środa, 7 września 2011
TASHUNCO WITKO
WODZU OGLALA TWE ŻYCIE NAZNACZONE BYŁO BÓLEM I SMUTKIEM. TWE SERCE PRZEBIJAŁ SZTYLET, GDY WIDZIAŁEŚ, JAK DEPCZĄ RWĄ PLEMIENNĄ ZIEMIĘ. TY NIGDY SIĘ NIE PODDAŁEŚ. ZOSTAŁEŚ WIERNY DO KOŃCA. WIECZNIE ŻYWY W SERCACH TYCH, KTÓRZY CIĘ KOCHAJĄ I NA WIEKI NIESKAZITELNY. NIECH TWÓJ DUCH STRZERZE PLEMIENIA LAKOTA I WSZYSTKICH INNYCH INDIAŃSKICH PLEMION.
wtorek, 6 września 2011
poniedziałek, 5 września 2011
niedziela, 4 września 2011
Tańce kobiece na powwow
W tańcach kobiecych najwyżej ocenia sie grację ruchów, zgodność z rytmem i wytrzymałość. Najlepsze powwow odbywają się na południu, dlatego przedstawione tu bedą głównie tańce w stylu południowym
Southern Buckskin
Ruchy tancerki powinny być powolne i dostojne. Frędzle powinny naprzemiennie rytmicznie kołysać sie w przód i w tył. Niedopuszczalne są gwałtowne ruchy
Southern Cloth - Południowa Tkanina
Jingle - dzwonki
Tego tańca nie może zabraknąć na żadnym powwow. Strój z tkaniny ozdobiony jest krótkimi frędzlami z grubej tasiemki, a do każdego z nich przymocowany jęst tzw. dzwonek, czyli stożek metalowy. W tańcu dzwonki uderzają o siebie w takt ruchów tancerki, wydając charakterystyczny dźwięk. Najwyżej oceniana jest zgodność ruchów tancerki z bębnem oraz tzw. "footwork" czyli praca nóg.Stroju dopełnia torebla lub obręcz z rozetką, bandana na szyi. Włosy ciasno spięte albo splecione bez wiszących ozdb, które mogłyby urwać się w czasie tańca albo nieładnie wyglądać przy podskokach.
Kiowa Style
Taniec ten pojawił się kilka lat temu na powwow i wciąż budzi kontrowersje, wywodzi się jednak z tradycji dużo starszej. W narodzie Kiowa istniało paramilitarne stowarzyszenie wyłącznie kobiet - kobiety Niedźwiedzie. mogły one nosić męską broń i pióropusze.Suknia i reszta stroju jak w Southern Buckskin(patrz wyżej). Zamiast wachlarza i
torebki - lanca.
http://quilla.republika.pl
sobota, 3 września 2011
(NASI MŁODZI LUDZIE NIE POWINNI PRACOWAĆ)
Nasi młodzi ludzie nie powinni pracować.
Ludzie, którzy pracują, nie mogą śnić,
a mądrość przychodzi do nas w snach.
Chcesz, abym orał ziemię.
Czy mam wyjąć nóż i rozedrzeć swojej matce pierś?
Wtedy, gdy umrę, nie przyjmie mnie do swego łona,
abym odpoczął.
Chcesz, abym kopal w poszukiwaniu kamieni.
Czy mam przekopać się przez jej skórę
i wyciągać jej kości?
Wtedy, gdy umrę, nie będę mógł wejść do jej ciała,
aby narodzić się ponownie.
Chcesz, abym ścinał trawę, robił siano i je sprzedawał,
i był bogaty jak biali ludzie.
Ale jakże bym śmiał obciąć włosy swojej matce?
Wszyscy umarli powrócą do życia.
Musimy czekać w domu naszego ojca
i być gotowi na spotkanie go w ciele naszej matki.
piątek, 2 września 2011
SKĄD WZIĘŁO SIĘ ZAWINIĄTKO Z BOBROWYM LEKIEM - SARSI
Dawno, dawno temu myśliwy zobaczył w pobliżu jeziora duże stado bizonów. Zostawił więc konia w lesie, a sam schował się w jakimś dole. Kiedy bizony się zbliżyły, zabił jednego z nich, bardzo tłustego. Przewrócił martwe zwierzę na wznak, wypatroszył je, wyciął część mięsa i odłożył je na bok. Odwrócił zdobycz na drugą stronę, wykroił i odłożył dalsze części mięsa, odciął nogi i wyłamał żebra.
Kiedy tak był zajęty na brzegu jeziora oporządzaniem i ćwiartowaniem bizona, z wody wyszła olbrzymia ryba, z rogiem na głowie, i zaczęła krążyć wokół niego.
— Nie bój się mnie, synu — powiedziała. — Czy widzisz tę chmurkę wysoko na niebie? To są ptaki piorunów. Chcą mnie upolować, a ponieważ lękają, się ludzi, przyszłam tutaj, abyś mnie obronił.
W chwilę potem ptaki piorunów zniżyły się ku ziemi i przemówiły do myśliwego:
— Odejdź stąd, synu, chcemy zjeść wieloryba. Dlaczego uciekł się pod twoją opiekę?
