął obwąchiwać chorego, który nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Za każdym razem, gdy koń wciągał powietrze, z jego nozdrzy wydobywał się różnokolorowy dym – niebieski, czarny, czerwony. Potem, gdy jego wargi znajdowały się nad pacjentem, na pierś Indianina spadło kilka okrągłych przedmiotów. Szaman kazał mu je połknąć a koń wyszedł i stanął koło pala, łbem zwrócony w kierunku chaty. Pacjent nagle poczuł, jak gdyby unosił się w powietrze. Usiadł, potem wstał bez niczyjej pomocy, wyszedł z domu, obszedł cały obóz, wrócił i na powrót usiadł. Stwierdził, że nie czuje się już słaby, że chce mu się spacerować. Przedtem nie mógł nic przełknąć, teraz jest głodny. Szaman rzekł: ”Zbiera się na deszcz. Gdy zacznie padać, rozbierz się do naga i wyjdź na zewnątrz, niech cię obmyje deszcz. Do tego czasu nie wolno ci dotykać żony. Jeżeli nie posłuchasz mnie, nie pożyjesz długo; to będzie tak, jak gdybyś przykładał sobie nóż do gardła”. Nadeszła chmura rosnąc w oczach, lekarz i jego pomocnicy wyszli. Zaczął padać deszcz, gdy pojawiła się żona chorego. Ten zaprosił ją do środka, ale ona odmówiła, mówiąc: „Nie, nie wolno tobie mnie dotykać, dopóki nie jesteś zupełnie wyleczony”. Mężczyzna odparł, że czuje się dobrze. Chociaż Indianka nie słyszała poleceń lekarza, wiedziała, że dla swojego dobra nie powinien jej teraz dotykać. Ów jednak nalegał dopóty, dopóki niechętnie nie weszła do chaty. Wtedy chwycił ją i mimo, że prosiła aby ją puścił, objął ją. Po chwili wrócił szaman. Gdy tylko się pojawił, koń zaczął rżeć. Lekarz powiedział: „Naruszyłeś moje wskazówki, nie będę już ciebie leczył”. Uwolnił konia i odszedł. Pacjent ponownie zachorował, wszystkie części jego ciała przepełniał ból. Zmarł następnego dnia w południe.
Leczenie szamanistyczne mogło się także odbywać w postaci publicznych seansów medycznych. (wagi’ksuyabi lub waka’xambi). Dla tego przedstawienia szamanistycznego składano kilka namiotów w jeden duży. Przygotowano ucztę, na którą składały się wyłącznie jagody. Ludzie stali na zewnątrz w odległości około 25 jardów. Do namiotu weszła kobieta z krzywą szyją. Położono ją na kocach koło ogniska. Dookoła niej stało czterech szamanów, wielu ludzi śpiewało i grało na bębnach. Jeden z szamanów trzymał duży nóż, którym zrobił nacięcie na szyi Indianki. Gdy wyszarpnął go z powrotem, wszyscy widzowie krzyknęli: „Ho’, ho’,ho’,ho’!” – co wyrażało życzenie powodzenia. Pozostali trzej szamani badali szyję, jeden z nich przepowiadał jaki będzie rezultat zabiegu. W rogu chaty rozniecono ogień. Po trzeciej pieśni szaman zwilżył ustami ostrze noża, rozgrzał je nad ogniem i opuścił na szyję kobiety. Wtedy wszyscy wydali okrzyk. Zaczął ciąć, trysnęła krew a gdy cofnął nóż, szyja pacjentki była prawie odcięta od tułowia. Lekarze podnieśli ją, odwrócili jej głowę, oprowadzili dookoła namiotu i ponownie położyli na kocach. Jeden z nich opuścił namiot i wrócił po chwili z wiązką szałwi. Natarł nią szyję kobiety, potem podał kolegom, którzy uczynili to samo. Wtedy pomogli pacjentce usiąść, czuła się dobrze i nie było widać śladów krwi. Odtańczyła jeden okrąg i poszła do