sobota, 10 września 2011

PARFLECHE - sztuka zaklęta w skórze


W odróżnieniu od osiadłych plemion południa Stanów Zjednoczonych, Indianie Prerii cechowali się niesamowitą mobilnością. Szczególnie nasiliło się to w momencie, gdy zaczęli posługiwać się końmi. Kwestia przemieszczania się związana była przede wszystkim z typem gospodarki. Północ kontynentu należała zdecydowanie do łowców, południe natomiast skupione było raczej na rolnictwie. Te cechy wpływały zasadniczo na kulturę materialną.
img Jednym z przykładów mogą być pojemniki służące do przechowywania żywności i wszelkich sprzętów codziennego użytku. Plemiona osiadłe wykorzystywały do tego celu naczynia wyrabiane z gliny. Koczownicy natomiast używali tzw. parfleche.
Parfleche to torby lub pojemniki, w których przechowywano liczne drobiazgi codziennego użytku, np. żywność, sukno, materiał bądź igły. Służyły również do przechowywania ceremonialnych rzeczy (individual items) - zrolowanych pióropuszy, roach'ów, naszyjników, itd.
Przybierały cztery podstawowe formy:
1. koperty (envelope),
2. płaskie torby z pokrywką (flat case),
3. walcowate cylindry z pokrywkami (cylinder),
4. różnej wielkości podłużne pudła (box).

img img
Blackfeet Parfleche Container ("Bravery Design")
Stanford Art Museum, Palo Alto, Johnson Photo.
Źródło: http://sorrel.humboldt.edu

W zależności od kształtu, pełniły one różne użytkowe funkcje. Wszystkie jednak wykonane były z surowej, starannie oczyszczonej z włosia (z jednej strony) i resztek mięsa, ścięgien, żył i tłuszczu (z drugiej) skóry. Ten proces nazywany był scraping'iem oraz fleshing'iem i należał do czynności wykonywanych przez kobiety. Kolejnym etapem był malunek. Bardzo często wzór widniejący na parfleche był indywidualnym dziełem artysty. Malunek zazwyczaj ustalał wielkość cylindra czy pojemnika. Najbardziej popularne były dwie metody malunku. Pierwsza polegała na rozpuszczeniu pigmentu w ciepłej wodzie, a następnie nałożeniu go na skórę. Druga natomiast polegała na "ułożeniu" motywu z pigmentu (w sypkiej formie) na mokrej skórze. Jednak najstarszą metodą ozdabiania parfleche było skrobanie - incising. W tym przypadku również wyróżniamy dwie metody. Pierwsza polegała na patynowaniu skory brzozową korą po wykonanym motywie. Ta metoda była szeroko spopularyzowana wśród Indian ze Wschodniej Krainy Lasów oraz z terenów Północnego Zachodu. Druga natomiast polegała na wyryciu ornamentu na skórze. Ta technika była z kolei domeną południowych plemion. Ciekawą informacją jest również uwaga Johna Ewersa, który zauważył, że wzory geometryczne na skórach i tipi malowane były przez kobiety. Natomiast przedstawienia zwierząt i ludzi, symbole religijne na tarczach i bębnach oraz sceny wojenne uwieczniali mężczyźni
img img
Przykład parfleche w kształcie kontenera (pudła)
Północne Równiny.
Źródło: www.native-languages.org

Niemałą rolę odgrywał również kolor użytych pigmentów. Najczęściej stosowano kilka podstawowych barw, zaś ich intensywność i kontrast uzależnione były od gęstości, czyli ilości użytego rozpuszczalnika (wody). Stosowano również całą paletę odcieni powstałych w wyniku mieszania poszczególnych pigmentów. Interesującą wzmiankę odnotował Alexander Henry, przebywający wśród Pieganów (odłamu Indian Blackfeet) na początku XIX wieku. Zanotował on bowiem 10 różnych kolorów używanych przez ten szczep. Najczęściej jednak stosowany był czerwony, zielony, niebieski, żółty i czarny wpadający niekiedy w brąz o różnym natężeniu.

Dla uzyskania barwników pozyskiwano przede wszystkim minerały, rośliny, mchy, porosty a niekiedy wydzieliny zwierzęce (krew i żółć). Pigmenty te w pierwszej kolejności przygotowywano na sucho.
Końcowym etapem wykonania parfleche było zabezpieczenie malunku przed wilgocią (rozmazywaniem) i całej torby przed odkształceniem, na jakie była narażona podczas zmieniających się warunków atmosferycznych. Używano do tego celu wywaru z resztek skór lub kości, które po rozgotowaniu przybierały konsystencję mazi lub kleju. Całość parfleche pokrywano klejem, rozsmarowując go po powierzchni, bądź patynując. Współcześnie często używana jest do tego celu żelatyna.
Wykrojoną torbę łączono rzemieniami tworzącymi długie frędzle jak w przypadku cylindrów czy flat case. Za ozdobę służyły również kawałki sukna a w niektórych przypadkach koraliki szczególnie, jako wykończenie brzegów.

img img
Parfleche typu cylinder
G. Torrence, "The American Indian Parfleche.
A tradition of abstract painting",
University of Washington Press, 1994.