— Nie zabijajcie go — odparł myśliwy. — Prosił mnie o pomoc.
Na to ptaki odpowiedziały:
— Synu, wieloryb nie ma takiej władzy jak my.
— Nie wierz im, synu — wtrącił się wieloryb. — Stworzenia żyjące na ziemi są mocniejsze od tych, które mieszkają na niebie. Nie mogą przecież zostać wśród ludzi. Jeżeli mnie im oddasz na pastwę, utoniesz kiedyś w malej kałuży. Ale jeżeli mnie ocalisz, otrzymasz w nagrodę zawiniątko.
— Synu! — odezwały się ptaki. — Jeżeli nam oddasz tę wielką rybę, będziesz miał zawsze w życiu wszystko, czego zapragniesz.
Myśliwy słuchał uważnie zarówno wieloryba, jak ptaków i zastanawiał się nad ich słowami. Wreszcie odparł:
— Lituję się nad wielorybem, ale wam także okażę życzliwość. Darujcie życie wielorybowi i weźcie sobie zamiast niego mięso tłustego bizona, którego upolowałem.
— Przykro nam, ze odbieramy ci to mięso, ale zgadzamy się oszczędzić życie wieloryba, skoro o to prosisz.
Na chwilę wzbiły się w powietrze i nagle spadły znów na ziemię, by porwać mięso.
Gdy ptaki odleciały do nieba, wieloryb znów przemówił do myśliwego wskazując mu żołądek młodego bizona.
— Zrób woreczek według tego wzoru. Napełnij go tak, jak ci polecę. Za to, ze mnie uratowałeś od śmierci, będę ci pomagał do końca twoich dni.
Myśliwy odprowadził wieloryba do jeziora. Przed zanurzeniem się w wodzie wieloryb rzekł:
— Odtąd wrzucaj zawsze do jeziora cos na ofiarę dla mnie. Wracaj teraz do domu i sporządź zawiniątko. Włóż do niego po jednej skórze każdego gatunku żyjących na świecie stworzeń. Dosyp trochę tytoniu i trzymaj zawsze w woreczku garść jagód dla mnie na pokarm. Po wewnętrznej stronie ozdobisz worek moim wizerunkiem, a po zewnętrznej — wizerunkiem ptaków pioruna. Nie zapomnij żadnego z moich poleceń i nigdy nie odstępuj zawiniątka innemu plemieniu.
Wieloryb, zanim odpłynął, zaśpiewał jeszcze dla niego pieśń bobra.
Myśliwy zrobił więc bobrowe zawiniątko według wskazówek wieloryba, a przed śmiercią przekazał je innemu mężczyźnie ze swojego plemienia. Tym sposobem przekazywali je odtąd Indianie Sarsi z pokolenia na pokolenie.
czwartek, 1 września 2011
Chmurka czeka na operacje
Od 10 lat zajmujemy się obroną praw zwierząt. Przez te lata spotkaliśmy się z różnymi przypadkami przemocy wobec zwierząt, mimo to dalej zdumiewa nas fakt jak okrutny potrafi być człowiek.
Kilka dni temu otrzymaliśmy informację o porzuconej kucyczce. Nie wiemy ile ma lat ani jak ma na imię. Wiemy tylko, że jej były właściciel zostawił ją w hodowli, aby została pokryta przez ogiera i już się po nią nie zgłosił. Przez ostatnie dwa miesiące nikt się nią nie interesował – błąkała się na podmokłej błotnistej łące i żyła tym, co udało jej się tam znaleźć…
Ten mały konik cierpi na przykurcz przednich kończyn – przykurczone ścięgna spowodowały deformację przednich nóg, co bardzo utrudnia jej poruszanie się i sprawia przeszywający ból. Kiedy zabieraliśmy kucyczkę do siebie była skrajnie wychudzona, zaświerzbiona i odwodniona. Wszystko wskazuje na to, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Ale pomimo całego zła, którego doświadczyła z ufnością patrzy w stronę człowieka. Jest bardzo dzielna. Jedyną nadzieją jest dla niej operacja, która niestety jest bardzo kosztowna. Chcielibyśmy, żeby jej życie było wolne od cierpień. Nie wiemy, czy uda się jej utrzymać ciążę, ale możliwe, że urodzi zdrowego źrebaka.
Ten mały konik cierpi na przykurcz przednich kończyn – przykurczone ścięgna spowodowały deformację przednich nóg, co bardzo utrudnia jej poruszanie się i sprawia przeszywający ból. Kiedy zabieraliśmy kucyczkę do siebie była skrajnie wychudzona, zaświerzbiona i odwodniona. Wszystko wskazuje na to, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Ale pomimo całego zła, którego doświadczyła z ufnością patrzy w stronę człowieka. Jest bardzo dzielna. Jedyną nadzieją jest dla niej operacja, która niestety jest bardzo kosztowna. Chcielibyśmy, żeby jej życie było wolne od cierpień. Nie wiemy, czy uda się jej utrzymać ciążę, ale możliwe, że urodzi zdrowego źrebaka.