domu. Powiedziano jej, że jeżeli będzie przygotowywany kolejny seans medyczny musi wyprawić ucztę, w przeciwnym razie znowu zachoruje. Następnym wykonawcą był człowiek ubrany w skórę niedźwiedzia, trzymający duży nóż i strzelbę. „Niech ktoś weźmie mój karabin – powiedział – i zastrzeli mnie”. Jeden z mężczyzn wziął broń, która była naładowana. „Wsyp do lufy proch i włóż tam kawałek ołowiu”. Mężczyzna wykonał to, wtedy szaman kazał mu stanąć w odległości 20 jardów. Mężczyzna wycelował w niego karabin, „niedźwiedź” ruszył na niego, chwycił broń i przekroił nożem. Potem złożył obie połówki razem i karabin był znowu sprawny. Jeszcze raz rozkazał Indianinowi wziąć broń i strzelić do niego. Rozebrał się i ponownie zaczął mruczeć jak niedźwiedź. Podszedł do mężczyzny i kazał mu strzelić, gdy się zbliży do niego cztery razy. Gdy zrobił to, Indianin postrzelił go nad pępkiem i opuścił karabin. Zaczęła sączyć się krew. Pozostali szamani nakryli go skórami i nad leżącym bezwładnie na ziemi ciałem zaczęli śpiewać, mówiąc, że na krótko utracił swą moc. Tańczyli dookoła niego, gdy nagle trup się poruszył. Jeden z mężczyzn zabrał skóry. Niedaleko płonęło ognisko. Człowiek – niedźwiedź wstał, wskazał na swą ranę, zamruczał, zaczął kaszleć, aż nie wykrztusił kuli. Śpiewali jeszcze przez jakiś czas, dopóki się nie oddalił. Powstał kolejny szaman. Ubrany był w skórę bizona i trzymał w ręku dwie strzały. Odśpiewał kilka pieśni, potem powiedział, że niewiele umie, ale nie chciałby, aby pozostali szamani śmiali się z niego, że nic nie pokazał. Poprosił dwóch mężczyzn, aby podeszli do niego. Śpiewając, kazał im wbić strzały w jego ciało z dwóch przeciwległych stron. Uczynili to tak, że starzały skrzyżowały się. Pokazał to widzom, znów zaczął śpiewać a mężczyźni wyciągnęli strzały. Trysnęła krew, a on po prostu potarł rany żarem i zatarł wszelkie ślady zranienia.
Wszyscy oni zmarli jako starzy ludzie. Keating opisuje, opierając się na relacji francuskiego handlarza jak szaman Assiniboinów napełnił wodą pustą beczułkę, najwidoczniej rozrywając ukryty pęcherz, chociaż stwarzał pozory, że polega na sile swych zaklęć.
Moc szamanów ilustruje następująca opowieść: Pewnej nocy Ben Tci’niki zamierzał udać się na konną wyprawę przeciwko Czarnym Stopom. Członek jego grupy napełnił fajkę dla niego, a Tci’niki wyciągając po nią dłoń, rzekł: „Kanu’za hini ngaktatc maa’ zukoktact!” – „Niech nadejdą złe wiatry”. Zachmurzyło się i zaczęło padać. Wszystkie Czarne Stopy były w swoich domach, Stoney pojawili się niezauważeni, ukradli konie i uciekli. Gdy już byli w bezpiecznej odległości, Tci’niki rzekł: „Cena’ eu’sta” – „Wystarczy” i rozpogodziło się.
Stoney znali dużo czarów miłosnych. Najbardziej popularny polegał na potarciu pożądanej kobiety pewnym pachnącym ziołem. Czasami, mężczyzna pił napój miłosny a potem podawał go niczego niepodejrzewającej kobiecie, która natychmiast zakochiwała się w nim. Pewna metoda jest zapewne zapożyczona od Cree i przeznaczona dla młodych mężczyzn – należało zrobić modele imitujące mężczyznę i kobietę a następnie związać razem przy pomocy pewnego magicznego lekarstwa.