Znaczenie symboliczne

Jak już wcześniej wspomniałem, parfleche były wykorzystywane również do przechowywania rzeczy osobistych. Miały wówczas bardzo indywidualny charakter, szczególnie w zakresie zdobnictwa, i określane były mianem medicine case - pojemniki do przechowywania ceremonialnych rzeczy. Posiadanie tych przedmiotów symbolizowało rangę społeczną.(4) Wiązało się również z szerokim zakresem obowiązków religijnych.
Mitologia Sioux i Arapaho tłumaczy pochodzenie pierwszego parfleche od mistycznej Kobiety Trąby Powietrznej pierwszej kobiety na ziemi, która objaśniła i dała instrukcje, jak należy wykonywać parfleche.(5) Wiele motywów, czy to roślinnych, zwierzęcych bądź geometrycznych, miało indywidualne pochodzenie, często inspirowane były snami. Każdy szczegół na wzorze zawierał konkretny przekaz. Wśród Indian Sioux na przykład, czerwona linia reprezentowała "kobiecą stronę życia". Natomiast wśród Arapaho - drogę do obozu.(6) Szczegółowe studia na temat znaczenia i symboliki indiańskich przedstawień na skórze przeprowadzili na początku XIX wieku antropolodzy amerykańscy - Clark Wissler, George B. Grinnell, Mabel Morrow, Franz Boas, John Ewers oraz Alfred L. Kroeber. Na zakończenie przytoczę tego ostatniego, który zanotował tłumaczenie symboliki wzorów w następujący sposób:
img "... trójkąty reprezentują namioty (tipi). Dokładnie trójkąty równoboczne, ale również pary trójkątów pochylonych w prawo, natomiast cztery niebieskie trójkąty pochylone w tę stronę w rogu wzoru to tylko pół obozu. Ich kolory (czerwony, żółty, niebieski lub zielony z wyjątkiem czarnego) oznaczają namioty, które były dawniej malowane. Wzór jest długi, dzielony na trzy części, gdzie dwie białe linie reprezentowały drogi, ścieżki. Czarne kropki znajdujące się na nich to tropy kojotów. Linie są zaostrzone z jednej strony na czerwono, z drugiej na niebiesko i oznaczały noc i dzień dlatego, że noc i dzień stoją w opozycji wobec białych linii. Niebieskie linie otaczały całość wzoru reprezentując kołki do tipi. Białe linie biegnące dookoła oznaczały rzeki; czerwone i żółte były umiejscowieniem obozowiska. Małe kwadraty w rogach wzoru były granicą, końcem ziemi (haneisa biitaawu). Białe miejsca wewnątrz wzoru składały się ze zwężających się ku górze trapezów, zwieńczonych równobocznymi trójkątami oznaczającymi kobietę. Ten wzór w pierwszym rzędzie miał wydźwięk kosmologiczny - mistycznej Kobiety Trąby Powietrznej."(7)
Niniejszy tekst uzmysławia, jak złożona potrafi być symbolika i jaki kryje w sobie przekaz. Do pewnego stopnia ta piktografia jest swego rodzaju zalążkiem pisma obrazkowego niosącym konkretną informację. Należy w tym miejscu dodać, że symbolika malowideł i kolorów parfleche różniła się w zależności od plemienia, choć pewne elementy (trójkąt - namiot) są uniwersalne i mają to samo znaczenie u większości plemion.
Powyższy tekst nie uwzględnia innych przedmiotów wykonywanych z surowej skóry. Na osobny rozdział zasługują bowiem zarówno bębny jak i tarcze, oraz wykonywane na nich malunki i przedstawienia.

