piątek, 21 marca 2014

Ten Co Nie jeden Raz Słuchał Ptaków O Świcie - * * * ( Jestem jak ty, mój bracie... )



Jestem jak ty, mój bracie
szary leśny wilku
nie znoszę kagańca
nie można mnie zaszczepić
bakcylem cywilizacji
a kiedy księżyc świeci
nad betonową pustynią
chce mi się wyć ...

czwartek, 20 marca 2014

Legenda Indian Ameryki Północnej

Wielki Duch, widział zwady między zwierzętami. Każde z nich chciało rządzić innymi. Gdy miał już dość tych kłótni wstał ze swej skały i powiedział, że dość ma kłótni między nimi. Zapowiedział im, że znajdzie im takiego władcę, który będzie sprawiedliwy i który będzie umiał rządzić całą resztą. Mówiąc to uleciał w górę.
Później na ziemi, zaczął zbierać kamienie do budowy wielkiego pieca. Następnie przez cztery noce i dnie znosił chrust. Gdy miał go wystarczająco dużo, położył się spać. Jednak kiedy spał, grzechotnik dostał się pomiędzy gałęzie i spryskał je jadem. Potem wyślizgnął się spomiędzy gałęzi i zostawił w nich skórę, a następnie smyrgnął do lasu. Gdy Wielki duch się zbudził, był tak chętny do pracy, że władował do pieca gałęzie spryskane jadem razem ze skórką grzechotnika, nic nie zauważając. Później wsadził do pieca ulepionego z gliny człowieka i szczęśliwy, że stworzy władcę świata usiadł i zaczął palić kaluti (fajkę). Postanowił, że gdy wypali kaluti, człowiek gotów będzie do wyjęcia.
Jednak ten człowiek był widać zbyt krótko trzymany w piecu. Był blady, mało wytrzymały, a skóra i jad gada sprawiły że odznaczał się paskudnym charakterem i podwójnym językiem węża(gwoli ścisłości: podwójny język dla Indian znaczył tyle co dwulicowość i obłuda). Manitou rozgniewał się, ponieważ nie takiego władcy chciał dla świata.
Rzucił tą kukłę daleko za Wielką Wodę. I tak powstał człowiek biały.
Raz jeszcze Manitou zabrał się za tworzenie człowieka. Tym razem jednak wybierał tylko sosnowe gałęzie. Przez całe cztery dni i noce znosił opał do pieca. W końcu postawił glinianego człowieka do pieca. Nagle poczuł Manitou że łapał go ogromny głód. A że snickersów jeszcze nie było, to musiał pójść do lasu po owoce leśne. Gdy wreszcie się najadł, wrócił do swego pieca. Już z daleka czuć było spalenizną. Manitou pobiegł, i zobaczył, że z pieca unosi się gęsty, ciemny dym. Wyciągnął człowieka i zobaczył, że człowiek był cały czarny. Drewno żywiczne, spalając się szybko zwęgliło się, i okopciło ciało glinianego mężczyzny. Wprawdzie ten człowiek był już silniejszy, jednak był tchórzliwy.
Manitou znowu pomyślał, że nie takiego władcy pragnie dla świata. Wyrzucił go zatem poza Wielką Wodę. Tak powstał człowiek czarny.
A Wielki Duch znowu musiał zabrać się do pracy. Poszedł do puszczy, i wybierał najczystsze, najlepsze kawałki drzew. Następnie, ulepił z gliny człowieka, który był smukły i miał ciało pozwalające wytrzymać w trudnych warunkach. Włożył go do pieca. Tym razem starannie pilnował czasu, w którym figurka przebywała w piecu.