Do tej pory zawsze udawało nam się pomagać ratowanym przez nas zwierzakom. Wierzymy, że i tym razem, dzięki Waszej pomocy, trafi do naszego stada koń, o którym wszyscy chcieliby zapomnieć. Wielu ludzi zastanawia się czy warto ratować chore konie? My wiemy, że warto, ponieważ dzięki temu pokazujemy inne spojrzenie na wartość życia zwierząt.
Dlatego prosimy Państwa o pomoc dla małej kucyczki. Operacja obu nóżek to koszt ok. 3000 złotych. Jeśli nie uda nam się przeprowadzić tej operacji jak najszybciej- kucyczka nie ma szans na przeżycie.
Możesz wspomóc akcję ratowania kucyczki poprzez wpłatę na konto :
Bank DnB Nord 11 1370 1109 0000 1706 4838 7308
Więcej informacji można znaleźć na naszych stronach internetowych oraz pod numerami telefonów:
Biuro 22 349 97 74
Joanna 797 649 508
www.ratujkonie.pl
Igraszka i Psikus czekają na naszą pomoc !!!
Obecni właściciele kupili Igraszkę razem ze źrebaczkiem. Szybko jednak okazało
się, że klaczka jest poważnie chora i nie będzie mogła pracować w rekreacji.
Lekarz weterynarii zdiagnozował ROA. Konie z tą chorobą mogą żyć normalnie, ale trzeba zapewnić im odpowiednie warunki i otoczyć je szczególną opieką.
Niestety właściciel nie chce jej utrzymywać. Według niego koń, który na siebie nie zarabia jest darmozjadem. Postanowił sprzedać Igraszkę do rzeźni, bo tak najłatwiej pozbyć się chorego konia.
Żona właściciela bardzo polubiła Igraszkę i nie chciała zgodzić się na jej oddanie do ubojni. Dostała od męża miesiąc na znalezienie nabywcy, ale nikt nie chce kupić konia, którego trzeba leczyć.
się, że klaczka jest poważnie chora i nie będzie mogła pracować w rekreacji.
Lekarz weterynarii zdiagnozował ROA. Konie z tą chorobą mogą żyć normalnie, ale trzeba zapewnić im odpowiednie warunki i otoczyć je szczególną opieką.
Niestety właściciel nie chce jej utrzymywać. Według niego koń, który na siebie nie zarabia jest darmozjadem. Postanowił sprzedać Igraszkę do rzeźni, bo tak najłatwiej pozbyć się chorego konia.
Żona właściciela bardzo polubiła Igraszkę i nie chciała zgodzić się na jej oddanie do ubojni. Dostała od męża miesiąc na znalezienie nabywcy, ale nikt nie chce kupić konia, którego trzeba leczyć.
Pani Marta szybko straciła nadzieję na to, że uda jej się znaleźć nowy dom dla klaczy. Nie widząc nigdzie ratunku napisała do nas e-maila z prośbą o pomoc. Ta prośba bardzo nas poruszyła i dlatego chcielibyśmy z Państwa pomocą odkupić Igraszkę i jej dziecko. Nie chcemy ich rozdzielać – Psikus jest jeszcze malutki i jak każde dziecko potrzebuje matki.
Potrzebujemy 2800 złotych, aby zabrać Igraszkę i Psikusa do naszego stada.
Dostaliśmy czas do 5 września na uzbieranie pełnej kwoty.
Zwracamy się z gorącą prośbą o pomoc.
Możesz wspomóc akcję ratowania Igraszki i Psikusa poprzez wpłatę na nasze konto :
Bank DnB Nord 11 1370 1109 0000 1706 4838 7308
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva! ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa
Więcej informacji można znaleźć pod numerami telefonów:
Biuro 22 349 97 74
Ilona 797 649 508
Dominika 797 649 509
Taniec Słońca
Wyrzeczenia, umartwianie się czy udręki wiążące się tak często z indiańskimi tańcami są ofiarą składaną mocom, którym poświęcony jest taniec. W Ameryce Północnej ofiara taka osiągnęła szczytowy wyraz w Tańcu Słońca. Rytuał związany z tym tańcem był najważniejszym obrzędem przystosowanym do zmieniającej się sytuacji ekonomicznej plemion Prerii i Równin, w którym – podobnie jak i w wierzeniach Indian tego obszaru – odnajdujemy ślady kultów agrarnych.
Tahca Ushte (Lame Deer – Kulawy Jeleń), czarownik Dakotów, pisze w swej książce pod tym samym tytułem, że Taniec Słońca jest najstarszą i najbardziej uroczystą z wielkich ceremonii. Uważa on tę ofiarę za oddanie się pod opiekę Wakan Tanka. Możliwe, że pierwotnie był to także rytuał płodności. Stanowi on tylko część wielkich dorocznych obrzędów, których przedmiotem jest ustąpienie Wielkiego Potopu, taniec bizona i ceremonia wtajemniczenia młodzieży, połączone w jedną całość.
Głównym celem tej uniwersalnej i charakterystycznej dla Indian Prerii i Równin uroczystości było duchowe i cielesne oczyszczenie przez torturowanie samego siebie, a sama tortura pewnego rodzaju samogloryfikowaniem się jednostki, przez co taniec wyrażał indywidualny stosunek Indian do sił najwyższych. Był to taniec umierającego i na nowo ożywającego słońca, taniec umierającej i odradzającej się siły męskiej, taniec dziękczynienia i ofiary składanej gwiazdom.