piątek, 9 września 2011

czwartek, 8 września 2011

Wiatr północy - Czipewejowie



 Dawno temu, tak dawno, że nie pamiętają tego największe i najstarsze drzewa w puszczy, całą ziemią rządziły cztery wiatry: Wiatr Północny, Wiatr Zachodni, Wiatr Południowy i Wiatr Wschodni. Każdy z nich rządził niebem i ziemią przez pewną część roku, który składał się z dwunastu księżyców. Najpotężniejszym z wiatrów był Wiatr Północny, toteż zabrał dla siebie aż dziewięć księżyców, podczas których zsyłał na ziemię mróz i śnieg tak wielki, że marzli ludzie i ich bracia i siostry - zwierzęta. Myśliwi w czasie wielkiego zimna i głębokiego śniegu nie mogli polować i często umierali na swych łowieckich ścieżkach. Umierały z głodu i zimna - bo myśliwi nie mogli zdobyć ciepłych skór - ich żony, matki i dzieci.
W czasie księżyców, w których panował Północny Wiatr - zwierzęta nie mogły znaleźć pokarmu pod grubą warstwą zmarzniętego śniegu i też często umierały z głodu. Było ich więc bardzo mało, coraz mniej. I ludzi było coraz mniej.
Północny Wiatr był bardzo zły. Mroził nawet drzewa w puszczy tak, że pękały z hukiem. Ponieważ ziemia zamarzała bardzo głęboko, nie mogły pić z niej soków żadne rośliny.
Pozostałe trzy wiatry postanowiły zwołać naradę, żeby pomóc ludziom, roślinom i zwierzętom. Wiatry wiedziały, że każdy z nich z osobna jest słabszy od Wiatru Północnego, ale gdy zjednoczą się, będą od niego silniejsze.
Po długich naradach postanowiły użyć podstępu. ponieważ wiedziały, że Wiatr Północny ma wszędzie swych wywiadowców, którzy donoszą mu o wszystkim, co dzieje się na ziemi i na niebie, wysłały do niego swoich posłańców z bogatymi darami. posłańcy stanąwszy przed lodowym obliczem gospodarza powiedzieli mu, że wiatry: Zachodni, Południowy i Wschodni, które nigdy jeszcze nie widziały krainy Wiatru Północnego, pragnęłyby złożyć mu wizytę, by lepiej poznać jego wielką moc i siłę, i opowiadać o niej na całym świecie o każdej porze roku.
Wiatr Północny, który był bardzo zarozumiały i chciał, by go wszyscy zawsze podziwiali i chwalili, przyjął łaskawie dary i wysłuchał posłańców. Zgodził się przyjąć zapowiedzianych gości i obiecał nawet, że na czas ich wizyty zamknie w podziemiach lodowej góry swego najwierniejszego pomocnika, którym był Mróz, tak by jego goście nie zamienili się w lodowe sople.
Gdy nadszedł czas wizyty, nadleciał nad lodową górę Północnego Wiatru Wiatr Zachodni i zakrył oczy wywiadowców gęstą mgłą. Wkrótce po nim, gdy poprzez mgłę nie było nic widać, przybył Wiatr Wschodni pod postacią ogromnej tłustej chmury. jako ostatni nadleciał Wiatr południowy, który przyniósł z sobą ciepło i słońce.
Gdy wszystkie trzy znalazły się nad siedzibą Wiatru Północnego, ciepło i słońce rozproszyły mgły i ogrzały chmurę. Z chmury zaczęły spadać krople deszczu. Wtedy syn Wschodniego Wiatru, Uhnemeke, który do tego czasu ukryty był w środku chmury, wykazał swą czarodziejską moc i ze straszliwym rykiem uderzył w lodową górę.
Z chmury, która stała się tak wielka jak cała kraina Północnego Wiatru, spadały ogromne ilości ogrzanej słońcem wody. Wielka lodowa góra ogrzewana ciepłym deszczem zaczęła się topić, a Uhnemeke bez przerwy uderzał w nią swymi piorunami, które w końcu przebiły lód i wpuściły potoki deszczu do jaskini, w której przebywał zamknięty Mróz. Deszcz i ogniste strzały Uhnemeke zaczęły roztapiać jego zimną zbroję, a wraz z tym słabła jego moc.
Przez cztery pełne słońca z nieba płynęły potoki ciepłego deszczu i grzmiał Uhnemeke.
Wtedy Wiatr Północny stracił nadzieję na pokonanie swych potężnych przeciwników, przyjął ich warunki i poddał się.
Wiatr Wschodni, Zachodni i Południowy zażądały, by rok został podzielony równo między wszystkich. I tak się stało.
Od tego czasu rok składa się jak dawniej z dwunastu księżyców, ale każdy wiatr panuje przez trzy księżyce.
Gdy kończy się okres panowania Wiatru Północnego, Uhnemeke oznajmia swym głosem nadejście Księżyca Dzikiej Gęsi - początek wiosny. I wtedy Mróz opuszcza ziemię, młoda trawa przebija się przez kobierzec starych liści, zaczynają krążyć soki w drzewach, lód opuszcza jeziora i rzeki, budzi się ze snu niedźwiedź, a dzika gęś wraca do północnego kraju. Zwierzęta przestają odczuwać głód i stają się coraz tłuściejsze. Ludzie radują się słysząc głos Uhnemeke, gdyż wiedzą, że przyniesie ze sobą dobry, potrzebny wszystkim deszcz i ciepło.

środa, 7 września 2011

rocznica śmierci szalonego konia

Upadną mury
ziemie zaleje słońca blask
wódz z kamienia
przyniesie wolność wam.


134 rocznica śmierci Tashuncy witko

6 września 2011r
♥ 
134 rocznica śmierci Tashuncy Witko
♥ 
1877-2011
chwała jego pamięci


TASHUNCO WITKO

WODZU OGLALA TWE ŻYCIE NAZNACZONE BYŁO BÓLEM I SMUTKIEM. TWE SERCE PRZEBIJAŁ SZTYLET, GDY WIDZIAŁEŚ, JAK DEPCZĄ RWĄ PLEMIENNĄ ZIEMIĘ. TY NIGDY SIĘ NIE PODDAŁEŚ. ZOSTAŁEŚ WIERNY DO KOŃCA. WIECZNIE ŻYWY W SERCACH TYCH, KTÓRZY CIĘ KOCHAJĄ I NA WIEKI NIESKAZITELNY. NIECH TWÓJ DUCH STRZERZE PLEMIENIA LAKOTA I WSZYSTKICH INNYCH INDIAŃSKICH PLEMION.

Odszedł

134 lata temu
czas zatrzymał swój bieg
w  żyłach przestała krążyć krew
ich serca bić przestały.
Bo oto odszedł...
odszedł ten, co wodzem im był
odszedł ten, co w kamieniu powraca dziś,
by chronić ich marzenia i sny.

wtorek, 6 września 2011

Upadł

Upadł
jak pada drzewo,
cicho, bez skargi
na mchu kobierzec miękki,
nienawistnym toporem
białej ręki ścięte.
Upadł
pośród prerii
czerwienią ukwieconej.
Twarz, łza mustanga mu obmyła
jego imię to WOLNOŚĆ.

niedziela, 4 września 2011

Tańce kobiece na powwow


W tańcach kobiecych najwyżej ocenia sie grację ruchów, zgodność z rytmem i wytrzymałość. Najlepsze powwow odbywają się na południu, dlatego przedstawione tu bedą głównie tańce w stylu południowym

Southern Buckskin

southern buckskin frontsouthern buckskin back
Suknia z biało wyprawionej skóry, wykrój podobny jak w tradycyjnej sukni Kiowa. Doszywane bardzo długie frędzle do rękawów. Karczek haftowany bardzo skromnie, z przodu pojedyńcze motywy, powtarzajace się w całym stroju. Zwróć uwagę na zaupełnie inny pancerzyk niż w Stylu Północnym! - sięgający daleko na plecy. W jednym reku torba i wachlarz, w drugim, przewieszony przez ramię (lewe) koc. Długa szarfa zwisa z tyłu głowy, od pojedynczego pióra. Wysokie legginy doszywane.
Ruchy tancerki powinny być powolne i dostojne. Frędzle powinny naprzemiennie rytmicznie kołysać sie w przód i w tył. Niedopuszczalne są gwałtowne ruchy

