piątek, 22 listopada 2013

Indianie- cytaty


Zyj tak, aby strach przed smiercia
nigdy nie wszedl do twego serca.
Nie rob nikomu trudnosci za jego religie.
Szanuj poglady innych
i wymagaj zeby oni szanowali twoje.
Kochaj swoje zycie, staraj sie je doskonalic,
nadawaj piekno wszystkiemu w twoim zyciu.
Staraj sie aby twoje zycie bylo dlugie
i pelne sluzby dla twego ludu.
Przygotowuj szlachetna piesn smierci
na dzien w ktorym przekroczysz wielka granice.
Zawsze pozdrawiaj slowem lub znakiem kiedy spotkasz swoich przyjaciol,
lub nawet obcych ludzi kiedy spotkacie sie na pustkowiu.
Szanuj wszystkich ale nie upokarzaj sie przed nikim.
Kiedy wstajesz rano, podziekuj za swiatlo,
za twoje zycie, za twoja sile.
Podziekuj za pokarm, za radosc zycia.
Jesli nie widzisz powodu zeby dziekowac,
to wina jest po twojej stronie.
Nie dotykaj trujacej wody ognistej ktora zmienia ludzi madrych w glupcow
i ktora odbiera duchowi jego wizje.
Kiedy nadejdzie twoja smierc, nie badz jak ci,
ktorych serca sa tak pelne strachu przed smiercia,
ze kiedy przychodzi ich smierc oni placza i modla sie o wiecej czasu,
zeby przezyc ich zycie inaczej.
Zaspiewaj swoja piesn smierci i umrzyj jak bohater wracajacy do domu
Tecumseh

„Mówicie mi, bym orał ziemię. Mam więc wziąć nóż i krajać wnętrzności mojej matki? Wtedy ona nie zechce przyjąć mnie do swego łona i nie pozwoli mi w nim spocząć, gdy umrę.
Mówicie mi, bym wykopywał kamienie. Mam więc drążyć jamy pod jej skórą, aby tam szukać jej kości? Wtedy po śmierci nie będę mógł wejść w jej ciało, aby w nim narodzić się powtórnie.
Mówicie mi, bym ścinał trawę na siano, sprzedawał je i bogacił się jak biali ludzie. Ale jak śmiałbym ścinać włosy mojej matki?
Smohalla, wódz Indian Sahaptin pisze:





One znowu wrócą. 
Na całej Ziemi. 
One znowu wracają. 
Prastare nauki Ziemi, 
Prastare pieśni Ziemi. 
One znowu wracają. 
Mój przyjacielu, one wracają. 
Skieruję je do Ciebie. 
I dzięki nim 
Zrozumiesz, 
Zobaczysz. 
One znowu wracaja 
Na Ziemię. 
Crazy Horse (Oglala) 

niedziela, 17 listopada 2013

żałość - pieśń Indian


Na próżno urodziłem się,
na próżno pojawiłem się
i zakiełkowałem na ziemi:
jestem nieszczęśnikiem,
choć urodziłem się
i zakiełkowałem na ziemi:

pytam: "Co zrobią nasze dzieci, które muszą przeżyć?"

sobota, 16 listopada 2013

***


Mówisz, że odchodzisz, 
że idziesz swą drogą.
Mówisz, że to nie boli
a gdyby nawet?
Mówisz, ze chwile, godziny,
niczym wobec wieczności.

Pragniesz zostać kochankiem
tańczącej u powały liny.
Pragniesz zmyć cierpienie
w strumieniu własnej krwi.
Pragniesz skraść ptakom wolność,
rzucając się w ramiona otchłani.

Idź jeśli musisz,
nikt ci nie zabroni
Jdź jeśli pragniesz
jesteś WOLNYM CZŁOWIEKIEM
Idź jeśli uważasz to za słuszne,
lecz cóż tym udowodnisz?

Chcesz pokazać, że mogą cię zniszczyć,
że mogą zdeptać twój lud.
Chcesz umocnić ich destrukcji siłę,
pozwolić ręce rozłożyć na ludzki ból?
Chcesz pozwalać by czerpali z twej Ziemi,
a los nędzarza wiódł twój lud?

ŻYJ udowodnij im swą moc,
pokaż im siłę swej WOLNOŚCI.
Żyj pokarz, że nie mają władzy nad tobą
i że ty jesteś dziedzicem tu.
ŻYJ zawsze jest ktoś, kto pragnie byś ŻYŁ.

ŻYJ BO JESTEŚ WOLNYM CZŁOWIEKIEM,
WSPANIAŁYM NATIVE AMERICAN.

WEDŁUG STATYSTYK WSPÓŁCZYNNIK SAMOBÓJSTW WŚRÓD LUDNOŚCI INDIAŃSKIEJ JEST 6 RAZY WIĘKSZY NIŻ ŚREDNIA KRAJOWA....!

czwartek, 14 listopada 2013

Indianie- pierwsi obrońcy srodowiska



"Kiedy ostatnio potężna korporacja górnicza zwróciła się do Nawahów i Hoipów o zezwolenie na wydobywanie węgla metoda odkrywkową na terenie Czarnej Mesy w rezerwacie w Arizonie, najważniejsze dla Indian były nie pieniądze, które mogli otrzymać, ale zanieczyszczenia, które mogły dotknąć ich ziemię. Nikt w USA nie potrzebuje pieniędzy bardziej, niż ci Indianie, których średni dochód na rodzinę nie sięga 3000 dolarów rocznie, ale odmówili oni wydania zgody, dopóki nie uzyskali zobowiązania, że Czarna Mesa zostanie im zwrócona „w równie dobrym stanie, jak w chwili przekazania” – po rekultywacji terenu i ponownym obsadzeniu go miejscową roślinnością.

Nawet po uzyskaniu tej gwarancji wielu członków plemienia jest przeciwnych umowie, uznając ją za zdradę ziemi, pozostawionej im przez przodków i obawiając się plagi białych ludzi – zanieczyszczonej wody i powietrza.

Od czasu pierwszego kontaktu z najeźdźcami z Europy Indian dziwiła oczywista pogarda białych ludzi dla ziemi. Ochrona środowiska była zawsze istotną częścią indiańskiej kultury, a ich historia odzwierciedla tę potrzebę działania w harmonii z naturą.

„Granica ziemi i granice naszych ciał są takie same” – powiedział w 1877 r. Józef z plemienia Nez Perce. Gdy chciano by oddał ziemię Nez Perców osadnikom – zaprotestował mówiąc, że nie ma do tego prawa. „Tym który ma prawo nią rozporządzać, jest ten, który ją stworzył” – powiedział i dodał proroczo: „Jesteśmy zadowoleni, pozostawiając rzeczy takimi, jakimi stworzył je Wielki Duch. Biali ludzie nie są – i zmieniają rzeki i góry, gdy nie będą im pasowały”. Satana z plenienia Kiowów często łajał biurokratów za niszczenie przez osadników Południowych Równin – „Ten kraj jest stary” – powiedział gen. Hanckocowi – „ale wy wycinacie drzewa i teraz jest zupełnie bez wartości”. Przy innej okazji skarżył się, że żołnierze niszczą ochronna strefę lasów wzdłuż biegów życiodajnych strumieni i mordują bizony dla sportu. „Czy biali ludzie stali się dziećmi” – pytał – „że bezmyślnie zabijają, nie jedząc? Gdy czerwonoskórzy polują, robią to po to, by żyć i nie głodować”.