Sama ceremonia i częstotliwość jej wykonywania były różne w różnych plemionach. U jednych ludów Taniec Słońca wykonywano bardzo rzadko, u innych zaś gromadziła całe plemię raz na rok. Stanowiła ona najważniejsze wydarzenie dla tysięcy osób w czasie letniego przesilenia. Do tej ceremonii przygotowywano się przez cały rok. Organizowano ją przed rozpoczęciem polowań na bizony, kiedy preria obficie pokrywała się trawą i nie było kłopotów ze zdobyciem pożywienia.
Szczytowy rozwój Taniec Słońca przypadał na początek XIX w. i był związany z rozkwitem kultury Wielkich Równin. Obrzędu dokonywało około dwudziestu plemion Prerii.Wiadomo, że istniał on wśród plemion Arapaho, Cheyenne, Siksika, Cree, Dakota, Assiniboin, Mandan, Crow, Ponca, Omaha, Shoshoni, Ute, nie spotykano go jedynie u Paunisów i Wichite oraz u kilku południowych plemion z rodziny Sju. Szczególnie dużą wagę do obrzędu Tańca Słońca przywiązywali Dakotowie, Czejenowie i Arapahowie.
W celu odbycia ceremonii Tańca Słońca w określonym miejscu zbierało się całe plemię, co dawało poczucie jedności, umożliwiało zawieranie znajomości wśród młodzieży oraz wskazywało na siłę zjednoczonego w swym kole plemienia. W zwykłych obozach, w codziennym życiu, Dakotowie ustawiali tipi w równoległych szeregach, z wejściami do namiotu skierowanymi na wschód. Natomiast podczas uroczystości Tańca Słońca obóz rozbijano w kształcie dużego kręgu, do którego środka zwrócone były otwory wejściowe. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie organizacji plemiennej, gdzie wszyscy byli sobie równi, a także wzmacniało poczucie wspólnoty. Każdy ród miał swoje wyznaczone miejsce dla rozbijania tipi.
Według powszechnego zwyczaju obóz założony na obrzędy Tańca Słońca nie był nigdy atakowany nawet przez wrogie plemiona. Wszyscy czuli się wtedy całkowicie bezpieczni. Wokół obozu nie rozstawiano straży, ani nie wysyłano zwiadowców. Był to czas powszechnego zawieszenia broni.
O zgromadzeniu w celu odbycia Tańca Słońca w czerwcu 1876 r. tak mówił Siedzący Byk w rozmowie z księdzem Genin: „Nie przybyliśmy tam, by walczyć. Zabraliśmy ze sobą kobiety i dzieci. Chcielismy spotkania wszystkich plemion całego regionu, żeby ustanawiać prawa, zawierać rozejmy, odwiedzać się nawzajem, by umożliwić młodzieży poznanie się, co sprzyja zawieraniu małżeństw. Spotkaliśmy się, tak jak czynili to od pokoleń nasi ojcowie”.
W centrum obozu wznoszono duże tipi. W nim to specjalnie wybrani wojownicy przygotowywali sprzęty liturgiczne, ćwiczyli się w pieśniach, szamani wyjaśniali im znaczenie zbliżającej się uroczystości. Pozostali członkowie plemienia dzielili się na grupy, które zbierały drzewo dla wzniesienia specjalnej konstrukcji. Wokół niej odbywały się ceremonie religijne. Przygotowywano żywność na osiem-dziewięć dni. Niektóre potrawy miały również znaczenie rytualne. Myśliwi zdobywali nową skórę bizonią.
Ceremonie dzieliły się na tajne – dla wtajemniczonych, i publiczne, w których brało udział całe plemię.
Czterodniowe bezpośrednie przygotowania do obrzędów rozpoczynały się od wybrania i ścięcia świętego drzewa, które miało być wkopane w samym środku obozu. Pień tego drzewa był centralnym słupem dla okrągłego wspólnego domu obrzędów, budowanego w samym środku koła obozu z pali osłoniętych ścianami z wierzbowych gałęzi.
Wyboru i ścięcia świętego drzewa mogła dokonać tylko kobieta. Wierzono, że samo ścinanie stanowiło tak wielką świętość, że była ona wprost niebezpieczna. Dlatego zadanie to powierzano przeważnie brance z obcego plemienia, aby nie narażać na niebezpieczeństwo własnych kobiet. Przyniesione do obozu wysokie drzewo, które ustawiano w centrum konstrukcji, uczestnicy ceremonii witali krzykiem, strzelali ze strzelb. Najwyższy kapłan rozpoczynał modlitwy.
Następnego dnia mężczyźni ścinali mniejsze pale na okrągły szkielet budowli, a w trzecim dniu wszyscy zbierali wierzbowe gałęzie, z których pleciono ściany i dach. Kiedy ukończono budowę drewnianej konstrukcji, w której głównym elementem był słup, zawieszano na nim przedmioty o charakterze sakralnym. Towarzyszyły temu tańce wojowników. Przez cały czas długich pląsów tancerze nie otrzymywali napojów. W czwartym dniu rozpoczynały się właściwe uroczystości.