Southern Cloth - Południowa Tkanina

southern cloth 01southern cloth 02southern cloth 03
Cały strój z wyjątkiem mokasynów wykonany jest z tkaniny i wstążki. Ozdoby haftowane koralikami i wykańczane wstążką. Przewieszony przez ramię koc lub patchworkowy szal z frędzlami. Bandana na szyi. Na głowie tiara lub turban

Jingle - dzwonki

Tego tańca nie może zabraknąć na żadnym powwow. Strój z tkaniny ozdobiony jest krótkimi frędzlami z grubej tasiemki, a do każdego z nich przymocowany jęst tzw. dzwonek, czyli stożek metalowy. W tańcu dzwonki uderzają o siebie w takt ruchów tancerki, wydając charakterystyczny dźwięk. Najwyżej oceniana jest zgodność ruchów tancerki z bębnem oraz tzw. "footwork" czyli praca nóg.
Stroju dopełnia torebla lub obręcz z rozetką, bandana na szyi. Włosy ciasno spięte albo splecione bez wiszących ozdb, które mogłyby urwać się w czasie tańca albo nieładnie wyglądać przy podskokach.








Kiowa Style

Taniec ten pojawił się kilka lat temu na powwow i wciąż budzi kontrowersje, wywodzi się jednak z tradycji dużo starszej. W narodzie Kiowa istniało paramilitarne stowarzyszenie wyłącznie kobiet - kobiety Niedźwiedzie. mogły one nosić męską broń i pióropusze.





Suknia i reszta stroju jak w Southern Buckskin(patrz wyżej). Zamiast wachlarza i 
torebki - lanca.






















http://quilla.republika.pl

sobota, 3 września 2011

(NASI MŁODZI LUDZIE NIE POWINNI PRACOWAĆ)


Nasi młodzi ludzie nie powinni pracować.
Ludzie, którzy pracują, nie mogą śnić,
a mądrość przychodzi do nas w snach.

Chcesz, abym orał ziemię.
Czy mam wyjąć nóż i rozedrzeć swojej matce pierś?
Wtedy, gdy umrę, nie przyjmie mnie do swego łona,
abym odpoczął.

Chcesz, abym kopal w poszukiwaniu kamieni.

Czy mam przekopać się przez jej skórę

i wyciągać jej kości?
Wtedy, gdy umrę, nie będę mógł wejść do jej ciała,
aby narodzić się ponownie.

Chcesz, abym ścinał trawę, robił siano i je sprzedawał,
i był bogaty jak biali ludzie.
Ale jakże bym śmiał obciąć włosy swojej matce?

Wszyscy umarli powrócą do życia.
Musimy czekać w domu naszego ojca
i być gotowi na spotkanie go w ciele naszej matki.

  Wiersz napisany przez Indianina o imieniu Smohalla pochodzącego z plemienia Nez Perce, który na przełomie XIX i XX wieku był przywódcą proroczego ruchu  znanego jako Dreamer Religion

piątek, 2 września 2011

SKĄD WZIĘŁO SIĘ ZAWINIĄTKO Z BOBROWYM LEKIEM - SARSI


Dawno, dawno temu myśliwy zobaczył w pobliżu jeziora duże stado bizonów. Zostawił więc konia w lesie, a sam schował się w jakimś dole. Kiedy bizony się zbliżyły, zabił jednego z nich, bardzo tłustego. Przewrócił martwe zwierzę na wznak, wypatroszył je, wyciął część mięsa i odłożył je na bok. Odwrócił zdobycz na drugą stronę, wykroił i odłożył dalsze części mięsa, odciął nogi i wyłamał żebra.
        Kiedy tak był zajęty na brzegu jeziora oporządzaniem i ćwiartowaniem bizona, z wody wyszła olbrzymia ryba, z rogiem na głowie, i zaczęła krążyć wokół niego.
        — Nie bój się mnie, synu — powiedziała. — Czy widzisz tę chmurkę wysoko na niebie? To są ptaki piorunów. Chcą mnie upolować, a ponieważ lękają, się ludzi, przyszłam tutaj, abyś mnie obronił.
W chwilę potem ptaki piorunów zniżyły się ku ziemi i przemówiły do myśliwego:
— Odejdź stąd, synu, chcemy zjeść wieloryba. Dlaczego uciekł się pod twoją opiekę?
— Nie zabijajcie go — odparł myśliwy. — Prosił mnie o pomoc.
Na to ptaki odpowiedziały:
— Synu, wieloryb nie ma takiej władzy jak my.
        — Nie wierz im, synu — wtrącił się wieloryb. — Stworzenia żyjące na ziemi są mocniejsze od tych, które mieszkają na niebie. Nie mogą przecież zostać wśród ludzi. Jeżeli mnie im oddasz na pastwę, utoniesz kiedyś w malej kałuży. Ale jeżeli mnie ocalisz, otrzymasz w nagrodę zawiniątko.
— Synu! — odezwały się ptaki. — Jeżeli nam oddasz tę wielką rybę, będziesz miał zawsze w życiu wszystko, czego zapragniesz.
   Myśliwy słuchał uważnie zarówno wieloryba, jak ptaków i zasta­nawiał się nad ich słowami. Wreszcie odparł:
— Lituję się nad wielorybem, ale wam także okażę życzliwość. Darujcie życie wielorybowi i weźcie sobie zamiast niego mięso tłustego bizona, którego upolowałem.
— Przykro nam, ze odbieramy ci to mięso, ale zgadzamy się oszczędzić życie wieloryba, skoro o to prosisz.
        Na chwilę wzbiły się w powietrze i nagle spadły znów na ziemię, by porwać mięso.
Gdy ptaki odleciały do nieba, wieloryb znów przemówił do myśliwego wskazując mu żołądek młodego bizona.
— Zrób woreczek według tego wzoru. Napełnij go tak, jak ci polecę. Za to, ze mnie uratowałeś od śmierci, będę ci pomagał do końca twoich dni.
Myśliwy odprowadził wieloryba do jeziora. Przed zanurzeniem się w wodzie wieloryb rzekł:
— Odtąd wrzucaj zawsze do jeziora cos na ofiarę dla mnie. Wracaj teraz do domu i sporządź zawiniątko. Włóż do niego po jednej skórze każdego gatunku żyjących na świecie stworzeń. Dosyp trochę tytoniu i trzymaj zawsze w woreczku garść jagód dla mnie na pokarm. Po wewnętrznej stronie ozdobisz worek moim wizerunkiem, a po zewnętrznej — wizerunkiem ptaków pioruna. Nie zapomnij żad­nego z moich poleceń i nigdy nie odstępuj zawiniątka innemu plemieniu.
Wieloryb, zanim odpłynął, zaśpiewał jeszcze dla niego pieśń bobra.
Myśliwy zrobił więc bobrowe zawiniątko według wskazówek wieloryba, a przed śmiercią przekazał je innemu mężczyźnie ze swojego plemienia. Tym sposobem przekazywali je odtąd Indianie Sarsi z pokolenia na pokolenie.