W Wyomingu już w 1867 r. Indianie Crow protestowali przeciwko niszczeniu ich środowiska przez białych ludzi. „Was młodzi mężczyźni przetoczyli się przez nasz kraj” – powiedział Niedźwiedzi Ząb do grupy komisarzy z Waszyngtonu.

Jest ironią, że po blisko 500 latach usiłowania zniszczenia zarówno amerykańskiej ziemi, jak i cywilizacji Indian, prześladowcy odkrywają, że potrzebują teraz Indian, aby ocalić samych siebie. Ameryka wciąż ma lasy państwowe, ale wszędzie znajdują się pod rosnącą groźba zniszczenia. Nadmierne wycinanie lasów, lekkomyślna eksploatacja surowców, tamowanie i zanieczyszczenie dzikich rzek, wybijanie zwierząt – wszystko to trwa. Gdyby rząd mógł przekonać różne plemiona Indian, aby zajęły się ochrona tych ostatnich naturalnych rajów, to być może udałoby się jej jeszcze ocalić.

Jest oczywiście wielu nie-Indian, którzy są żarliwymi obrońcami środowiska, ale nie-Indianie zawsze wydają się czynić świadome wysiłki w celu poszanowania ziemi. Indiański szacunek dla ziemi jest instynktowny i jeśli mielibyśmy sadzić po przeszłości, to Czarne Wzgórza byłyby znacznie bezpieczniejsze pod opieka Siuksów, niż pod zarządem białych. W końcu na mocy Traktau z 1868 r. Czarne Wzgórza są terytorium Siuksów i byłoby najwłaściwsze, gdyby Stanowy Park Custera znalazł się pod opieka Indian. Podobnie można by przekonać Czirokezów, żyjących tuz obok Parku Narodowego Great Smoky Mountains, do ochrony tego bezcennego obszaru. Crow i Czejenowie mogliby ocalić Park Yellowstone, Nez Prece i Czarne Stopy – bronić rzekę Snake i Park Glacier, a Irokezi – to co pozostało z parków i lasów stanu Nowy Jork.

Być może plemiona nie byłyby chętne do podjęcia się tej wielkiej misji. W pewnych sensie byłoby to ponowne rozpoczęcie Wojen Indiańskich – ochrona ostatnich naturalnych skarbów przed najazdem hordy wandali. Ale sytuacja jest krytyczna i rząd powinien wykorzystać wszelkie środki perswazji, łącznie z zagwarantowaniem Indianom godziwego poziomu życia za ich służbę.

Tym razem zamiast delegacji czerwonoskórych, apelujących do Wielkiego Białego Ojca, delegacje białych wodzów mogłyby podróżować do rezerwatów i prosić Wielkiego Czerwonego ojca o pomoc."


Dee Brown

http://www.innyswiat.most.org.pl/02/indianie.htm

poniedziałek, 11 listopada 2013

***



"Nie sprzedaje się ziemi, po której chodzą ludzie!"
Któż wątpi w prawdę tych słów?
Bo jak można sprzedać życie?
Jak można sprzedać marzenia i sny?

shania

niedziela, 10 listopada 2013

przyjaźń - pieśń Indian


Na wiosnę ożywia nas
złota kwitnąca kolba kukurydzy:
światłością jest dla nas
tkliwa blondwłosa kukurydza
i naszyjnik z klejnotów
nakłada nam wiedza,
że są nam wierne serca naszych przyjaciół.

sobota, 9 listopada 2013

***


Moja ziemia jest tam,
gdzie leżą pochowani moi ludzie.
Mówił Tashunca wódz.

Ziemia mej duszy?
Ziemia mego ciała?
Jak wyrzec się tych,
co dali ciału życie?
Jak wyrzec się tych,
co dają duszy żyć?
Jak żyć w dwóch światach?
Jak wybrać wśród dwóch ludów?
Jak dochować wierności?
Jak wybrać jedną z dróg?

Przyjmę tę rękę,
co przez wieków ocean się wyciąga,
która chce pokazać jak żyć, by na wieki żyć.

piątek, 8 listopada 2013

sacred spirit - yeha noha - tekst


Ah-uh nayah oh-wa oh-wa
Shon-day oh-wa oh-wa
Shon-day Can-non non noha

Ah-uh nayah oh-wa oh-wa
Shon-day oh-wa oh-wa
Shon-day Yeha-noha

Ah-uh Nayay tor-shna Nena-Nay-Yayah
Nena-nay-yay Yeha-Noha
Ah-uh Nayay tor-shna Nena-Nay-Yayah
Yeha-Noha

Nee-yoh-wah Nee-Yoh
Nee-yoh-wah Nee-Yoh

Ah-uh Nayah oh-wa oh-wa
Shon-day oh-wa oh-wa
Shon-day can-non non noha

Ah-uh Nayah oh-wa oh-wa
Shon-day oh-wa oh-wa
Shon-day Yeha-noha

Ah-uh Nayah tor-shna nena-nay-yayah
Nena-nay-yay yeha-noha
Ah-uh Nayah tor-shna nena-nay-yayah
Yeha-noha

Tekst po angielsku:

Let us eclipse the the sun and the moon
with our spiritual and emotional being,
and let us transcend these physical barriers
and negativity which have made us a nation of one.
May the winds of time put into motion this feeling
we share with our Mother Earth
and this universe till the end of time.
May the creator bestow upon us a grand sense of unity
and peace which we will continue to pass on to our people,
wherever they reside.

przepraszam za brak tłumaczenia na polski, ale ostatnio cierpię na straszliwy brak czasu jednak postaram się w miarę możliwości dodać tłumaczenia na nasz piękny język ojczysty :)

http://www.tekstowo.pl/piosenka,sacred_spirit,yeha_noha__wishes_of_happiness_and_prosperity_.html

środa, 6 listopada 2013

Indianie cytaty






JESTEM GŁOSEM MOICH LUDZI…

“Gdzie są dzisiaj Indianie Pequot? Gdzie są Narragansett, Mohikanie, Pokanoket i wiele innych wielkich plemion naszego narodu? Zniknęły wskutek zachłanności, skąpstwa i opresji białego człowieka; zniknęły tak, jak znika śnieg od letniego słońca.
Czy możemy pozwolić, by zniszczono nas bez walki; opuścić nasze domy, nasz kraj dany nam przez Wielkiego Ducha? Porzucić groby naszych zmarłych i wszystko, co jest nam drogie i święte? Będziemy krzyczeć: nigdy! nigdy!”


Tecumseh z plemienia Shawnee



“Nie chcieliśmy wyrządzić białemu człowiekowi krzywdy, nigdy nie mieliśmy takiego zamiaru… Chcieliśmy być przyjaciółmi białego człowieka… Bizonów ubywa coraz szybciej. Antylop, których kilka lat temu było wiele, teraz jest bardzo mało. Kiedy te zwierzęta wyginą, będziemy głodni i przyjdziemy do fortu. Wasi młodzi ludzie nie powinni do nas strzelać, a jednak, kiedy nas widzą, strzelają, a my strzelamy do nich.”