http://assiniboine.republika.pl/assiniboin/religia.htm
piątek, 24 maja 2013
czwartek, 23 maja 2013
Legendy Indian: Przyjazny wilk
Legenda Indian Algonkinów
Kobieta Wron była jednak pełna współczucia dla branki Czarnych Stóp i za każdym razem, gdy jej mąż odchodził rozmawiała z nią i dawała jej znać, że jej żałuje. Pewnego dnia opowiedziała Tej Która Siedzi Przy Drzwiach iż podsłuchała rozmowę męża z jego przyjaciółmi, w której planowali ją zabić. Dodała też, że pomoże jej w ucieczce gdy tylko się ściemni. Kiedy nastała noc kobieta z plemienia Wron czekała tak długo aż jej mąż zaczął pochrapywać, bo wiedziała, że śpi. Potem podniosła się ostrożnie, rozwiązała linę, którą była związana niewolnica, dała jej parę mokasynów, broń i sakwę suszonego mięsa. Poprosiła kobietę aby śpieszyła się i uciekała przed swym losem. Kobieta drżała ale posłuchała swej wybawczyni i w ciągu nocy nadłożyła spory kawałek drogi. O świcie ukryła się i błagała aby nie znaleźli jej prześladowcy. Tymczasem zauważyli oni jej nieobecność w wiosce i szukali jej wszędzie ale nie
znaleźli żadnego tropu. W końcu zwątpili i powrócili do swych domów.
Po czterech nocach wędrówki dziewczyna stwierdziła, że nie musi się już ukrywać podczas dnia. Jeszcze ciągle nie była bezpieczna. Jej zapasy już się kończyły i groziła jej śmierć głodowa. Poza tym mokasyny były już przetarte a nogi krwawiły jej. Na domiar złego była jeszcze prześladowana przez wilka, któremu daremnie próbowała uciec. Była na skraju wyczerpania. Wilk podchodził coraz bliżej, aż w końcu legł u jej stóp. Zawsze gdy kobieta ruszała w drogę wilk podążał za nią, a gdy wypoczywała on kładł się u jej stóp. W końcu wyczerpana kobieta porosiła swego towarzysza o pomoc, ponieważ czuła, że wkrótce umrze z głodu jeśli nie dostanie czegoś do jedzenia. Zwierzę usłuchało i poszło by po jakimś czasie powrócić z cielakiem bizona, którego zabiło i położyło przed kobietą. Przy pomocy strzelby otrzymanej od kobiety Wron, Ta Która Siedzi Przy Drzwiach rozpaliła ognisko i ugotowała część bizoniego mięsa. Tak posilona ruszyła w dalszą drogę. Od czasu do czasu wilk w podobny sposób zdobywał pożywienie aż w końcu dotarli do obozu Czarnych Stóp. Kobieta zaprowadziła wilka do swego domu a całą historię niewoli i ucieczki opowiedziała swym przyjaciołom. Opowiadała im też o pomocy wilka i prosiła ich o dobre traktowanie zwierzęcia. Jednak wkrótce kobieta zachorowała i biedny wilk został wygnany z obozu przez psy. Każdego wieczoru podchodził na szczyt wzgórza, patrzył na obozowisko i na
chatkę, w której mieszkała Ta Która Siedzi Przy
Drzwiach. Mimo, że wilk był dokarmiany przez jej przyjaciół zniknął pewnego dnia i już nigdy nie wrócił.
poniedziałek, 20 maja 2013
słowa Indian - indiańskie cytaty
Powinniście wiedzieć, że wszystko, czego
potrzebujecie,
jest podarunkiem Ziemi pod stopami, Nieba
nad głową
i Czterech wiatrów wokół nas.
Kiedy zwracacie się przeciwko tym
elementom,
ściągacie na siebie złe konsekwencje.
Sioux
Siedzę na łonie natury, nad jeziorem.
Biali chcą, żebym pracował jak oni,
jak oni zarabiał pieniądze, jak oni kupił
samochód
i jak oni siedział naj jeziorem, na łonie
natury, i łowił ryby.