A gdy kukła stała się czerwonym człowiekiem , rzekł do niej - teraz ty będziesz władać tymi puszczami. Będziesz tworzył z nimi jedną całość, a gdy one wyginą, zginiesz i ty.- mówiąc to przyglądał się z uznaniem efektowi swej pracy. Nowy człowiek, miał skórę koloru brązu oraz piękne posągowe kształty. Posiadał wielką siłę i wytrzymałość. Wtedy to Wielki Duch wziął swego wojownika na szczyt góry i powiedział - Teraz te puszcze i lasy należą do ciebie. Rządź nimi sprawiedliwie, kochaj naturę. Nie krzywdź brata, gdyż wtedy powrócą tu ludzie których wyrzuciłem za wielką wodę i zniszczą twój kraj. Umrzesz wtedy ty, ta preria, oraz wszystko co się na niej znajduje. Teraz idź na dół zbuduj sobie tipi i czekaj do pierwszej pełni księżyca, kiedy to ześlę ci kobietę która zostanie twą żoną.

Po tych słowach Wielki Duch rozpłynął się w powietrzu.

wtorek, 11 marca 2014

Indianie zdjęcia









Legenda

Byli sobie mężczyzna i jego żona, którzy żyli nad morzem, z dala od innych ludzi. Mieli wiele dzieci i byli bardzo biedni. Pewnego dnia małżonkowie płynęli swoim kanu, daleko od lądu. Nagle nadciągnęła gęsta mgła, w której całkiem się zagubili.
Usłyszeli hałas podobny do wiosłowania i głosy. Dźwięki zbliżały się. Niewyraźnie zarysowało im się przed oczyma monstrualnych wielkości kanu wypełnione olbrzymami, którzy pozdrowili ludzi jak przyjaciół. "Uch keen, tahmee wejeaok?" "Mój mały bracie", powiedział przywódca, "dokąd zmierzasz?" "Zgubiłem się we mgle," ze smutkiem odpowiedział Indian. "No to płyńcie z nami do naszego obozu," powiedział olbrzym, który wydawał się być przyjazny, jeśli tak można powiedzieć o olbrzymie. "Będziemy was naprawdę dobrze traktować, moi mali przyjaciele, mój ojciec jest tam wodzem, więc bądźcie dobrej myśli!" Indianie wielce zdziwieni ich łagodnością, przysiedli nadal wystraszeni a dwa olbrzymy, przełożywszy swoje wiosła pod ich łódką, podniosły ją i włożyły do swej własnej, jakby to był wiór z drzewa. Olbrzymy naprawdę wydawały się być zachwycone małymi ludźmi, zachowywali się jak chłopcy, którzy znaleźli latającą wiewiórkę.
Gdy tylko dotarli do plaży, cóż za widok! Ujrzeli trzy wigwamy, wysokie niczym góry, stosowne do wysokości olbrzymów. Poszli na spotkanie z wodzem, który był wyższy niż pozostali.
"Ha!" zakrzyknął wódz. "Synu, co tam masz? Gdzie złapałeś tego małego brata?" "Nie, mój ojcze, spotkałem go zagubionego we mgle." "No to zaprowadź go do domu, do chaty, mój synu!" Olbrzym wziął w dłoń małe kanu z małżonkami siedzącymi wewnątrz i zaniósł ich do domu. Zabrał ich do wigwamu, a kanu ostrożnie położył na okapie, niewysoko, około stu pięćdziesięciu jardów nad ziemią.
Potem podano im obfity posiłek, a życzliwy gospodarz, świadomy ich niewielkich rozmiarów, podał tyle, że wystarczyłoby im tego na około dziesięć lat. Potem szeptem, który by można usłyszeć z odległości stu mil, zdradził, że ma na imię Oscoon.
Minęło kilka dni i grupa tych rosłych ludzi poszła na polowanie, a kiedy wrócili goście musieli im głęboko współczuć, że w tej krainie nie było żadnej rozrywki odpowiadającej ich wielkości. Olbrzymy wróciły z nadzianymi na sznury małymi zwierzątkami. U ich pasów wisiały dwa czy trzy tuziny karibu, niczym sznur wiewiórek u pasa Micmaca. Dodatkowo w rękach huśtały im się, niczym króliki, jeden czy dwa łosie. I nie miało tu żadnego znaczenia, że dużą ilością jeleni, niedźwiedzi i bobrów starali się powetować niedostatki w wielkości tych zwierzą, skoro łup był obfity, ale mały.