Tankahaska



“Jestem tylko jednym człowiekiem, ale jestem głosem wielu moich ludzi. Mówię to, co jest w ich sercach. Nie chcę więcej wojny. Chcę być człowiekiem. Odmówiliście nam praw, jakie mają biali ludzie. Moja skóra jest czerwona, moje serce jest takie samo jak serce białego człowieka, ale jestem Modokiem. Nie boję się umrzeć. Nie dam się rzucić na skały. Kiedy będę umierał, moi wrogowie będą pode mną. Wasi ludzie napadli nas, kiedy spaliśmy nad Zagubioną Rzeką. Przypędziliście nas do tych skał jak zranione sarny…”

Kintpush z plemienia Modok



“Słyszałem, że chcecie nas umieścić w rezerwacie blisko gór. Nie chcę się tam osiedlać. Kocham wędrówkę po prerii. Tutaj czuję się wolny i szczęśliwy. Kiedy się osiedlamy, robimy się bladzi i umieramy. Położyłem obok siebie lancę, łuk i tarczę, a mimo to czuję się bezpieczny w waszej obecności. Powiedziałem wam prawdę. Niczego nie ukrywam, ale nie wiem, jak jest naprawdę z komisarzami. Czy są tak samo otwarci, jak ja? Dawno temu ta ziemia należała do naszych ojców, ale kiedy podchodzę do rzeki, widzę żołnierskie obozy na jej brzegach. Żołnierze ścinają nasze drzewa, zabijają nasze bizony i kiedy to widzę, serce mi pęka. Jest mi przykro… Czy biały człowiek stał się dzieckiem, by bezmyślnie zabijać i nie jeść? Kiedy czerwoni ludzie polują na zwierzynę, robią to tylko po to, by nie głodować.”

Satanta, wódz plemienia Kiowa




“Biali opowiadają tylko jedną stronę. Opowiadają to, co ich zadowala, co jest im bardziej wygodne. Opowiadają, a większość z tego nie jest prawdą. Tylko najlepsze swoje uczynki, tylko najgorsze uczynki Indian – to mówi biały człowiek.”

Żółty Wilk z plemienia Nez Perces




“Kiedy ludzie chcą zabić bydło, gnają go dotąd, aż zapędzą do zagrody i wtedy je zarzynają. Tak było z nami… Moje dzieci zostały wytępione, moi bracia zabici…”

Stojący Niedźwiedź z plemienia Ponca




“Powiedziałem oficerowi, że to jest bardzo zły interes – że to bardzo złe, by komisarz wydał taki rozkaz. Mówiłem, że to bardzo źle, że nie powinniśmy walczyć, ponieważ jesteśmy braćmi, ale oficer powiedział, że to bez różnicy; że Amerykanie będą walczyć nawet gdyby narodzili się z jednej matki.”

Nicoagat z plemienia Ute



“Nie było dla nas nadziei na ziemi i wydawało się, że Bóg o nas zapomniał. Niektórzy mówili, że widzieli Syna Bożego, inni go nie widzieli. Jeśli by przyszedł, uczyniłby wielkie rzeczy, tak jak to robił przedtem. Wątpiliśmy w to, ponieważ nie widzieliśmy ani Jego, ani Jego uczynków. Ludzie nic nie wiedzieli, o nic już nie dbali, ale garnęli się do nadziei. Krzyczeli do Niego, jak szaleni – o Łaskę. Chwycili się obietnicy, którą, jak im powiedziano, On poczynił.”

Czerwona Chmura, wódz plemienia Oglala (Lakota)



“Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele się skończyło. Kiedy patrzę teraz w przeszłość z tego wysokiego wzgórza mojej starości, ciągle widzę zmasakrowane kobiety i dzieci, leżące jedne na drugich, albo rozrzucone nad krętym wąwozem. Widzę tak jasno, jak widziały to moje młode oczy. I widzę, że coś jeszcze umarło wtedy, w krwawym błocie i zostało pogrzebane przez śnieżną zamieć. Umarło tam ludzkie marzenie. A było to piękne marzenie… Pień narodu został złamany i porozrzucany. Nie ma już rdzenia, a święte drzewo jest martwe.”

Czarny Jeleń (o masakrze pod Wounded Knee)

http://wizjalokalna.wordpress.com/tag/tryptyk-indianski/

niedziela, 3 listopada 2013

odwagi - pieśń Indian


Nie trwóż się, serce moje:
tam, na polu walki, zabiegam o śmierć
od ostrza z obsydianu!
Jedynie zginąć bitewnie pragną nasze serca.


O, wy, co jesteście w sercu walki:

zabiegam o śmierć od ostrza z obsydianu.
Jedynie zginąć bitewnie pragną nasze serca.

wtorek, 29 października 2013

pieśń indiańska


Jedynie spać przyszliśmy,
jedynie śnić przyszliśmy:
nie jest prawdą, nieprawdą jest,
że przyszliśmy na ziemię, żeby żyć.

W trawę wiosenną przyszliśmy się zamienić:
udaje się zazielenić naszym sercom,
udaje się im rozchylić płatki;
kwiatem jest nasze ciało:
daje kilka kwiatów i
schnie.

http://poema.pl/publikacja/14951-piesn-indian-star-star-star-jedynie-spac-przyszlismy-dot-dot-dot

poniedziałek, 28 października 2013

Indianie a biali 2


4. SERIA TRAGICZNYCH EPIZODÓW
Wirginia.
W 1622 roku Indianie, w odwecie za zabjstwo wodza indiańskiego Powhatana, napadli na Jamestown, zabijając trzecią część mieszkańców, czyli 350 osób. Wybuchła panika, a zarazem i nienawiść. Odpowiednie usprawiedliwienie dla eliminacji Indian, która zresztą rozpoczęła się już wcześniej, było już tylko formalnością.
Deklaracja ogłoszona przez Kompanię Wirginii, była typowa i głosiła:
“Skoro nasze ręce, dotąd związane szlachetnością i sprawiedliwością, zostały obecnie uwolnione przez zdradziecki napad dzikich, który ten węzeł nie tylko rozwiązał, co przeciął, to my, którzy dotąd posiadaliśmy tylko ziemie, które dla nich były jedynie nieużytkami, nabyte były w sposób poważający ich satysfakcję, możemy obecnie, zgodnie z prawem wojennym i prawami narodów, dokonać inwazji kraju i zniszczyć tych, co pragnęli zniszczyć nas.”
W krótkim czasie zabito kilkuset Indian. Przekroczono granicę i osiągnięto punkt, od którego, jak się wydawało, nie było już odwrotu.
W 1644 roku, Indianie pod wodzą Opecancenough’a wszczęli powstanie w Wirginii, zabijając ok. 500 Anglików (z ogólnej liczby 8 tysięcy). 90-letni wódz wzięty został jednak do niewoli i zamordowany strzałem w plecy przez strażnika. Indianie, pozbawieni przywódcy, poddali się.