czwartek, 1 września 2011

Chmurka czeka na operacje


Od 10 lat zajmujemy się obroną praw zwierząt. Przez te lata spotkaliśmy się z różnymi przypadkami przemocy wobec zwierząt, mimo to dalej zdumiewa nas fakt jak okrutny potrafi być człowiek.
Kilka dni temu otrzymaliśmy informację o porzuconej kucyczce. Nie wiemy ile ma lat ani jak ma na imię. Wiemy tylko, że jej były właściciel zostawił ją w hodowli, aby została pokryta przez ogiera i już się po nią nie zgłosił. Przez ostatnie dwa miesiące nikt się nią nie interesował – błąkała się na podmokłej błotnistej łące i żyła tym, co udało jej się tam znaleźć…
  Ten mały konik cierpi na przykurcz przednich kończyn – przykurczone ścięgna spowodowały deformację przednich nóg, co bardzo utrudnia jej poruszanie się i sprawia przeszywający ból. Kiedy zabieraliśmy kucyczkę do siebie była skrajnie wychudzona, zaświerzbiona i odwodniona. Wszystko wskazuje na to, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Ale pomimo całego zła, którego doświadczyła z ufnością patrzy w stronę człowieka. Jest bardzo dzielna. Jedyną nadzieją jest dla niej operacja, która niestety jest bardzo kosztowna. Chcielibyśmy, żeby jej życie było wolne od cierpień. Nie wiemy, czy uda się jej utrzymać ciążę, ale możliwe, że urodzi zdrowego źrebaka.
Do tej pory zawsze udawało nam się pomagać ratowanym przez nas zwierzakom. Wierzymy, że i tym razem, dzięki Waszej pomocy, trafi do naszego stada koń, o którym wszyscy chcieliby zapomnieć. Wielu ludzi zastanawia się czy warto ratować chore konie? My wiemy, że warto, ponieważ dzięki temu pokazujemy inne spojrzenie na wartość życia zwierząt.
                                     Dlatego prosimy Państwa o pomoc dla małej kucyczki. Operacja obu nóżek to koszt ok. 3000 złotych.                                                                                                           Jeśli nie uda nam się przeprowadzić tej operacji jak najszybciej-                                                                                          kucyczka nie ma szans na przeżycie.
Możesz wspomóc akcję ratowania kucyczki poprzez wpłatę na konto :
 Bank DnB Nord 11 1370 1109 0000 1706 4838 7308
Więcej informacji można znaleźć na naszych stronach internetowych oraz pod numerami telefonów:
Biuro 22 349 97 74
Joanna  797 649 508
www.ratujkonie.pl

Igraszka i Psikus czekają na naszą pomoc !!!


Jest nie tylko pięknym i dobrze ułożonym koniem, ale także doskonałą matką. Od kilku miesięcy u jej boku bryka małe źrebiątko. Maluch wie, że jego mama jest zawsze w pobliżu – kiedy tylko się oddali, przywołuje go natychmiast.
Obecni właściciele kupili Igraszkę razem ze źrebaczkiem. Szybko jednak okazało
się, że klaczka jest poważnie chora i nie będzie mogła pracować w rekreacji.
Lekarz weterynarii zdiagnozował ROA. Konie z tą chorobą mogą żyć normalnie, ale trzeba zapewnić im odpowiednie warunki i otoczyć je szczególną opieką.
Niestety właściciel nie chce jej utrzymywać. Według niego koń, który na siebie nie zarabia jest darmozjadem. Postanowił sprzedać Igraszkę do rzeźni, bo tak najłatwiej pozbyć się chorego konia.
Żona właściciela bardzo polubiła Igraszkę i nie chciała zgodzić się na jej oddanie do ubojni. Dostała od męża miesiąc na znalezienie nabywcy, ale nikt nie chce kupić konia, którego trzeba leczyć.
Pani Marta szybko straciła nadzieję na to, że uda jej się znaleźć nowy dom dla klaczy. Nie widząc nigdzie ratunku napisała do nas e-maila z prośbą o pomoc. Ta prośba bardzo nas poruszyła i dlatego chcielibyśmy z Państwa pomocą odkupić Igraszkę i jej dziecko. Nie chcemy ich rozdzielać – Psikus jest jeszcze malutki i jak każde dziecko potrzebuje matki.

 Potrzebujemy 2800 złotych, aby zabrać Igraszkę i Psikusa do naszego stada.
Dostaliśmy czas do 5 września na uzbieranie pełnej kwoty.
 Zwracamy się z gorącą prośbą o pomoc.