Olbrzymy bardzo troszczyły się o swoich małych gości, i nigdy w świecie by nie zrobiły niczego, co by mogło ich zranić. Pewnego dnia z samego rana przyszedł wódz, i oznajmił, że niedługo będzie miała miejsce wielka bitwa, gdyż w ciągu trzech dni oczekuje ataku Chenoo. Wtedy Micmac przekonał się, że pomimo wielkich rozmiarów, olbrzymy są tacy sami jak Indianie z jego szczepu, tak samo mają kłopoty z niecnymi wrogami, a obowiązkiem wodzów było dbanie o ich magię i orientowanie we wszystkim, co dzieje się na świecie. Tak, z tą tylko różnicą, że Micmac był marnym powwow [członek indiańskiej rady- przyp. tłum.] i nic nie wartym czarownikiem, który nie potrafił przepowiedzieć takiej błahostki, jak dzień i godzina ataku ich wroga!
A jako, że Sakumow, czy inaczej sagamore [naczelny wódz indiański - przyp.tłum.], został w porę ostrzeżony, poprosił, by jego mali goście zatkali uszy i obwiązali głowy, a sami okręcili się wieloma warstwami skórzanych okryć. Dzięki temu mieli nie słyszeć śmiertelnych okrzyków wojennych Chenoo. A i tak pomimo tych zabiegów ledwo je przeżyli. Drugi okrzyk zranił ich już mniej, a po trzecim przyszedł wódz z radosnym obliczem i powiedział , że mogą już wstać i zrzucić z siebie to co miało ich chronić, bo gigant został zabity, chociaż jego czterej synowie, i dwa inne olbrzymy, choć zwyciężyli, to zostali poważnie zranieni.
Ale smutki dobrych nigdy nie mają końca, i tak też było w przypadku tych godnych zaufania olbrzymów, które wiecznie były niepokojone przez różnych niegodziwców czy inne podłe istoty, i nigdy nie miały zaznać pokoju. Niebawem szef oznajmił, że tym razem Kookwes, krzepki, bestialski nikczemnik, nie lepszy niż jego kuzyn Chenoo, przyjdzie chcąc ich brutalnie wymordować. I naprawdę, tym razem Micmac zaczął być szczerze przekonanym, że wszyscy ci wysocy ludzie byli niczym wilki, które napotykając drugiego, gryzą się nawzajem. I znowu jak wcześniej zostali związani i owinięci mnóstwem skór i położeni na łóżku jak lalki.I po raz kolejny usłyszeli mrożący krew w żyłach krzyk, potem słabszy, i jeszcze jeden najsłabszy, aż w końcu sooel moonoodooahdigool, co można określić jako ledwo słyszalny krzyk.
Potem wojownicy powrócili, a swym wyglądem udowadniali, że naprawdę uczestniczyli w czymś więcej, niż zwykłej bitce. Wszyscy byli przykryci krwią, a w nogi mieli powbijanych wiele wielkich sosen, a gdzieniegdzie dęby i dąb czy świerk, jako, że walka odbyła się w lesie, i dlatego wszyscy byli nimi poranieni tak, jak ludzi ranią osty, pokrzywy i sosnowe drzazgi, które naprawdę często sprawiają wiele kłopotów. Ale był to ich najmniejszy problem, bo, jak opowiedzieli wodzowi, wróg niemal zrobił im krwawą łaźnię, odstawiając jakiś diabelski taniec, to jednak dzięki wielkiemu szczęściu jeden z nich trafił w oko wroga głazem, który przebił się aż do jego mózgu. Po tym wszystkim, najmłodszy syn wodza był tak poturbowany, że po powrocie do domu padł martwy tuż przed wejściem do domu wodza. I w większości rodzin zostałoby to uznane za wielkie nieszczęście, ale przecież wielkim szczęściem jest mieć w domu czarownika, który znał się na swoim fachu. Stary wódz wyszedł przed dom i spytał młodzieńca, czemu tak tu leży. Ten odpowiedział, że to przez to, że jest martwy, na to ojciec kazał mu wstać i pójść do pozostałych. Syn wstał i poszedł prosto do stołu nakrytego do kolacji, i zjadł nie mniej niż inni.
W końcu stary wódz pomyślał, że może małym ludziom życie tu wydaje się nudne i czegoś im brak, i spytał ich, czy nie są tym wszystkim znużeni. Ci, z całą szczerością, odpowiedzieli, że jeszcze nigdy nie byli tak szczęśliwi, ale niepokoją się o swoje dzieci, które pozostały same w domu. Wódz odpowiedział, że mają rację, i, że jutro ranem mogą odejść. Rano ich kanu zostało zapakowane wspaniałymi futrami i najlepszym mięsem, i powiedziano im tebah'-dikw', czyli by wsiadali. Potem włożono do środka małego psa, któremu uroczyście nakazano, by powiódł ludzi do domu. Indianom powiedziano, by wiosłowali w kierunku, który wskaże pies. A Micmacowi powiedział, "Za siedem lat przypomnisz sobie o mnie." Po tym tokooboosijik (odpłynęli).