Nowa Anglia.
Rok 1637. Zabity został kapitan angielskiego statku. Podejrzewano o to Indian z plemienia Pequot, (zamieszkującego tereny, na które ostrzyli sobie apetyt Anglicy). Wchodząc w przymierze z wrogim Pequotom plemieniem Narragansett, koloniści wysłali przeciw nim ekspedycję karną z instrukcjami, by zabić wszystkich mężczyzn, spalić osadę i zniszczyć pola uprawne.
Indianie uciekli z wioski, którą Anglicy następnie spalili.
Wkrótce Pequotowie zaatakowali fort Saybrook, zabijając 9 kolonistów. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Anglicy zmobilizowali jeszcze mocniejszy oddział (wraz z Narragansettami) i 5 czerwca 1637 roku dokonali jednej z największych masakr w dziejach angielsko-indiańskich konfliktów. Okrążyli najpierw dużą warowną osadę Pequotów i podpalili ją. Ponad pół tysiąca Indian spłonęło, a tych, którzy chcieli uciec przed płomieniami, wyłapano i wymordowano. Okrucieństwo kolonistów wzbudziło zdumienie nawet wśród członków sprzymierzonego plemienia Narragansett, którzy uważali, że nie powinno się zabijać wroga w tak niehonorowy sposób. Jeden z dowódców angielskich, kapitan Underhill, tak zanotował:
“Wielu spłonęło w forcie, zarówno mężczyzn, jak i kobit i dzieci. Inni, zmuszeni do jej opuszczenia, wychodzili w pojedynczych grupach po dwudziestu lub trzydziestu, które nasi żołnierze przywitali ostrzami szabli. Padali mężczyźni, kobiety, dzieci: a ci, którym udało się uciec od nas, wpadali w ręce Indian, którzy stali na tyłach za nami. Mówi się, że w forcie było około 400 dusz, a nawet pięciu z nich nie udało się uciec… Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
Profesor Rozbicki pisze: “W Massachusetts purytanie świętowali zwycięstwo, a jeden z ich dowódców wezwał do modłów za ‘wysłanie tego dnia 600 dusz do piekła’. Gubernator Bradford przyznał, że był to wprawdzie ‘straszliwy widok, oglądać ich smażących się w płomieniach oraz strumienie krwi wygaszające ogień’, ale konkludował, iż była to ‘słodka ofiara dla zwycięstwa, za które dziękowaliśmy Bogu.’
Z pomocą plemienia Narragansett Anglikom udało się w następnych miesiącach wyciszyć resztę pozostających przy życiu Indian Pequot. Między innymi otoczono duży ich obóz położony na bagnach w Connecticut, w którym zamieszkiwało blisko 80 wojowników oraz około 200 kobiet i dzieci. Na 30 mężczyznach, którzy się poddali, Anglicy dokonali egzekucji, a kobiety i dzieci zostały sprzedane jako niewolnicy. Doprowadzono w ten sposób do całkowitego niemal zniszczenia tego plemienia. (…) Z wydarzeń tych obie strony wyciągnęły  liczne wnioski. Anglicy zaakceptowali metodę eksterminacji jako najskuteczniejszą, nauczyli się także wykorzystywać antagonizmy między poszczególnymi plemionami indiańskimi do swoich celów, a przede wszystkim do zdobywania nowych terenów.”
Także Indianie zrozumieli, że tylko jednocząc swe siły z różnymi plemionami, mogą skuteczniej stawić czoła kolonistom. W 1675 roku doszło do kolejnych starć. Drobne incydenty prowadziły do poważniejszych rozlewów krwi. Anglicy zawiązali sojusz z plemionami Massachusetts i Cennecticut przeciw Indianom Wampanoag i – już niepotrzebnym im, a zawadzającym jedynie – Narragansettom.
Początkowo Indianie, dzięki swoim sprzysiężeniom, odnosili pewne sukcesy. Jednak w 1675 roku doszło do najbardziej okrutnego epizodu wojny. Anglicy, kierujący się starą strategią, otoczyli obóz Narragasettów i wymordowali około 500 osób, w tym głównie kobiety, dzieci i starców, jako że wojowniczy zdołali wcześniej salwować się ucieczką. Niemniej jednak w ręce Anglików dostał się wódz Canochet wraz z grupą wojowników, na których dokonano wkrótce egzekucji. Wodza zgładzono publicznie, rozrywając jego ciało końmi, a następnie ćwiartując. W tym samym roku Anglicy kilkakrotnie napadali na obozy Indian. W jednym przypadku zabijając ponad 100 kobiet, dzieci i starców; w innym zaś – 126 kobiet i dzieci oraz 26 wojowników.
Systematycznie doprowadzono do eksterminacji prawie wszystkich Indian Nowej Anglii, do czego walnie przyczyniły się choroby zakaźne. Wodza Indian Wampanoag, którego Anglicy nazwali “królem Filipem”, wzięto do niewoli i zabito, a jego głowę zatknięto na pal, gdzie straszyła wszystkich przez kilka lat.

Wirginia raz jeszcze oraz Maryland.
W połowie XVII wieku Anglicy zawarli przymierze z silnym plemieniem Susquehanna, zaopatrując ich w broń palną. Indianie ci stanowić mieli bufor przeciw zagrożeniu ze strony licznych i agresywnych Irokezów. Przez 20 lat było to skuteczne, jednak wskutek walk i chorób Susquehanni osłabli ma tyle, że przestali się liczyć. Wtedy Anglicy weszli w przymierze z Irokezami, czyniąc ich ponadto zwierzchnikami nad Susquehennami, swoimi niedawnymi sojusznikami.
W latach 1654-1675 stale dochodziło do śmiertelnych incydentów. Indianie prowadzili aktywną partyzantkę. W 1675 roku milicja Wirginii i Marylandu otoczyła fort indiański. Przywódcy wezwali wodzów do pokojowych rozmów, gwarantując im bezpieczeństwo. Kiedy rokowania nie przyniosły oczekiwanych dlań rezultatów, pięciu wodzów pozbawiono życia ciosami w głowę. Mimo tego Indianie nie poddali się i przez wiele tygodni bronili fortu. W końcu zdołali zeń zbiec. W obawie przed odwetem Indian za ten jawnie zdradziecki podstęp Anglików, zorganizowano coś w rodzaju pokazowego procesu winowajców zabójstwa indiańskich wodzów. Wszystkich jednak uniewinniono lub skazano na symboliczną grzywnę. Oczywiście, osadnicy byli przeciwni uznania kapitana milicji winnym śmierci Indian. Mało tego – uznali, że należy go skazać za to, że pozwolił zbiec pozostałym.
Tym samym skończyły się wszelkie skrupuły i odtąd atakowano już wszystkich Indian bez wyjątku – sprzymierzonych czy niesprzymierzonych, przyjaźnie nastawionych, czy też wrogo – było to bez większego znaczenia. Tym bardziej, że potrzebowano nowych terenów pod uprawę i osiedlanie.