Siedzę tu już od dawna, nad jeziorem,
na łonie natury .
niedziela, 19 maja 2013
piątek, 17 maja 2013
czwartek, 16 maja 2013
Legendy Indian: Gluskapi i Malsum
Legenda Indian Algonkinów
Gluskapi i jego brat wilk Malsum byli bliźniakami. Ich matka zmarła przy porodzie. Z jej ciała Gluskapi stworzył Słońce, Księżyc, zwierzęta, ryby i ludzi. Jego złośliwy brat Malsum zrobił góry, doliny, węże i wszelkie uciążliwości dla ludzi. Bracia byli prawie że nieśmiertelni. Istniały bowiem sposoby aby ich zabić. Malsum spytał Gluskapiego co może spowodować jego śmierć. Gluskapi odpowiedział szczerze, że kontakt z sowimi piórami lub z kwitnącym sitowiem może być dla niego śmiertelny. Malsum ze swojej strony przyznał, że tylko uderzenie korzeniem paproci może go zabić. Złośliwy i podstępny wilk zaraz wziął swój łuk i ustrzelił sowę. Piórem wyrwanym ze skrzydła ptaka dotknął śpiącego Gluskapiego. Gluskapi zmarł od razu ale ze złości na Malsuma obudził się ponownie do życia. Wilkowi tajemnica brata nie dawała spokoju, przy najbliższej okazji postanowił go zniszczyć. Gluskapi wyjaśnił mu, że może umrzeć tylko przez uderzenie korzeniem sosny. Śmiejąc się popędził Malsuma do lasu. Sam zaś przeprawił się przez rzekę mrucząc do siebie:
-Tylko kwitnące sitowie może mnie zabić-
Ale tylko tak mówił bowiem wiedział, że Quah-beet wielki bóbr siedział ukryty na brzegu i słyszał jego słowa. Bóbr zaraz udał się do Malsuma by zdradzić mu swą wielką tajemnicę. Prosił by Malsum dał mu skrzydła takie jak u gołębia. Złośliwy wilk szydził z Quah-beeta wołając:
-Hej, ty z ogonem jak pilnik po co ci skrzydła?-
Na to zezłościł się bóbr i poszedł do Gluskapiego. Powiedział mu, że Malsum zrobił sobie z niego żarty. Teraz zdenerwował się na brata Gluskapi. Poszedł w głąb lasu, wykopał z poszycia korzeń paproci, odnalazł swojego wiarołomnego brata i zabił go.
Gdy Gluskapi skończył formować świat stworzył ludzi i małe nadprzyrodzone istoty jak np. karły i czarodziejki. Ludzi uformował z pnia jesionu a elfy z kory. Wytresował dwa ptaki by przynosiły mu informacje z całego świata. Wybrał białego i czarnego wilka na swoje sługi. Był wtedy często nieobecny, ponieważ prowadził gwałtowne i niszczące wojny przeciwko złym potworom nawiedzającym świat. Takie same wojny prowadził przeciwko czarodziejom i czarownicom wyrządzającym ludziom szkody. Wyrównał pagórki, podporządkował sobie prawa natury. Zrobił się tak wielki jak olbrzymy. Ale dla ludzi był dobry, pobłażliwy i z humorem patrzył na ich słabostki. Pewnego razu wziął się za olbrzymiego czarodzieja Win-pe, potężną i wpływową postać mieszkającą wtedy na ziemi. Win-pe zrobił się tak wielki jak najwyższe drzewa w lesie ale Gluskapi uśmiechnął się i zrobił jeszcze większy sięgając aż do gwiazd. Następnie dotknął lekko czarodzieja swym łukiem z pnia, nadepnął go i zabił. I mimo, że Gluskapi zniszczył dużo potworów i złych mocy, ludzie nie stawali się lepsi i mądrzejsi. Wręcz przeciwnie, im więcej dla nich czynił, tym gorsi się stawali. Osiągnęli w końcu taki stopień zła, że Gluskapi postanowił opuścić świat na zawsze. Jednak istoty te nie były mu obojętne. Zdecydował dać im jeszcze jedną szansę. Ogłosił, że w ciągu następnych 7-miu lat spełni każde ich życzenie. Wielu chciało skorzystać z tej propozycji ale było to bardzo trudne, gdyż nie było łatwo odnaleźć miejsce pobytu Gluskapiego. Tych, którzy go znaleźli i prosili o rozsądne rzeczy hojnie nagradzał ale tych, którzy prosili o