Micmac usiadł na rufie, jego żona w dziobie, a pies po środku kanu. Pies wskazywał drogę, a Indianie wiosłowali po gładkiej wodzie. Wkrótce dotarli do domu. Dzieci z radością wybiegły im na spotkanie. Pies widząc je, pobiegł do nich radośnie machając ogonem, tak jak mają to w zwyczaju zwykłe psy, a nie te wyczarowane. Przywitawszy się, bezzwłocznie wybrał się w drogę powrotną do domu, biegnąc po powierzchni morza jak gdyby była pokryta lodem, co mogłoby wielce zadziwić Indian, gdyby nie to, że w ostatnim czasie widzieli tyle cudów, że jeden więcej nie zrobił na nich już wrażenia.
Teraz dla Indianina, który w przeszłości zawsze klepał biedę, wszystko się zmieniło. Kiedy zarzucał linkę z nawet największymi haczykami, to zawsze wyciągał łososie; wszystkie jego szproty były łososiowe, chciał gęsiny, upolował gęś, łosie były dla niego niczym myszy. Miał odtąd to co najlepsze było do upolowania. Minęło siedem lat, i wtedy zaczęły śnić mu się sny, w których powrócił do Kraju Olbrzymów, ujrzał tych, którzy byli dla niego tacy dobrzy.Innym razem śnił, że stoi przed swoim wigwamem tuż przy morzu, i podpływa ku niemu wielki wieloryb i zaczyna śpiewać. Śpiew ten był tak cudowny, jak żaden słyszany dotychczas.
Wtedy przypomniał sobie słowa olbrzyma, że za siedem lat przypomni sobie o nim, i stało się dla niego jasne co dotąd się działo, to, że otrzymał magiczną moc, i że powinien stać się Megumoowessoo. To powiedział żonie, która nie znając mrocznej wiedzy, nie bardzo zdawała sobie sprawy, jaką istotą oczekiwał zostać jej mąż, duchem czy człowiekiem, istotą dobrą czy złą. W rzeczy samej trudno to wyjaśnić, nie jest to jasno opisane w kronikach, poza tym, że kimkolwiek miałby się stać, wyszłoby mu to na dobre, i by został napełniony wielką magią.
Tego dnia oni ujrzeli wielkiego rekina ścigającego rybę w ich zatoce, i przyjęli to za zły omen. Ale, wkrótce po tym zdarzeniu, przybył do nich biegnąc po morzu ten sam pies, który wskazał im drogę powrotną do domu z Kraju Olbrzymów. Był bardzo szczęśliwy widząc ich i ich dzieci, machał ogonem i skakał radośnie.Potem spojrzał poważnie na mężczyznę, jakby miał mu coś do powiedzenia.Micmac zwrócił się ku niemu, "Dobrze. W ciągu najbliższych trzech lat odwiedzę was. Skieruję się na południowy zachód." Wtedy pies polizał ręce, uszy i oczy człowieka i wrócił do domu.
Gdy minęły trzy lata, Indian wszedł do kanu i wiosłując bez strachu, odnalazł drogę do Kraju Olbrzymów. Zobaczył stające na plaży wigwamy, ogromne kanu cumowały na brzegu, z daleka dostrzegł starego olbrzyma idącego by go powitać.Ale był on sam. Po powitaniu, gdy był już w wigwamie, dowiedział się, że wszyscy synowie olbrzyma nie żyją.
Umarli przed trzema laty, gdy pojawił się rekin, wielki czarodziej.
Synowie odeszli, a starcowi pozostało niewiele już czasu. Dokonali magicznej przemiany i umarli, a ich ojciec miał wkrótce dołączyć do nich w jego własnym królestwie. Ale zanim odejdzie, chciał przekazać Micmacowi ich wielkie dziedzictwo, ich magię.
Następnie olbrzym przyniósł ubrania jego syna i poprosił, by Indian je ubrał.Wyglądało to, jakby został poproszony, by ubrał się strój wielkości ogromnego domu, którego nawet najmniejsza fałdka była dla niego niczym pieczara. Lecz gdy tylko w nie wszedł, zaczął szybko rosnąć do wielkich rozmiarów, jego ciało wypełniło daną mu garderobę. Stał się olbrzymem z Kraju Olbrzymów. Z ubraniem oblała mądrość, m'téoulin, potęga Manitou, największej i najmądrzejszej istoty odległych czasów. Stał się Megumoowessoo, i zdobył to, co było dotąd Tajemnicą.