Obie Karoliny.
Na terenach tych rozprawa z Indianami odbyła się nico później, niż na północy, bo w pierwszych dekadach XVIII wieku, ale przebiegała bardzo podobnie. Poszczególne plemiona indiańskie wykorzystywano w przetargach – czy to z innymi Indianami, czy to z Francuzami lub Hiszpanami. Przymierza szybko się kończyły, kiedy już były zbędne i dochodziło wtedy do krwawych rozpraw, w których ginęły setki Indian i kolonistów. Liczebność niektórych plemion została zredukowana do kilkudziesięciu osób. Nic dziwnego, skoro dyrektywy białych brzmiały następująco: “zniszczyć całkowicie osady i fizycznie zlikwidować Indian”.

Georgia i Pensylwania.
Stany te były wyjątkami. W Georgii dbano o dobre stosunki z Indianami, dzięki czemu zdołano uniknąć wojen. Podobnie było w Pensylwanii, rządzonej przez pacyfistycznie nastawionych Kwakrów. Dość skutecznie unikano konfliktów szanując godność Indian, dotrzymując umów i nie zagarniając, a wykupując od nich ziemię. Niestety, obraz popsuli nieco nowi osadnicy, których można obarczyć winą za kilka gwałtownych starć (masakra Indian Conestoga w 1763 roku).

5. NIE TYLKO WOJNY
Należy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że do wyginięcia Indian Wschodniego Wybrzeża przyczyniły się nie tyle wojny (choć o nich, ze zrozumiałych względów historycznych, mówi się najwięcej), co głównie choroby, które zostały przywleczone na kontynent amerykański przez Europejczyków, a na które tubylcy nie byli uodpornieni. Tymi chorobami zakaźnymi były najczęściej tyfus, grypa, ospa i dyzenteria. Wskutek epidemii wyginęły niemal całkowicie liczne plemiona zamieszkujące Florydę. W Nowej Anglii, do połowy XVIII wieku zmarło z powodu chorób prawie 80% populacji Indian (w niektórych plemionach choroby spowodowały śmierć niemal wszystkich jego członków). Ospa wyniszczyła też połowę licznego plemienia Cherokee.
Specyfika przenoszenia tych chorób nie wymagała kontaktu osobistego między ludźmi. Wymieniano towary. Zarazki były przenoszone szczególnie przez koce i czajniki. Odbywało się to bez aktywnego, świadomego udziału kolonistów (choć i od tego zdarzały się wyjątki).

6. WZAJEMNE WPŁYWY KULTUROWE
Wpływ Anglików, czy też – ujmując rzecz ogólnie – białych, na kulturę Indian był ogromny. Gdybyśmy chcieli zachować ton tragiczny i ironiczny zarazem, to moglibyśmy uznać, że wpływ ten był ogromny, ale polegał głównie na tym, że kultura indiańska została wskutek tego zetknięcia prawie że unicestwiona. Innymi słowy: największy wpływ polegał na tym, że kultury Indian uległy prawie całkowitej destrukcji. (Proces ten postępuje zresztą do dzisiaj.) Jeśli zaś chodzi o tych, którzy przeżyli, to w sferze kultury materialnej przejęli oni od Anglików wiele narzędzi i sprzętów, jak również broń palną, czy też np. alkohol, na który Indianie reagowali bardzo gwałtownie – był on dla nich szczególnie wyniszczający. Warto też wspomnieć tu o koniach, których Indianie wcześniej nie znali. Zwierzęta te wywarły szczególnie duży wpływ na styl życia Indian Wielkich Równin.
Jeśli zaś chodzi o działalność misyjną (tak ważną na zachodnich obrzeżach Ameryki Północnej), to nie miała ona większego znaczenia w stosunkach białych a Indianami na terenach wschodnich brytyjskich kolonii w Ameryce. (Choć, oczywiście, niektóre grupy tubylców przyjmowały tu chrześcijaństwo.)
Natomiast wpływ kultury indiańskiej na angielską en bloc był niewielki (pominąwszy fakt zapoznania się Europejczyków z uprawami ziemniaków, kukurydzy czy tytoniu).
Jednakże, dość ochoczo Anglicy przyjmowali od Indian niektóre metody, które wcześniej uważali za barbarzyńskie, jak np. skalpowanie, czy pewne rodzaje tortur (także partyzanckie metody prowadzenia wojny). Władze kolonialne płaciły swego czasu za skalpy “wrogich” Indian, ustalając nawet (makabryczny w swej istocie) cennik na tego rodzaju “usługi”. I tak np. za skalpy mężczyzn od lat 12 płacono 100 funtów, ale za skalp dziecka od 10 do 12 lat, już tylko 10 funtów.

7. “BIALI” INDIANIE
Bardzo ciekawy był fenomen tzw. “białych” Indian, czyli Europejczyków, którzy asymilowali się żyjąc wśród tubylców. Wśród pozostałych kolonistów wzbudzali oburzenie i nazywani byli zdrajcami.
Na początku byli to handlarze i traperzy, którzy zmuszeni byli przez dłuższy czas przebywać na pustkowiach wśród Indian. Żenili się więc z Indiankami, mieli z nimi dzieci. Niestety, nie okazywali się zbyt dobrymi “ambasadorami” kultury angielskiej, będąc zwykle tzw. wyrzutkami społecznymi (skazańcy, awanturnicy, uciekinierzy…). Byli wszak i tacy, którzy świadomie wybierali życie wśród Indian. Jednakże najciekawszy – jeśli nie fascynujący – jest przypadek tych, którzy zostali przez Indian porwani i przez nich zaadoptowani. Co zdumiewa najbardziej, to fakt, że odmawiali oni powrotu do świata białych, kiedy pojawiała się taka możliwość.
Profesor Rozbicki stara się ten fenomen wyjaśnić następująco: “Atrakcyjność życia wśród Indian obejmowała, jak się wydaje, kilka aspektów ich kultury: łagodne i troskliwe traktowanie dzieci (bez kar cielesnych, które były na porządku dziennym wśród białych), oraz kobiet (do małżeństw z reguły nie przymuszano), dalej: kultywowanie  poczucia godności, lojalności, troska o wspólne dobro całej społeczności.”

Pozwolę sobie w tym miejscy przytoczyć jakże intrygujące spostrzeżenie samego Benjamina Franklina, wybitnego męża stanu, filozofa i naukowca, jednego z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Radziłbym kilkakrotnie przeczytać – i zapamiętać – ten cytat zwłaszcza tym, którzy bezkrytycznie przekonani są o wyższości wywodzącej się z Europy cywilizacji nad kulturą “dzikich”.
Oto słowa Franklina: “Gdy dziecko indiańskie, które zostało wychowane wśród nas, nauczone naszego języka i przyuczone do naszych zwyczajów, uda się w odwiedziny do swoich krewnych i pobędzie nieco z Indianami, to w żaden sposób nie da mu się już wyperswadować, aby powróciło… A gdy osoby białe, obojga płci, pojmane zostaną przez Indian i zamieszkują wśród nich przez pewien czas, to choćby zostały wykupione przez przyjaciół i traktowane przez nich z największą troskliwością, aby skłonić ich do pozostania wśród Anglików, w krótkim czasie zniechęcają się do naszego sposobu życia oraz do wysiłków i starań do tego potrzebnych, i przy pierwszej okazji uciekają do lasów, skąd nie sposób już ich odzyskać.”
Doprawdy, warto się nad tą wypowiedzią jednego z autorów Deklaracji Niepodległości zastanowić.