niemądre rzeczy surowo karał. Czwórka Indian, która wyruszyła na poszukiwanie miejsca zamieszkania Gluskapiego dotarła do ziemi tak pięknej, że stanęli zachwyceni. Gluskapi spytał z czym do niego przychodzą. Pierwszy powiedział, że ma złe serce i łatwo wpada w złość. Chciałby stać się łagodnym i pogodnym. Drugi, że jest biednym człowiekiem a chciałby stać się bogatym. Trzeci, że jest niskiego stanu i jego krewni w plemieniu pogardzają nim. Chciałby być przez wszystkich poważanym i szanowanym. Czwarty był zarozumiałym mężczyzną. Chociaż był wielki wypchał skórą swoje mokasyny by robiły wrażenie jeszcze większych. Chciał być największym w plemieniu i żyć sto lat. Gluskapi wyjął ze swojego czarodziejskiego worka 4-ry zawiniątka i dał każdemu o co prosił. Powiedział, że mogą je otworzyć dopiero gdy przybędą do domu. Kiedy trzej pierwsi wrócili do domu i otworzyli swe zawiniątka znaleźli w środku maść o cudownym zapachu. Po nasmarowaniu się maścią zły człowiek stał się pogodnym i cierpliwym, biedny stał się dość szybko bogatym a pogardzany stał się poważanym i szanowanym. Czwarty podczas swego powrotu zatrzymał się w rzadkim lesie. Rozwinął swoje zawiniątko i posmarował się maścią. Jego życzenie również się spełniło ale nie w taki sposób jaki oczekiwał. Został zamieniony w sosnę, gatunek wysokiego rosnącego sto lat drzewa.
poniedziałek, 13 maja 2013
niedziela, 12 maja 2013
piątek, 10 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Legendy Indian: Gluskapi i niemowlę
Legenda Indian Algonkinów
Gluskapi zwyciężył już między innymi Kewawkqu-rasę olbrzymów, Medocolins-przebiegłych i chytrych czarodziejów oraz Pomola-złego ducha nocy. Poczuł się z tego powodu bardzo potężnie. Chełpił się przed pewną kobietą, że może wszystkich pokonać. Ale kobieta uśmiechnęła się i powiedziała:
-Jesteś pewny mistrzu? Wielu chciało go pokonać i nikt go jeszcze nie zwyciężył. -
Zaskoczony Gluskapi chciał się dowiedzieć jak nazywa się ta osoba.
-Nazywa się Wasis-powiedziała kobieta-ale nie radzę ci mierzyć się z nim. -
Wasis był tylko niemowlęciem. Siedział na ziemi i ssał kawałek klonowego cukru mrucząc prostą melodię. Gluskapi nigdy nie był żonaty więc był kompletnie niedoświadczony w obchodzeniu się z dziećmi. Z całą ufnością i radością poprosił dziecko aby do niego podeszło. Dziecko uśmiechało się, ale ciągle siedziało na miejscu. Gluskapi więc przepięknym głosem dokładnie naśladował głos ptaka. Ale Wasis nie zwracał na niego żadnej uwagi dalej ssąc swój cukier. Gluskapi do czegoś takiego nie był przyzwyczajony. Zezłościł się i strasznie groźnym głosem powiedział Wasisowi aby do niego podszedł. lecz Wasis zaczął tak głośno krzyczeć, że górował nawet nad słowami Gluskapiego ale nie ruszył się ze swojego miejsca. Gluskapi był bardzo wściekły, poruszył wszystkie swoje magiczne sztuczki. Wypowiadał straszliwe czarodziejskie zaklęcia i okropne egzorcyzmy. Śpiewał pieśni, wskrzeszał zmarłych i wypędzał z głębokich ciemności złe moce. Ale Wasis myślał oczywiście, że to zabawa. Zmęczony już śmiechem patrzył na to znudzony. Zrozpaczony Gluskapi wypadł z szałasu a Wasis ciągle siedząc na ziemi triumfalnie wołał:
-Gugu-
I do dzisiaj jeszcze Indianie utrzymują, że kiedy dziecko woła „Gugu” przypomina czasy gdy Gluskapi chciał je pokonać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)



.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)




.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)