piątek, 7 marca 2014


Smutnooki wódz
przeszłość pokrył całun krwi,
przeszłość obmyły gorzkie łzy.

Smutnookui wódz
teraźniejszość znaczy chłód i trud,
teraźniejszość znaczy biały ból.

Smutnooki wódz
przyszłość kołysze w przestworzach marzenia,
przyszłość ginie we mgle jak w słońcu lód.

poniedziałek, 3 marca 2014

×××


Kiedy w sobote obchodzilam urodziny to w sumie nie mialam z
byt wiele czzasu na myslenie o Indianach, ale kiedy mialam zdmuchnac swieczki to pierwsze i jedyne, co mi przyszlo do glowy to to by kiedys byc wsrod Indian. Dopiero po pewnym czasie dotarlo do mnie, ze moglam zamarzyc sobie setki rzeczy: dobrze zdana matura itp.ale to moze jakas ukryta podswiadomosc wysunela na pierwszy plan cos co w glebi serca jest najwazniejsze. Bo oprucz marzenia o lataniu tylko to bybyc z Indinami mam niezmiennie od kilku lat:-) 

niedziela, 2 marca 2014

Mowa Czarnego Łosia na szczycie świętej góry Harney Peak


Hej-a-ahej! Hej-a-ahej! Hej-a-ahej!Praojcze, Wielki Duchu, raz jeszcze spójrz na mnie na ziemi i skłoń swe ucho, by usłyszeć mój głos!Ty żyłeś przed wszystkimi, jesteś starszy niż wszystkie potrzeby, starszy niż wszystkie modlitwy. Wszystko należy do Ciebie: dwunożne istoty, czworonożne istoty, uskrzydlone istoty, zielone istoty, wszysko co żyje. Ty ustanowiłeś moce czterech stron świata by się przecinały. Dobrą drogę i drogę trudności Ty ustanowiłeś by się przecinały; święte jest miejsce gdzie one się przecinają! Dniem i nocą, na zawsze, Ty jesteś życiem wszystkiego!Dlatego wysyłam głos, mój Praojcze, nie zapominając o niczym co stworzyłeś, ani o gwiazdach wszechświata, ani o ziołach ziemi. Powiedziałeśmi, kiedy byłem jeszcze młody i mogłem mieć nadzieję, że w trudnym czasie mam wysłać głos czterokroć, raz w każdą stronę świata, wtedy mnie usłyszysz.Dziś wysyłam głos zrozpaczonego ludu.Dałeś mi fajkę, z jej pomocą miałem złożyć ofiarę. Teaz ją zobaczysz.Z Zachodu daleś mi czarkę żywej wody i święty łuk, moc dawania życia i niszczenia. Dałeś mi święty wiatr i ziele ze strony gdzie mieszka Biały Olbrzym, to moc oczyszczania i uzdrawiania. Gwiazdę poranną i fajkę dałeś mi ze Wschodu, a z Południa święty okręg ludu o drzewo, które miało zakwitnąć. Zabrałeś mnie w miejsce pośrodku świata i pokazałeś mi dobroś i piękność i dziwność zieleniejącej ziemi, jedynae Matkii tam pokazałeś mi duchowe kształty wszystkich rzeczy takie, jakimi powinny być, i widziałe, je.I powiedziałeś, że w środku świętego kręgu mam posadzić drzewo, by kwitło.Ze łzami, o Wielki Duchu, o Wielki Duchu, mój Praojcze, ze spływającymi łzami muszę teraz powiedzieć, że drzewo nigdy nie zakwitło. Nieszczęsny starzec, takim mnie tu widzisz, mój czas przeminął i nie zrobiłem nic. Tu, w centrum świata, gdzie zabrałeś mnie gdy byłem młody i gdzie mnie uczyłeś, tu stoję, starzec, a drzewo zwiędło, o Praojcze, o Praojcze!Znów, być może ostatni raz na tej ziemi przypominam sobie wielką wizję, którą mi zesłałeś. Być może jeszcze gdzieś maleńki korzeń świętego drzewa pozostaje żywy. Chroń go więc, by wypuścił liście i kwiaty i by wypełnił się śpiewającym ptactwem. Wysłuchaj mnie, nie ze względy na mnie, lecz ze względu na mój lud; ja jestem stary. Spraw, by mógł kiedyś powrócoć do świętego kręgu i odnaleźć dobrą czerwoną drogę, i cieniste drzewo.W smutku wysyłam słaby głos, o sześć mocy świata! Usłyszcie mnie w mym smutku, być może już więcej nie zawołam. Sprawcie, by mój lud żył!
http://www.oocities.org/wlodek_fenrych/teksty_wlodka/blackelk.htm

środa, 26 lutego 2014

CZARNY ŁOŚ CYTATY


Czasem sny są mądrzejsze niż rzeczywistość.

Każdy człowiek (...) który przywiązuje się do wartości i spraw tego świata, żyje w ignorancji i zostanie pożarty przez węże, które symbolizują jego własne namiętności.

Moc kobiety rośnie razem z księżycem, narasta i zanika razem z nim.

Nic nie może być dobre samo w sobie, jeśli nie żyje zgodnie ze sposobem, w jaki – dla wypełnienia swego zadania – żyje i porusza się Moc Świata.

Prawda przychodząca na ten świat ma dwie twarze. Jedna jest smutna od cierpienia, a druga się śmieje; jest to jednak ciągle ta sama twarz – roześmiana czy zapłakana. Kiedy ludzie są już zrozpaczeni – może lepszy jest dla nich śmiech, kiedy zaś czują się zbyt dobrze i są zbyt pewni swojego bezpieczeństwa, może lepiej będzie, jeśli ujrzą twarz zapłakaną.

Wszystko, co czyni Indianin, dzieje się w kręgu; dlatego, że Moc Świata zawsze przejawia się w kręgu i wszystko stara się być okrągłe.