8. KONIEC
Do XIX wieku Indianie zamieszkujący wybrzeże atlantyckie zostali praktycznie wyniszczeni lub wyginęli od chorób, a ich niedobitki przestały się liczyć.

http://wizjalokalna.wordpress.com/tag/tryptyk-indianski/

sobota, 26 października 2013

***


Zamknęłam oczy,
zamknęłam usta,
wstrzymałam bieg.

Otworzyłam oczy,
otworzyłam serce,
otworzyłam duszę.

Słucham ciszy,
słucham natury,
słucham prawdy.
        *
Jestem częścią jedności,
widzę siostry me i braci
mam odwagę powiedzieć Mitakuye Oyasin

wtorek, 22 października 2013

dezyderat


Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj, jaki pokój może być w ciszy.
Tak dalece, jak to jest możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi.
Prawdę swą głoś spokojnie i jasno.
Słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, bo oni też mają swoją opowieść.
Jeżeli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny i zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.
Ciesz się zarówno swoimi osiągnięciami jak i planami.
Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek byłaby skromna, jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losów.
Zachowaj ostrożność w swoich przedsięwzięciach, świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty - wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.
Przyjmij pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości.
Rozwijaj siłę ducha, aby w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni, wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być powinien.
Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o jego istnieniu, czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twoje pragnienia: w zgiełku ulicznym, w zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą.
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwichrzonymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwym.

Tekst napisany przez indiańskiego poetę Maxa Ehrmanna, zarejestrowany w Bibliotece Kongresu USA w 1927 roku.

http://poema.pl/kontener/784-piesni-i-poezja-indian

poniedziałek, 21 października 2013

Indianie w językach świata 2


grecki - Ινδοί
gruxiński - Indians
gużarati - ભારતીયો
hebrajski - אינדיאנים
hindi - भारतीयों
hiszpański - indios
hmong - Khab
holenderski - Indiërs
indonezyjski - India
irlandzki - Indians
islandzki - Indians
japoński - インディアン
jawajski - wong-wong India
jidysz - ינדיאַנס
kannada - ಇಂಡಿಯನ್ಸ್
kataloński - indis
khmerski - ប្រជាជនឥណ្ឌា
koreański - 인도
kreolski - Endyen
laotański - ອິນເດຍ
litewski - Indai
łacina - Philoponus

Indianie a biali


1. AMERYKA BEZ INDIAN?
W opracowaniach naukowych zajmujących się historią brytyjskich kolonii w Ameryce, jeszcze 20 lat lat temu niemal całkowicie pomijano Indian. Zaledwie jedna praca na sto publikowanych, zajmowała się rodowitymi Amerykanami, jakimi przecież są Indianie. Poza tym, zazwyczaj pisano o wojnach, a więc tubylcy postrzegani byli tylko jako zawada na drodze rozwoju cywilizacji białych.
Zaś, jeśli już była o Indianach mowa, to opisywani byli oni przeraźliwie stereotypowo, bez uwzględnienia bogactwa i różnorodności ich kultur. Dopiero od niedawna historycy zaczęli zadawać jakże proste, ale zarazem jakże uderzające pytanie: Jak wyglądałaby historia brytyjskich kolonii w Ameryce bez Indian?
Nie sposób tego nie zauważyć, że ignorowanie Indian wynikało głównie z europocentrycznego nastawienia badaczy. Ów europocentryzm jest zakorzeniony bardzo głęboko i od stuleci wyznaczał stosunek, jaki mieli pierwsi odsadnicy do tubylców. Przede wszystkim, przekonani oni byli o bezwzględnej wyższości cywilizacji europejskiej nad jakąkolwiek inną. Swój świat “cywilizowany” przeciwstawiali niecywilizowanemu (ta dychotomia istniała już od czasów starożytnych), czyli “dzikiemu”, “barbarzyńskiemu”.
Rozbudowana została specjalna “idea dzikości” w Ameryce, która wyznaczała, regulowała i motywowała stosunek kolonistów do Indian. W wersji najbardziej prymitywnej oczerniała ich, przedstawiając jako ludożerców, “istoty o twarzach psów, ciałach bez głów, czy stopach z piętami do przodu”… etc. Wersja bardziej zracjonalizowana również sugerowała, że Indianie żyli w stanie podobnym zwierzętom, jako że nie nosili ubrań, nie zakładali miast (co było nieprawdą), no i oczywiście nie znali religii chrześcijańskiej. Nawet Deklaracja Niepodległości – do dzisiaj stawiana za wzór praw jednostki i obywatela – mówi o “bezlitosnych indiańskich dzikich”, wyłączając ich w ten sposób z korzystania z praw dla białych.

2. ZMIENNI BIALI
W XVIII wieku – zwłaszcza wśród ludzi wykształconych, bardziej uwrażliwionych humanistycznie, posiadających szersze horyzonty myślenia i zainteresowania – wyrażano się także przychylnie o Indianach, widząc w nich symbol oświeceniowej wiary w naturalne dobro człowieka i przyrody, często niestety kreując przy tym jeszcze jeden mit (idea tzw. noble savageJean-Jacques Rousseau), równie odległy od rzeczywistości, co mity indiańską rasę szkalujące. Jednakże zwracało to uwagę na tę ludzką stronę “innego”, doszukując się w nim cech pozytywnych. Poglądy szanujące Indian były jednak wyjątkiem. Te, niekiedy wzniosłe i ogólnie tolerancyjne postawy były w jaskrawej sprzeczności z postawą przeciętnego kolonisty, którego stosunek do Indian kształtowany był przez konkretną rzeczywistość i praktyczną walkę interesów. Nie był więc zbyt wysublimowany i zmieniał się często, w zależności od warunków.
Na początku kolonizacji, kiedy biali potrzebowali od tubylców żywności (bez tej pomocy by nie przeżyli) i później, kiedy z nimi handlowano (głównie skórami i futrem), Indianie byli w ich oczach sprzymierzeńcami. Ten okres był jednak bardzo krótki i trwał zaledwie kilkadziesiąt lat, na początku XVII wieku. Później, kiedy zaostrzyły się konflikty (chodziło przede wszystkim o zagarnianie przez coraz bardziej licznych białych ziemi), Indianin stawał się przeszkodą, wrogiem.

3. KRADZIEŻ
Zdarzały się w (nota bene purytańskiej) Nowej Anglii przypadki zabierania Indianom zapasów żywności (w zimie), okradania grobów Indiańskich. Łapano Indian i sprzedawano jako niewolników. Stosowano siłę, by zdobyć dobra należące do Indian. Nie uwzględniono praw tubylców do własności. Nie było mowy o stosowaniu równego prawa dla Indian i dla białych. Liczono przy tym, że uda się tubylców nie tylko podporządkować, ale i zmusić do pracy dla kolonistów. Indianie mieli jednak inna naturę – mniej uległą niż Murzyni – a jako tacy nie nadawali się na niewolników.

http://wizjalokalna.wordpress.com/tag/tryptyk-indianski/

sobota, 19 października 2013

pieśń



Pieśń
potoku rwącego
szybującego ptaka
zieleni drzew
miękkości trawy
woni kwiatów
światła gwiazd
ciepła słońca
wytrwałości skał
lekkości powiewu
skrzydeł motyla
gwałtowności burzy
butyy mustanga
dumy bizona
modlitwy wilka
bicia serca.