Po wcześniej odbytych postach i oczyszczeniach w saunie, próbie wytrzymałości poddawani byli dobrowolnie zgłaszający się, młodzi mężczyźni, by w ten sposób uzyskać prestiż i pozycję dojrzałych wojowników. Taniec ten był modlitwą, podzięką za doznane dobrodziejstwa lub prośbą o nie. Wielu mężczyzn uczestniczyło w obrzędach Tańca Słońca dla wypełnienia ślubowań złożonych w zamian za pomoc otrzymaną od sił nadnaturalnych. Święty taniec zbliżał człowieka do wszechobecnej natury, łączył go z nią w nierozerwalną całość. Udział w obrzędzie Tańca Słońca mogli brać tylko mężczyźni. Jeśli kobieta prosząc bóstwa o jakąś łaskę ślubowała odbycie tańca dziękczynnego, tańczył za nią jej mąż lub brat.
Uroczystości towarzyszyły uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam Taniec Słońca stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego mężczyźni poddawani byli próbom męstwa.
George Catlin (1796–1872), który obserwował uroczystość w 1834 r. w plemieniu Mandan swój opis rozpoczyna słowami: „Oh! Horribile visu – et mirabile dictu! Chwała Bogu, że to co widziałem już minęło, i że mogę o tym opowiedzieć światu”. Widowisko to wywarło na niestrudzonym wędrowcu i przyjacielu Indian, który przecież przywykł już do niejednego okropnego widoku, tak wstrząsające wrażenie, że kazał sporządzić oficjalny protokół podpisany przez trzech świadków potwierdzających, że jego zapiski odpowiadają prawdzie i że„nic nie jest dodane ani przesadzone”. Niemniej wstrząśnięci byli owi świadkowie oglądający ceremonie, Ernst von Hesse-Wartegg i inni.
Co jest aż tak strasznego w Tańcu Słońca? Otóż chodzi o sposób, w jaki wypróbowuje się męstwo młodych, o sposób odbywania pohk-hong, czyli dobrowolnych tortur.
Główna ceremonia rozpoczynała się specjalnym tańcem błagalnym, w trakcie którego patrzono na słońce, a po zachodzie słońca – na święte przedmioty zawieszone na centralnym słupie. Uczestnik obrzędu wchodził do domu obrzędów w towarzystwie starca, który był jego przewodnikiem i nauczycielem podczas całej ceremonii. Szaman przewodniczący obrzędom siedział w liściastej altance, ustawionej przy zachodniej ścianie budowli. Za nim wisiała drewniana kukła wyobrażająca potęgę Słońca.
Zgodnie z relacją Catlina, w sakralnym tipi stary szaman plemienia, pełniący rolę mistrza ceremonii, wyjaśniał najpierw zebranym znaczenie Tańca Słońca, potem zapalał obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad bólem. Pod ścianami tipi leżeli młodzi ludzie, których specjalnie przygotowywano do tego rytuału przez posty i bezsenność. Wśród zebranych znajdowali się odziani w ozdobne stroje wodzowie i szamani, pełniący niejako rolę sędziów, oceniających zachowanie się młodych wojowników. Ci najbardziej odporni na ból w przyszłości mogli otrzymać dowództwo w różnych niebezpiecznych wyprawach wojennych. Uważano, że wytrzymałość na ból jest oznaką posiadania przez człowieka nadprzyrodzonych mocy, co niejako upoważnia do przewodzenia innym.
Na polecenie przewodnika tancerz zdejmował ubranie, pozostawiając na sobie tylko przepaskę biodrową i mokasyny. Przewodnik malował jego ciało niebieską, czerwoną, żółtą i zieloną farbą. Ręce i nogi z reguły malowano na czerwono, natomiast niebieskie pasy przeciągnięte przez ramiona stanowiły znak niebios. Świeże wierzbowe gałązki przywiązywano do przegubów rąk i kostek u nóg. Potem wręczał mu świstawkę ze skrzydła orła.
W pewnej chwili w środku tipi zajmowali miejsca dwaj wojownicy, w tym jeden z nożem do skalpowania, drugi miał w ręku przygotowane zaostrzone drewniane kołeczki. Podchodzącym do nich młodym ludziom przebijano skórę, przez którą przeprowadzano kołki. Nacięcia te wykonywano po obu stronach pleców i piersi wojownika. Czasami nacięcia wykonywano od nadgarstków aż po barki. Obficie brocząca z ran krew tworzyła „szkarłatny koc” ofiarowany Wielkiemu Duchowi (np. Wakan Tanka u Dakotów). Do tych przewleczonych przez skórę drewienek podwiązywano dwa rzemienie. Niekiedy rzemienie przepychano bezpośrednio pod skórą narzędziem przypominającym szydło – nie stosowano wtedy drewnianych kołeczków.