Za kobiecą mocą życia ukryta jest moc mężczyzny.

Życie człowieka zatacza krąg od dzieciństwa do zdziecinnienia.

CZARNY ŁOŚ

sobota, 22 lutego 2014

Robert A. Swanson - Mały wojownik


odłóż teraz ten bęben, mały wojowniku
nie wolno ci hałasować w mieście
odwieś teraz mokasyny, mały wojowniku
nie masz prawa tańczyć w mieście
nie mów teraz językiem swego ojca,
mały wojowniku
jesteś teraz w mieście
i nie ma tu żadnych Indian

poniedziałek, 17 lutego 2014

myślę sobie, że...


    Tak to my jesteśmy dzikusami,
    gdziee się nie pojawiamy
    wprowadzamy zamęt i bałagan 
    próbujemy zmieniać świat na"lepsze",
lecz nic nam z tego nie wychodzi,
     zapomnieliśmy już
    jak żyć w harmonii z naturą 
i słuchać ciszy, 
inne ludy
    powinny nas ucywilizować. 
Na pewno nie zorganizowały by nam 
takiej rzezi jak to my potrafimy
i nie zakazały wszystkiego co dla nas Najwazniejsze.

sobota, 15 lutego 2014

Robert A. Swanson - Dziecko nadziei


każde dziecko które jest
owinięte w indiański koc,
każde dziecko które uczy się
indiańskiej tradycji,
każde dziecko które rozumie
indiańską mowę,
staje się wszędzie
dumą i nadzieją Indian