Pieśń upadków i powstań
ciszy i gwaru
pokory i brawury
trwania i przemijania
mądrości i niedoświadczenia
miłości i nienawiści
hojności i egoizmu
wzrostu i umierania
siły i słabości.

Pieśń
wiecznego kręgu.

Pieśń
życia.

wtorek, 15 października 2013

Wzrastanie- Nawrócenie Wędrującego Ducha


„Lubiłem zabijać ludzi. Lubiłem, bo miało to słodki smak, tak jakbym jadł coś słodkiego.”*
wódz Wędrujący Duch, osada Frog Lake, 1 kwietnia 1885 r.

- Polećmy nasze dusze Bogu! – wezwał ojciec Fafard.

Gromada wiernych pochyliła głowy w modlitwie. Niektórzy czuli, że ich czas się wypełnił. Obecny na Mszy Metys Karol Gouin, z zawodu cieśla, emanował spokojem. Właśnie zakończył spowiedź, oczyścił duszę z grzechów w obecności francuskiego misjonarza. Już się nie lękał...

Dobiegający zza okien kościoła łomot indiańskich bębnów, dzikie okrzyki zdawały się przybierać na sile. Nagle drzwi świątyni otwarły się z trzaskiem. Na progu stanął wysoki Indianin z karabinem w ręku. Jego twarz pokrywały barwy wojenne.

Był to wódz Indian Kri – Wędrujący Duch.

Czerwoni i Biali

Maleńka osada Frog Lake, na Terytoriach Północno-Zachodnich (obecnie kanadyjska prowincja Alberta) nagle znalazła się w oku cyklonu. Jeszcze niedawno jej nieliczni biali i metyscy obywatele żyli w przykładnej zgodzie z Indianami Kri z pobliskiego rezerwatu.

Kilka osób zatrudnionych było przez władze jako instruktorzy, uczący czerwonoskórych braci uprawy roli i hodowli bydła, pomagający im w pracach gospodarczych. Dodatkowo rząd przyznał subwencje na wzniesienie młyna i tartaku, co miało pomóc w usamodzielnieniu Indian. Ci ostatni mogli też liczyć na rządowe dostawy żywności, których dystrybucją zajmował się agent rezerwatu.

O rozwój duchowy mieszkańców osady troszczyli się misjonarze oblaci, 36-letni ojciec Leon Fafard, i o 10 lat młodszy przybysz z Francji, ojciec Feliks Marchand, którzy prowadzili również parafialną szkołę.
Panujący stan równowagi zakłóciło osiedlenie się w rezerwacie licznej grupy Indian Kri z Równin pod wodzą Dużego Niedźwiedzia. Niedawni koczownicy rychło popadli w spory zarówno ze swymi osiadłymi ziomkami, jak i z mieszkańcami Frog Lake.

Rebelia

Tymczasem z okręgu Saskatchewan napłynęły niepokojące wieści. Zamieszkujący ten rejon Metysi (potomkowie Francuzów i Indian) znaleźli się w ostrym sporze z rządem federalnym. Metysi mieli swoje głębokie racje, bronili swej kultury i tożsamości, na które nastawała bezduszna władza. Ich nieszczęściem było, że na czele protestu stanął zawodowy polityk, szczwany demagog i „prorok” religijnej sekty, niejaki Ludwik Riel.

Riel, osobnik utalentowany acz niekiedy zdradzający objawy zaburzeń psychicznych, nie uznawał kompromisów; rozpoczął prawdziwą rewolucję. Na wiosnę 1885 r. ogłosił utworzenie niezależnego rządu metyskiego z siedzibą w Batoche. Niepodzielną władzę w państwie Metysów sprawować miała sekta, której Riel był „prorokiem”. Sekciarze rozpoczęli bezprawne aresztowania swych przeciwników, w tym miejscowych księży. Przybyły na miejsce zamieszek oddział Północno-Zachodniej Policji Konnej wpadł w dobrze zorganizowaną zasadzkę; polała się krew. Na kanadyjskich preriach wybuchła wojna.

Wielki Czwartek w Frog Lake

Doniesienia o buncie Metysów, a zwłaszcza o porażce policyjnych „czerwonych kurtek”, wywołały entuzjazm wśród koczowników Dużego Niedźwiedzia. Wieczorem 1 kwietnia 1885 r. w rezerwacie złowrogo załomotały bębny. Szczególnie jątrzącą rolę odegrał Wędrujący Duch, wódz wojenny Kri z Równin. Z nostalgią wspominał „słodki smak” zabijania, zapowiadał, że nazajutrz uda się do Frog Lake skosztować „dwunożnego mięsa”.

Wielu Indian, szczególnie osiadłych Leśnych Kri, kategorycznie odmówiło przyłączenia się do awantury. Jednak spora grupa wojowników, po całonocnych pląsach, ruszyła z Wędrującym Duchem i Dużym Niedźwiedziem na Frog Lake.

Wpadli do osady w godzinach rannych. Rozpoczęli grabież sklepów i prywatnych domów. Mieszkańcy schronili się w kościele.

Był Wielki Czwartek, 2 kwietnia 1885 r. Ojciec Fafard, przeczuwając najgorsze, wezwał do modlitwy. Niedługo potem Indianie wdarli się do świątyni. Wielu było pijanych alkoholem zrabowanym w sklepach. Brutalnie bijąc kolbami wiernych popędzili ich w stronę rezerwatu. Podobno Duży Niedźwiedź nie chciał dopuścić do najgorszego. Ale Wędrujący Duch był żądny krwi...

Słodycz zabijania

Pierwszy umarł Tomasz Quinn, agent rezerwatu, Metys ożeniony z Indianką. Powaliła go kula z winchestera Wędrującego Ducha; inny wojownik dobił go strzałem w głowę.

Potem śmierć zabrała Karola Gouina, cieślę, również Metysa. Towarzysze niedoli zapamiętali jego nadzwyczajny spokój, po spowiedzi jaką odbył u ojca Marchanda.

Trzeci zginął Jan Gowanlock, kupiec. Przybył do Frog Lake niedawno, planował zbudować tu młyn.
Powietrze pachniało prochem, wciąż rozlegał się grzmot wystrzałów. Śmiertelnie ranny Jan Delaney – instruktor rolny i przyjaciel Indian - teraz umierał w ramionach żony. Obok przyklęknął ojciec Leon Fafard, odmawiając modlitwę za konających. Pani Teresa Delaney ujrzała, że stojący tuż obok czerwonoskóry unosi strzelbę do ramienia. Była przekonana, że ta kula przeznaczona jest dla niej.

Zacisnęła powieki...

Usłyszała strzał, a potem łoskot walącego się ciała. Otwarła oczy. To padł ojciec Leon trafiony w plecy. Zaraz potem inny napastnik wypalił mu z rewolweru w głowę.