Możesz wspomóc akcję ratowania Igraszki i Psikusa poprzez wpłatę na nasze konto :
 Bank DnB Nord 11 1370 1109 0000 1706 4838 7308
 Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!     ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa

Więcej informacji można znaleźć pod numerami telefonów:
Biuro              22 349 97 74
Ilona              797 649 508
Dominika       797 649 509

Taniec Słońca


Wyrzeczenia, umartwianie się czy udręki wiążące się tak często z indiańskimi tańcami są ofiarą składaną mocom, którym poświęcony jest taniec. W Ameryce Północnej ofiara taka osiągnęła szczytowy wyraz w Tańcu Słońca. Rytuał związany z tym tańcem był najważniejszym obrzędem przystosowanym do zmieniającej się sytuacji ekonomicznej plemion Prerii i Równin, w którym – podobnie jak i w wierzeniach Indian tego obszaru – odnajdujemy ślady kultów agrarnych.
Tahca Ushte (Lame Deer – Kulawy Jeleń), czarownik Dakotów, pisze w swej książce pod tym samym tytułem, że Taniec Słońca jest najstarszą i najbardziej uroczystą z wielkich ceremonii. Uważa on tę ofiarę za oddanie się pod opiekę Wakan Tanka. Możliwe, że pierwotnie był to także rytuał płodności. Stanowi on tylko część wielkich dorocznych obrzędów, których przedmiotem jest ustąpienie Wielkiego Potopu, taniec bizona i ceremonia wtajemniczenia młodzieży, połączone w jedną całość.
Głównym celem tej uniwersalnej i charakterystycznej dla Indian Prerii i Równin uroczystości było duchowe i cielesne oczyszczenie przez torturowanie samego siebie, a sama tortura pewnego rodzaju samogloryfikowaniem się jednostki, przez co taniec wyrażał indywidualny stosunek Indian do sił najwyższych. Był to taniec umierającego i na nowo ożywającego słońca, taniec umierającej i odradzającej się siły męskiej, taniec dziękczynienia i ofiary składanej gwiazdom.
Sama ceremonia i częstotliwość jej wykonywania były różne w różnych plemionach. U jednych ludów Taniec Słońca wykonywano bardzo rzadko, u innych zaś gromadziła całe plemię raz na rok. Stanowiła ona najważniejsze wydarzenie dla tysięcy osób w czasie letniego przesilenia. Do tej ceremonii przygotowywano się przez cały rok. Organizowano ją przed rozpoczęciem polowań na bizony, kiedy preria obficie pokrywała się trawą i nie było kłopotów ze zdobyciem pożywienia.
Szczytowy rozwój Taniec Słońca przypadał na początek XIX w. i był związany z rozkwitem kultury Wielkich Równin. Obrzędu dokonywało około dwudziestu plemion Prerii.Wiadomo, że istniał on wśród plemion Arapaho, Cheyenne, Siksika, Cree, Dakota, Assiniboin, Mandan, Crow, Ponca, Omaha, Shoshoni, Ute, nie spotykano go jedynie u Paunisów i Wichite oraz u kilku południowych plemion z rodziny Sju. Szczególnie dużą wagę do obrzędu Tańca Słońca przywiązywali Dakotowie, Czejenowie i Arapahowie.
W celu odbycia ceremonii Tańca Słońca w określonym miejscu zbierało się całe plemię, co dawało poczucie jedności, umożliwiało zawieranie znajomości wśród młodzieży oraz wskazywało na siłę zjednoczonego w swym kole plemienia. W zwykłych obozach, w codziennym życiu, Dakotowie ustawiali tipi w równoległych szeregach, z wejściami do namiotu skierowanymi na wschód. Natomiast podczas uroczystości Tańca Słońca obóz rozbijano w kształcie dużego kręgu, do którego środka zwrócone były otwory wejściowe. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie organizacji plemiennej, gdzie wszyscy byli sobie równi, a także wzmacniało poczucie wspólnoty. Każdy ród miał swoje wyznaczone miejsce dla rozbijania tipi.
Według powszechnego zwyczaju obóz założony na obrzędy Tańca Słońca nie był nigdy atakowany nawet przez wrogie plemiona. Wszyscy czuli się wtedy całkowicie bezpieczni. Wokół obozu nie rozstawiano straży, ani nie wysyłano zwiadowców. Był to czas powszechnego zawieszenia broni.
O zgromadzeniu w celu odbycia Tańca Słońca w czerwcu 1876 r. tak mówił Siedzący Byk w rozmowie z księdzem Genin: „Nie przybyliśmy tam, by walczyć. Zabraliśmy ze sobą kobiety i dzieci. Chcielismy spotkania wszystkich plemion całego regionu, żeby ustanawiać prawa, zawierać rozejmy, odwiedzać się nawzajem, by umożliwić młodzieży poznanie się, co sprzyja zawieraniu małżeństw. Spotkaliśmy się, tak jak czynili to od pokoleń nasi ojcowie”.
W centrum obozu wznoszono duże tipi. W nim to specjalnie wybrani wojownicy przygotowywali sprzęty liturgiczne, ćwiczyli się w pieśniach, szamani wyjaśniali im znaczenie zbliżającej się uroczystości. Pozostali członkowie plemienia dzielili się na grupy, które zbierały drzewo dla wzniesienia specjalnej konstrukcji. Wokół niej odbywały się ceremonie religijne. Przygotowywano żywność na osiem-dziewięć dni. Niektóre potrawy miały również znaczenie rytualne. Myśliwi zdobywali nową skórę bizonią.
Ceremonie dzieliły się na tajne – dla wtajemniczonych, i publiczne, w których brało udział całe plemię.