Przy dźwiękach fletów, grzechotek i bębnów mężczyzna zaczynał rytmicznie tańczyć, to zbliżając się, to oddalając od słupa, do którego przywiązane były rzemienie. Tancerz ciągle zawodził modlitewne prośby, bez jedzenia i bez choćby kropli wody tańczył przez długie godziny, z reguły blisko dobę. Niekiedy na dany przez szamana znak podciągano rzemienie do góry, podrywając gwałtownie poddającego się próbie człowieka. Gdy jego ciało zawisło, do drewienek obserwatorzy przywiązywali i inne przedmioty (na przykład czaszki bizonów), co wzmagało ból, po czym tancerz znowu zostawał podniesiony do góry około dwóch metrów nad ziemię. Potem dochodziło do pomnożenia jego cierpień poprzez obracanie wiszącego ciała, by zmusić go do krzyku, który natychmiast przemieniał się w modlitwę do Ducha Słońca o opiekę w tej straszliwie próbie. Kiedy młodzieniec tracił przytomność (czyli stawał się „zupełnie nieżywy” lub „przechodził przez śmierć”), jego rytualni „oprawcy” odstępowali i na pewien czas zawieszali ciało nieruchomo nad ziemią. Na znak szamana opuszczano je na ziemię. Powracająca świadomość przynosiła wizje, będące osobistym przeżyciem Indianina. Torturowanie miało na celu uwolnienie się od wszystkich powpinanych w ciało przedmiotów. Torturowanemu nie wolno było pomagać. Przez cały czas pozostawał pod opieką sił nadprzyrodzonych, które same wyprowadzały go ze stanu omdlenia. Potem pomocnicy szamana uwalniali go od rzemieni. Po odzyskaniu przytomności tancerz Słońca musiał pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia ku czaszce bizona, gdzie siedział inny szaman. Trzymał on w ręku toporek. Tancerz pragnął złożyć dodatkowy dar siłom nadprzyrodzonym: był nim mały palec lewej ręki, który mu odcinano.
„Niewzruszony spokój, z jakim każdy z nich znosił tortury, przechodzi wszelkie pojęcie. Każdy zachowywał ten sam niezmienny wyraz twarzy. Gdy słyszałem, jak nóż krajał ich ciało, gdy czułem to niemal na sobie, oni spoglądali na mnie z łagodnym uśmiechem, a mnie mimo woli płynęły z oczu nie dające się powstrzymać łzy” – pisze Catlin.
Przez takie próby przechodziło kilku młodych ludzi. Po krótkim odpoczynku zostawali wyprowadzeni na centralny plac, by na oczach całego plemienia dokończyć Taniec Słońca. Polegało to na uwolnieniu ciała od pozostałych powpinanych w nie przedmiotów. Każdemu z tancerzy pomagali dwaj młodzi wojownicy. Owijali oni nadgarstki tancerza rzemieniami i rozpoczynała się ceremonia tzw. „ostatniego wyścigu”. Na rozkaz szamana zaczynał się powolny marsz. Dopóty wleczono ofiary za sobą, dopóki wszystkie drewienka tkwiące w skórze nie rozerwały jej po zahaczeniu o jakąś przeszkodę terenową. Czasami pomagali w tym widzowie, którzy rzucali się na torturowanego tancerza. Często tancerz „umierał” wtedy po raz drugi. Gdy teraz odzyskiwał przytomność, mógł zawlec się do chaty, gdzie rodzina przywracała go do zdrowia. Blizny na ciele wojownika były przedmiotem dumy. Interesujące jest, że rany zadane młodemu wojownikowi w Tańcu Słońca szybko się zabliźniały dzięki lekom ziołowym stosowanym przez szamanów.
Ze względu na samotortury i wizje, rząd federalny w 1881 r. wydał zakaz uprawiania Tańca Słońca. Większość kultów starali się likwidować misjonarze, którzy upatrywali w nich źródło jedności i siły jednostki utożsamiającej się ze swoim plemieniem i jego kulturą. Biuro do Spraw Indian upoważniło agentów do wzywania pomocy wojska w wypadku prób powracania do tego rytuału. Jednak mimo zakazu nie udało się wyprzeć Tańca Słońca – w tajemnicy był on nadal uprawiany w odosobnionych miejscach rezerwatów na całym obszarze Wielkich Równin, choć w nieco zmienionej formie. Brakowało już w tym okresie niektórych przedmiotów rytualnych, potrzebnych do prawidłowego odprawienia obrzędu. Skóry i głowy bizonie były rzadkie i bardzo drogie, czasem więc używano w ich zastępstwie kupionych od farmerów skór i głów bydła domowego. Wśród Indian Ute i Szoszonów pojawiła się też około 1890 roku nowa wersja tego tradycyjnego obrzędu. Uczestnicy przez kilka dni pościli, zadawali sobie rozmaite cierpienia, czasem nawet trwałe okaleczenia, w celu uzyskania siły nadprzyrodzonej. Elementy tradycyjnej obrzędowości zostały zatem połączone w nowy zespół kulturowy.
Zakaz został zniesiony dopiero w 1934 r. i Taniec Słońca przeżywał w połowie XX wieku zadziwiający renesans. Obecnie tylko w bardzo rzadkich przypadkach biały mógłby uczestniczyć w tak świętym widowisku.
źródło: www.wieszwal.republika.pl
środa, 31 sierpnia 2011
wtorek, 30 sierpnia 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Wiatr
W drzew ramionach
lekkie tchnienie,
ciche westchnienie,
szloch przejmujący,
krzyk rozdzierający.