Drugi z misjonarzy, zaledwie 26-letni ojciec Feliks Marchand stanął w obronie napastowanej kobiety. Zasłonił ją własnym ciałem. Wędrujący Duch podbiegł do niego, podniósł karabin, wycelował. Ojciec Feliks osunął się na kolana. Modlił się... Strzał rzucił nim o ziemię, kula rozerwała gardło. Umierał długo, w męczarniach.

Kule zabójców dosięgły Jana Williscrafta – zakrystianina rodem z Irlandii; następnie sprzedawcę Williama Gilchrista i kupca Jerzego Dilla.

Z rezerwatu nadbiegła większa liczba Indian. Byli przerażeni krwawym dramatem. Jakoś zdołali powstrzymać Wędrującego Ducha i jego szaleńców; zdołali uratować 70 białych i metyskich sąsiadów. Niestety, dla dziewięciu pomoc przybyła zbyt późno.

Ognisty jeździec

Napastnicy złupili kościół, rozbili tabernakulum, znieważyli Najświętszy Sakrament. Ocaleli mieszkańcy z największym szacunkiem pozbierali porozrzucane i podeptane Hostie.

W Wielką Niedzielę najeźdźcy wycofali się z Frog Lake. Przed odejściem podpalili kościół. Świadkowie opowiadali, że ognista łuna i chmura dymu z płonącej świątyni przybrały postać krzyża, który następnie przeistoczył się w jeźdźca. Wielu czerwonoskórych odczytało to jako zły omen. Podniebny jeździec miał surowe oblicze.

Grupa Dużego Niedźwiedzia pospieszyła na spotkanie wojsk Riela, znacząc swój szlak pożogą i rabunkami. Grabili zarówno białych, jak i czerwonoskórych. Nie wpłynęło to korzystnie na poparcie dla rebelii. Ogromna większość Indian Kanady, na czele z potężnym plemieniem Czarnych Stóp, odmówiła przyłączenia się do walki. Sekciarstwo „proroka” Riela zraziło do jego sprawy również katolickich Metysów. Indiańscy i metyscy rebelianci zdołali wystawić zaledwie pięć setek zbrojnych. Po kilku potyczkach z wojskiem poddali się.

Odkupienie

Podczas buntu zginęło ogółem 104 osoby**. Późniejsze represje nie były masowe, jednak kilkudziesięciu przywódców rewolty oraz uczestników napadów na ludność cywilną stanęło przed sądami. Ludwik Riel został uznany winnym zdrady Korony i skazany na śmierć. Przed egzekucją pojednał się z Bogiem i odwołał swe heretyckie błędy. Zginął na szubienicy 16 listopada 1885 r. Klapa zapadni otwarła się w momencie, gdy Ludwik ze spokojem odmawiał Pater noster.

Jedenaście dni później stracono ośmiu Indian winnych morderstw cywilów, w tym sześciu uczestników masakry w Frog Lake. Indiańscy skazańcy wystąpili odważnie, śpiewając wojenne pieśni i wznosząc okrzyki przeciw białym. Tylko jeden zachował milczenie. Był to Wędrujący Duch.

Wojenny wódz Kri z Równin szedł na spotkanie ze śmiercią w ciszy, zamyślony, jakby nieobecny. Nie był już tym samym człowiekiem, który kiedyś zachwycał się słodyczą zabijania; który poprowadził swych ziomków do rabunków i mordów. W więziennej celi doznał łaski nawrócenia. Po serii rozmów z kapelanem przyjął chrzest jako wierny Kościoła rzymskokatolickiego. Otrzymał imię Józef.

Teraz wstępował na stopnie szubienicy, ze spokojem przyjmując zasłużoną karę. Miał świadomość, że łaska chrztu zmyła zeń całe popełnione zło.

http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1131/wzrastanie-nawrocenie-wedrujacego-ducha/?print=1

poniedziałek, 14 października 2013

dzień z życia Nawaho


Rose sprzedaje ostatni tego dnia przedmiot wykonany rękami Nawahów. Słońce późnego popołudnia domalowuje Wielkiemu Kanionowi w amerykańskim stanie Arizona różowe pasy. Jej stragan, znajdujący się przy drodze do Kanionu- najwspanialszego cudu natury, a Ameryce Północnej- daje niezłe dochody.
Na stole przed Rose leży duży wybór srebrnej biżuterii z turkusami. Wzory są tradycyjne i nowoczesne. Wyroby Nawahów można uważać za symboliczne dowody przenikania się tradycji wszystkich Amerykanów, zarówno rdzennych, jak i przybyłych tu niegdyś zza oceanu.

Rose ma na sobie pulower i spodnie, jej synek Chuck, ubrany w T-shirt i dżinsy, manipuluje przy własnym radiu stereofonicznym. Rose dorastała w rezerwacie, wśród ludzi, którzy nie dostosowali się jeszcze do stylu życia narzucanego im przez obcych.
Ziemie rezerwatu, pozostawiony Nawahom skrawek płaskowyżu, nie mogły zapewnić temu półkoczowniczemu ludowi takiej egzystencji, jaka była ich udziałem w przeszłości – gdy na rozległych obszarach wypasali swoje stada.

Życie jest teraz w pewnym stopniu łatwiejsze. Kongres uznał prawa rdzennych Amerykanów do samostanowienia
i posiadania własnej ziemi. Wielu z nich znajduje pracę poza rezerwatami. Jednak wielu Nawahów wraca do rezerwatów,
w których można znaleźć coraz więcej zajęć.
Mąż Rose, Jack, jest kierowcą na dużej farmie nastawionej na hodowlę bydła. Otrzymują także niewielki dochód z udziałów w kopalni minerałów, wydzierżawionej działających na ziemiach Nawahów spółkom z zewnątrz; przemysłowcy mogą tę ziemię jedynie dzierżawić, nigdy nie będą mieli prawa jej wykupić.

Rose i Jack zbudowali w rezerwacie schludny drewniany dom. Nawahowie wierzą, że ziemia jest istotą żywą – gdy się
z niej coś wydziera, to jakby się niszczyło część siebie. Chronią więc tę jałową ziemię i łąki przed nadmierną eksploatacją.
W ich domu nie ma instalacji wodnej ani łazienki. Wodę dowozi im cysterna, a sanitariat zbudowany jest na zewnątrz.

Wieczorami Rose wyrabia biżuterię. Opowiada przy tym synkowi – w języku Nawahów – legendy o sławnych wodzach swego plemienia i o duchach gór. Chuck zna je także ze szkoły, której nauczyciele i uczniowie są rdzennymi Amerykanami. Program nauczania jest zbliżony do tego, jaki przerabiają uczniowie szkół publicznych. Rose żywi nadzieję, że pewnego dnia jej syn wstąpi na jakaś uczelnię, lecz nie zatraci tożsamości Nawaha.
Gdy Chuck jest już w łóżku, Rose i Jack mają wreszcie trochę czasu na rozmowę. Zastanawiają się, w jaki sposób naród Nawahów mógłby najkorzystniej gospodarować swoją ziemią w nowoczesnym świecie. Wygrali już wiele bitew o zachowanie swych praw i terytorium.

http://www.whynotfly.pl/dla-podroznikow/ciekawe-oblicze-swiata/art,7,dzien-z-zycia-rodziny-indian-nawaho.html