piątek, 14 lutego 2014

O tym jak młodzieniec umarł w imię miłości

 O tym jak młodzieniec umarł w imię miłości



Legenda Algonquinów
Odległe czasy. Dwaj bracia pojechali jesienią na polowanie, tak daleko, jak daleko sięgają wody Penobscot, tam, gdzie wszędzie jest zima. Ale w marcu ich śniegowce (agahmook) zużyły się, podobnie jak ich mokasyny. Zamarzyli wtedy o kobiecie, która by mogła je naprawić.
Kiedy nazajutrz młodszy brat jako pierwszy powrócił do domu, co zwykle robił by przygotować wszystko na powrót starszego brata, zdumiał się gdy ujrzał, że ktoś tu był przed nim i do tego zrobił wszystkie domowe prace. Garderoba została naprawiona, dom wysprzątany i zamieciony, ogień rozpalony a na nim gotująca się w garnuszku strawa. Nie opowiedział o tym bratu, a gdy następnego dnia wrócił do domu wszystko się powtórzyło. I znów niczego bratu nie powiedział, ale rano, gdy wyruszył na polowanie odszedł tylko kawałek i wrócił, by z ukrycia obserwować wejście do domu. Wkrótce nadeszła piękna i pełna wdzięku dziewczyna, we wspaniałym ubraniu, która weszła do wigwamu. Mężczyzna podkradł się cicho i przez dziurę zobaczył jak dziewczę zajmuje się zajęciami domowymi.
Wtedy wszedł do środka. Dziewczyna wydawała się być zaskoczona i zmieszana, ale on ją uspokoił i wkrótce się zaprzyjaźnili. Cały dzień zabawiając się niczym dzieci, bo przecież oboje byli bardzo młodzi.
Kiedy słońce się obniżyło, a cienie wydłużyły, dziewczyna rzekła, "Muszę już pójść. Słyszę, że twój brat nadchodzi, a boję się go. Ale wrócę jutro. Addio!" I poszła, a starszy brat niczego się nie domyślił. Nazajutrz dziewczyna znów przyszła i znowu igrali w świetle słonecznym aż do wieczora, ale chciała znów odejść, młodzieniec zaczął ją przekonywać by pozostała z nim na zawsze. Ona mając wątpliwości odpowiedziała, "Powiedz bratu o wszystkim, że mogę z wami zamieszkać i pomagać wam obu. Mogę naprawić wam śniegowce i mokasyny, których tak bardzo potrzebujecie, kanu również." Potem odeszła, wrócił starszy brat, a młodszy opowiedział mu o wszystkim, a ten odpowiedział, "Naprawdę bardzo się ucieszę mając tu kogoś, kto zatroszczy się o wigwam i naprawi nam śniegowce."