Ducha ziemi
o Native cierpieniu
i walki wspomnieniu.
lekkie tchnienie,
ciche westchnienie,
szloch przejmujący,
krzyk rozdzierający.
Ducha ziemi
o Native cierpieniu
i walki wspomnieniu.
niedziela, 28 sierpnia 2011
jak zrobić łapacz snów?
Indianie przywiązują również dużą wagę do doboru materiałów, z których chcą wykonać amulet.
Każdy łapacz przechodzi przez kilka „etapów stwórczych”. Pierwszy z nich to wykonanie obręczy, która będzie rusztowaniem do rozpościerania sieci. Tradycyjną obręcz robi się z kilku splecionych ze sobą i zwiniętych w okrąg lub uformowanych w kształt kropli witek wierzbowych albo wiotkich gałązek winorośli.
Następnie obręcz owija się cienką, delikatną, aksamitną tasiemką. Klejem mocuje się końce wstążki i czeka, aż wyschną. Kolejnym krokiem jest wykonanie sieci na rusztowaniu z gałązek. Sieć zaczyna się tkać od zewnętrznej krawędzi obręczy i kieruje w stronę środka. Na obręczy mocuje się węzłem koniec sznurka i,wykonując kolejne półwęzły, przeplata się sznurek 9 razy wokół obręczy, starając się, by pierwszy krąg przeplatanki dość ściśle przylegał do rusztowania, a odległości pomiędzy kolejnymi przewiązaniami były jednakowe.
Kiedy pierwszy krąg sieci zostanie zamknięty, koncentrycznie do wewnątrz tworzy się kolejne poziomy sieci: sznurkiem przewiązuje się środki międzywęźli warstwy bardziej zewnętrznej. Na każdy kolejny poziom sieci przypada zawsze po 9 półwęzłów. Tą techniką wykonuje się całą sieć, aż do momentu, gdy środek będzie tylko małym otworem. Koniec sznurka zabezpiecza się mocnym wiązaniem.
Na sznurek można nawlekać gdzieniegdzie koraliki, ale tak, by nie było ich więcej niż po 2 – 3 na jednej „cięciwie”.
Teraz pora na wykonanie zawieszki. Robi się ją zazwyczaj z tej samej aksamitnej tasiemki, którą została owiązana obręcz. Wstążkę zwija się wpół, związuje końce i robi pętelkę, łapiącą rusztowanie z siecią.
Następnie do środka łapacza podwiązuje się luźne tasiemki, na których umieszcza się koraliki, muszelki albo piórka.
Ostatnim krokiem jest wykonanie wiszących ozdób z piór – mocuje się je na 3 -5 tasiemkach, symetrycznie z każdej strony łapacza. Piórom towarzyszą zazwyczaj koraliki albo muszelki.
Kiedy wszystko jest gotowe, łapacza należy powiesić w pobliżu wezgłowia łóżka. Już po pierwszej nocy można się przekonać, czy amulet jest wykonany prawidłowo: dowodem na to są dobre sny. Jeśliby śpiącego dręczyły koszmary, to znak, że tkanie sieci trzeba powtórzyć.
sobota, 27 sierpnia 2011
magiczny śpiew o zabójstwie - czirokezi
Strzeż się! Przebijam nożem twego ducha!
Jesteś z rasy wilków.
Twoje imię Ayjunini.
Zakopałem twoją ślinę w ziemi.
I zarzucę cię czarnymi kamykami,
Zarzucę cię czarnymi piórami,
Zarzucę cię czarnymi skałami.
Twoja ścieżka cię wiedzie w kraj nicości,
W czarny grób góry.
Czarna ziemia cię ukryje
Tam, w pobliżu czarnych chat,
W krainie ciemności.
czarny nagrobek ci niosę,
Grobowiec z czarnych kamieni.
Już twój duch usycha,
Już niebieszczeje.
piątek, 26 sierpnia 2011
czwartek, 25 sierpnia 2011
Kojot i łosoś - plemię Thompsonów
Pewnego razu Kojot przeprawiał się przez strumień, który płynie do rzeki Thompson. Spadł z kładki do bystrej wody i nurt go zaniósł do rzeki. Bał się utonąć, więc przybrał postać małej deseczki. Deseczka z prądem popłynęła aż do miejsca, gdzie rzeka Thompson wpada do rzeki Fraser i dalej w nieznane okolice.
Unosiła się na wodzie i sunęła dalej, póki się nie zatrzymała na tamie, zbudowanej przez rybaków w pobliżu ujścia rzeki Fraser do morza. Tama ta należała do dwóch starych kobiet. Nazajutrz kobiety przyszły i zobaczyły deseczkę.
– Bardzo ładny kawałek drewna — powiedziała jedna z nich. — W sam raz na półmisek. Zabiorę go do domu.
Zrobiły z deseczki półmisek, położyły na nim łososia i zaczęły jeść. Ale ryba znikła tak szybko, że nie zdążyły się najeść do syta. Kładły na półmisek coraz to nowe porcje, ale wszystkie znikały w okamgnieniu. Wreszcie kobiety zagniewane rzuciły półmisek w ogień. W tej samej chwili usłyszały płacz niemowlęcia. Głoś dochodził z ogniska.