Czterodniowe bezpośrednie przygotowania do obrzędów rozpoczynały się od wybrania i ścięcia świętego drzewa, które miało być wkopane w samym środku obozu. Pień tego drzewa był centralnym słupem dla okrągłego wspólnego domu obrzędów, budowanego w samym środku koła obozu z pali osłoniętych ścianami z wierzbowych gałęzi.
Wyboru i ścięcia świętego drzewa mogła dokonać tylko kobieta. Wierzono, że samo ścinanie stanowiło tak wielką świętość, że była ona wprost niebezpieczna. Dlatego zadanie to powierzano przeważnie brance z obcego plemienia, aby nie narażać na niebezpieczeństwo własnych kobiet. Przyniesione do obozu wysokie drzewo, które ustawiano w centrum konstrukcji, uczestnicy ceremonii witali krzykiem, strzelali ze strzelb. Najwyższy kapłan rozpoczynał modlitwy.
Następnego dnia mężczyźni ścinali mniejsze pale na okrągły szkielet budowli, a w trzecim dniu wszyscy zbierali wierzbowe gałęzie, z których pleciono ściany i dach. Kiedy ukończono budowę drewnianej konstrukcji, w której głównym elementem był słup, zawieszano na nim przedmioty o charakterze sakralnym. Towarzyszyły temu tańce wojowników. Przez cały czas długich pląsów tancerze nie otrzymywali napojów. W czwartym dniu rozpoczynały się właściwe uroczystości.
Po wcześniej odbytych postach i oczyszczeniach w saunie, próbie wytrzymałości poddawani byli dobrowolnie zgłaszający się, młodzi mężczyźni, by w ten sposób uzyskać prestiż i pozycję dojrzałych wojowników. Taniec ten był modlitwą, podzięką za doznane dobrodziejstwa lub prośbą o nie. Wielu mężczyzn uczestniczyło w obrzędach Tańca Słońca dla wypełnienia ślubowań złożonych w zamian za pomoc otrzymaną od sił nadnaturalnych. Święty taniec zbliżał człowieka do wszechobecnej natury, łączył go z nią w nierozerwalną całość. Udział w obrzędzie Tańca Słońca mogli brać tylko mężczyźni. Jeśli kobieta prosząc bóstwa o jakąś łaskę ślubowała odbycie tańca dziękczynnego, tańczył za nią jej mąż lub brat.
Uroczystości towarzyszyły uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam Taniec Słońca stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego mężczyźni poddawani byli próbom męstwa.
George Catlin (1796–1872), który obserwował uroczystość w 1834 r. w plemieniu Mandan swój opis rozpoczyna słowami: „Oh! Horribile visu – et mirabile dictu! Chwała Bogu, że to co widziałem już minęło, i że mogę o tym opowiedzieć światu”. Widowisko to wywarło na niestrudzonym wędrowcu i przyjacielu Indian, który przecież przywykł już do niejednego okropnego widoku, tak wstrząsające wrażenie, że kazał sporządzić oficjalny protokół podpisany przez trzech świadków potwierdzających, że jego zapiski odpowiadają prawdzie i że„nic nie jest dodane ani przesadzone”. Niemniej wstrząśnięci byli owi świadkowie oglądający ceremonie, Ernst von Hesse-Wartegg i inni.
Co jest aż tak strasznego w Tańcu Słońca? Otóż chodzi o sposób, w jaki wypróbowuje się męstwo młodych, o sposób odbywania pohk-hong, czyli dobrowolnych tortur.
Główna ceremonia rozpoczynała się specjalnym tańcem błagalnym, w trakcie którego patrzono na słońce, a po zachodzie słońca – na święte przedmioty zawieszone na centralnym słupie. Uczestnik obrzędu wchodził do domu obrzędów w towarzystwie starca, który był jego przewodnikiem i nauczycielem podczas całej ceremonii. Szaman przewodniczący obrzędom siedział w liściastej altance, ustawionej przy zachodniej ścianie budowli. Za nim wisiała drewniana kukła wyobrażająca potęgę Słońca.
Zgodnie z relacją Catlina, w sakralnym tipi stary szaman plemienia, pełniący rolę mistrza ceremonii, wyjaśniał najpierw zebranym znaczenie Tańca Słońca, potem zapalał obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad bólem. Pod ścianami tipi leżeli młodzi ludzie, których specjalnie przygotowywano do tego rytuału przez posty i bezsenność. Wśród zebranych znajdowali się odziani w ozdobne stroje wodzowie i szamani, pełniący niejako rolę sędziów, oceniających zachowanie się młodych wojowników. Ci najbardziej odporni na ból w przyszłości mogli otrzymać dowództwo w różnych niebezpiecznych wyprawach wojennych. Uważano, że wytrzymałość na ból jest oznaką posiadania przez człowieka nadprzyrodzonych mocy, co niejako upoważnia do przewodzenia innym.
Na polecenie przewodnika tancerz zdejmował ubranie, pozostawiając na sobie tylko przepaskę biodrową i mokasyny. Przewodnik malował jego ciało niebieską, czerwoną, żółtą i zieloną farbą. Ręce i nogi z reguły malowano na czerwono, natomiast niebieskie pasy przeciągnięte przez ramiona stanowiły znak niebios. Świeże wierzbowe gałązki przywiązywano do przegubów rąk i kostek u nóg. Potem wręczał mu świstawkę ze skrzydła orła.