— Wyciągnijmy je co prędzej! — krzyknęła jedna z kobiet. — To przecież dziecko! Chętnie je wychowam jak swoje własne.
I wyciągnęły z ogniska maleńkiego chłopczyka. Dzieciak rósł bardzo szybko, okazał się jednak trudnym wychowankiem, był bowiem uparty i samowolny. Czasem zabierały go ze sobą na wędrówki, czasem zostawiały samego.
Kobiety miały w swoim domu cztery drewniane skrzynki, ze szczelnie dopasowanymi przykrywkami.
— Nigdy nie otwieraj tych skrzynek — pouczały chłopca — zapamiętaj sobie: nigdy, pod żadnym pozorem nie wolno uchylić przykrywek.
Zdawało im się, że chłopiec zrozumiał dobrze.
Kobiety żywiły się głównie mięsem łososi, którego Kojot przedtem nigdy nie skosztował. W jego rodzinnym kraju nie było łososi i plemię Kojota nawet nie słyszało o tej rybie. Pod tamą należącą do dwóch kobiet aż gęsto było od łososi, ale oczywiście nie mogły się przedostać za tamę. Kojot postanowił rozbić ją i przepuścić łososie w górę rzeki, do kraju swojego plemienia.
Pewnego dnia, gdy kobiety wyszły, Kojot rozwalił tamę, a potem wrócił do domu i otworzył cztery drewniane skrzynki.
Z jednej wyleciał dym, z drugiej osy, z trzeciej muchy, a z czwartej wypełzły robaki.
Kojot biegł brzegiem rzeki, a łososie płynęły za nim, za łososiami zaś leciały kłęby dymu, osy, muchy i robaki. Ludzie mieszkający nad górnym biegiem rzeki zobaczyli dym i nie wiedzieli, co to znaczy. Kojot zaprowadził część łososi ku źródłom rzeki Thompson, gdzie mieszkało jego plemię, ale większa część ryb płynęła w górę rzeki Fraser.
Dlatego osy, muchy plujki, a także robaki towarzyszą po dziś dzień łososiom w ich wędrówkach ku źródłom rzek. Rozmnożyły się niemal tego samego dnia, kiedy łososie rozpoczęły podróż. Dopóki Kojot nie sprowadził łososi, ludzie żyjący nad rzeką Fraser nie znali tych owadów.
Kojot zaprowadził łososie w górę rzekami Thompson i Fraser, a potem poszedł nad Kolumbię i znów łososie popłynęły za nim pod prąd tej rzeki i różnych jej dopływów. Doszedł do źródeł rzeki Okanagan i zawrócił, żeby z kolei pokazać łososiom drogę w górę rzeki Similkameen. Wkrótce zobaczył dziewczęta kąpiące się w pobliżu drugiego brzegu.
Zawołał do nich:
— Czy chcecie dostać ość grzbietową garbatego łososia?
— Nie! Wolałybyśmy kawałek górskiej owcy.
„Skoro tak, to nie dam temu plemieniu łososi" — pomyślał Kojot.
Spiętrzył w poprzek rzeki skały i utworzył wodospad. „W ten sposób zagrodziłem łososiom drogę w górę rzeki Similkameen" — stwierdził w duchu Kojot.
Jednocześnie sprawił, że w okolicy pojawiło się mnóstwo górskich owiec. Dlatego dotychczas w tej krainie żyje dużo tych zwierząt, ale po łososie ludzie tutejsi muszą wędrować nad rzekę Thompson, Okanagan lub Kolumbię.
Kojot nauczył ludzi mieszkających nad tymi rzekami sporządzania sprzętu do połowu łososi, a także, jak je wędzić i suszyć na zimę.
Potem odszedł do innej krainy. Jej mieszkańcy nie znali sztuki łowieckiej. Zabijali zwierzęta za pomocą kijów i kamieni, a ponieważ jeleń biega szybko, rzadko im się udawało coś upolować. Kojot nauczył tych ludzi sporządzania łuków i strzał i pokazał, jak ich używać. Kobiety pouczył, jak trzeba ćwiartować i wędzić mięso, jak garbować skóry i szyć z nich odzież.
Kojot dokonał wielu innych niezwykłych czynów. Olbrzymie drapieżne moskity, które uśmiercały ludzi, zmniejszył do ich dzisiejszych rozmiarów. Trawę przemienił w muszelki służące do ozdoby ubrań z jeleniej skóry. Z gałązek zrobił krzaki obsypane jagodami. Wrzucił do rzeki rybie łuski i przeobraził je w łososie. Dzięki Kojotowi jego plemię ma do jedzenia rozmaite rzeczy i żyje wygodniej niż za dawnych czasów, kiedy ziemia była młoda.
Niektórzy mówią, że Kojot jest ojcem wszystkich indiańskich plemion, które mieszkały pomiędzy Górami Kaskadowymi a Skalistymi. Inni uważają go nie za swojego
Subskrybuj:
Posty (Atom)