W pewnej chwili w środku tipi zajmowali miejsca dwaj wojownicy, w tym jeden z nożem do skalpowania, drugi miał w ręku przygotowane zaostrzone drewniane kołeczki. Podchodzącym do nich młodym ludziom przebijano skórę, przez którą przeprowadzano kołki. Nacięcia te wykonywano po obu stronach pleców i piersi wojownika. Czasami nacięcia wykonywano od nadgarstków aż po barki. Obficie brocząca z ran krew tworzyła „szkarłatny koc” ofiarowany Wielkiemu Duchowi (np. Wakan Tanka u Dakotów). Do tych przewleczonych przez skórę drewienek podwiązywano dwa rzemienie. Niekiedy rzemienie przepychano bezpośrednio pod skórą narzędziem przypominającym szydło – nie stosowano wtedy drewnianych kołeczków.  
Przy dźwiękach fletów, grzechotek i bębnów mężczyzna zaczynał rytmicznie tańczyć, to zbliżając się, to oddalając od słupa, do którego przywiązane były rzemienie. Tancerz ciągle zawodził modlitewne prośby, bez jedzenia i bez choćby kropli wody tańczył przez długie godziny, z reguły blisko dobę. Niekiedy na dany przez szamana znak podciągano rzemienie do góry, podrywając gwałtownie poddającego się próbie człowieka. Gdy jego ciało zawisło, do drewienek obserwatorzy przywiązywali i inne przedmioty (na przykład czaszki bizonów), co wzmagało ból, po czym tancerz znowu zostawał podniesiony do góry około dwóch metrów nad ziemię. Potem dochodziło do pomnożenia jego cierpień poprzez obracanie wiszącego ciała, by zmusić go do krzyku, który natychmiast przemieniał się w modlitwę do Ducha Słońca o opiekę w tej straszliwie próbie. Kiedy młodzieniec tracił przytomność (czyli stawał się „zupełnie nieżywy” lub „przechodził przez śmierć”), jego rytualni „oprawcy” odstępowali i na pewien czas zawieszali ciało nieruchomo nad ziemią. Na znak szamana opuszczano je na ziemię. Powracająca świadomość przynosiła wizje, będące osobistym przeżyciem Indianina. Torturowanie miało na celu uwolnienie się od wszystkich powpinanych w ciało przedmiotów. Torturowanemu nie wolno było pomagać. Przez cały czas pozostawał pod opieką sił nadprzyrodzonych, które same wyprowadzały go ze stanu omdlenia. Potem pomocnicy szamana uwalniali go od rzemieni. Po odzyskaniu przytomności tancerz Słońca musiał pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia ku czaszce bizona, gdzie siedział inny szaman. Trzymał on w ręku toporek. Tancerz pragnął złożyć dodatkowy dar siłom nadprzyrodzonym: był nim mały palec lewej ręki, który mu odcinano.
„Niewzruszony spokój, z jakim każdy z nich znosił tortury, przechodzi wszelkie pojęcie. Każdy zachowywał ten sam niezmienny wyraz twarzy. Gdy słyszałem, jak nóż krajał ich ciało, gdy czułem to niemal na sobie, oni spoglądali na mnie z łagodnym uśmiechem, a mnie mimo woli płynęły z oczu nie dające się powstrzymać łzy” – pisze Catlin.
Przez takie próby przechodziło kilku młodych ludzi. Po krótkim odpoczynku zostawali wyprowadzeni na centralny plac, by na oczach całego plemienia dokończyć Taniec Słońca. Polegało to na uwolnieniu ciała od pozostałych powpinanych w nie przedmiotów. Każdemu z tancerzy pomagali dwaj młodzi wojownicy. Owijali oni nadgarstki tancerza rzemieniami i rozpoczynała się ceremonia tzw. „ostatniego wyścigu”. Na rozkaz szamana zaczynał się powolny marsz. Dopóty wleczono ofiary za sobą, dopóki wszystkie drewienka tkwiące w skórze nie rozerwały jej po zahaczeniu o jakąś przeszkodę terenową. Czasami pomagali w tym widzowie, którzy rzucali się na torturowanego tancerza. Często tancerz „umierał” wtedy po raz drugi. Gdy teraz odzyskiwał przytomność, mógł zawlec się do chaty, gdzie rodzina przywracała go do zdrowia. Blizny na ciele wojownika były przedmiotem dumy. Interesujące jest, że rany zadane młodemu wojownikowi w Tańcu Słońca szybko się zabliźniały dzięki lekom ziołowym stosowanym przez szamanów.
Ze względu na samotortury i wizje, rząd federalny w 1881 r. wydał zakaz uprawiania Tańca Słońca. Większość kultów starali się likwidować misjonarze, którzy upatrywali w nich źródło jedności i siły jednostki utożsamiającej się ze swoim plemieniem i jego kulturą. Biuro do Spraw Indian upoważniło agentów do wzywania pomocy wojska w wypadku prób powracania do tego rytuału. Jednak mimo zakazu nie udało się wyprzeć Tańca Słońca – w tajemnicy był on nadal uprawiany w odosobnionych miejscach rezerwatów na całym obszarze Wielkich Równin, choć w nieco zmienionej formie. Brakowało już w tym okresie niektórych przedmiotów rytualnych, potrzebnych do prawidłowego odprawienia obrzędu. Skóry i głowy bizonie były rzadkie i bardzo drogie, czasem więc używano w ich zastępstwie kupionych od farmerów skór i głów bydła domowego. Wśród Indian Ute i Szoszonów pojawiła się też około 1890 roku  nowa wersja tego tradycyjnego obrzędu. Uczestnicy przez kilka dni pościli, zadawali sobie rozmaite cierpienia, czasem nawet trwałe okaleczenia, w celu uzyskania siły nadprzyrodzonej. Elementy tradycyjnej obrzędowości zostały zatem połączone w nowy zespół kulturowy.
 Zakaz został zniesiony dopiero w 1934 r. i Taniec Słońca przeżywał w połowie XX wieku zadziwiający renesans. Obecnie tylko w bardzo rzadkich przypadkach biały mógłby uczestniczyć w tak świętym widowisku.  
źródło: www.wieszwal.republika.pl