Dziewczyna przyszła rano i dowiedziała się, że starszy brat ucieszył się, że ona z nimi zamieszka. Gdy to usłyszała poszła gdzieś podrygując. Wróciła po południu ciągnąc toboggin (sanie) obładowany ubraniami i bronią, gdyż i ona polowała. I trzeba przyznać, że potrafiła robić rzeczy, których niejedna kobieta nie potrafiła; gotowała, szyła, robiła wszystko, czego tylko potrzebuje Indianin. Zima minęła w miłej atmosferze, śnieg zaczął topnieć co było dla braci znakiem powrotu do wioski. Dopóki nie pojawiła się dziewczyna, bracia mieli niewiele szczęścia podczas polowania. Ale wraz z jej pojawieniem się, wszystko się zmieniło, bracia mieli zgromadzoną bardzo dużo wspaniałych futer.
Załadowali wszystko do kanu i popłynęli w dół rzeki do swojej wsi. Ale gdy się do niej zbliżyli, dziewczyna posmutniała, ponieważ ich dom odpychał jej duszę, choć oni nie zdawali sobie z tego sprawy. I nagle, gdy tylko przybili do brzegu, dziewczyna powiedziała, "Tutaj muszę was opuścić. Nie mogę iść dalej. Nie mówcie o mnie swoim rodzicom, gdyż wasz ojciec mógłby mnie pokochać." Bracia próbowali ją przekonać, lecz ona I młodzi ludzie szukali przekonać ją, lecz ona tylko smutno powiedziała, "Tak być nie może." Nie mogąc nic więcej zrobić, bracia poszli do domu niosąc futra, a starszy brat był tak dumny z ich szczęścia i dziwnego spotkania z nieznajomą, że nie mogąc się powstrzymał, opowiedział o wszystkim.
Wtedy ojciec bardzo rozgniewany powiedział, "Całe moje życie obawiałem się tego. Wiedzcie, że ta kobieta jest leśnym demonem, wiedźmą Mitche-hant, siostrą Oonahgamess i Ke'tahks." A mówił o tym tak długo i przekonująco, że bracia przerazili się, a starszy, którego przekonała opowieść ojca, wyruszył z zamiarem zabicia jej. Młodszy brat niedługo potem poszedł za nim. Znaleźli ją kąpiącą się w strumieniu, a ona widząc ich pobiegła na małe wzgórze. Gdy biegła, starszy brat strzelił do niej z łuku. Wtedy nastąpiło coś dziwnego, usłyszeli trzepot piór i zobaczyli ją jak odlatuje jako kuropatwa. Po powrocie opowiedzieli o wszystkim ojcu, a ten rzekł, "Dobrze sobie poradziliście. Wiem wszystko o tych kobietach demonach, które chcą zniszczyć ludzi. To doprawdy była Mikumwess."
Ale młodszy brat nie mógł zapomnieć o dziewczynie, strasznie tęsknił i zapragnął znów ją zobaczyć. Tak więc pewnego dnia poszedł do lasu i ją odnalazł. Dziewczyna była dla niego tak uprzejma jak wcześniej. Młodzieniec rzekł do niej, "Przysięgam, że nie ja tamto uczyniłem, to strzelał do ciebie mój brat." Ona odpowiedziała, "Wiem o tym. Wiem też, że wszystko to było za namową twojego ojca, ale i jego nie winię, ponieważ wszystko się stało przez tę sprawę z dawnych czasów z N'karnayoo, której końca nie widać, a najważniejsze jeszcze nadejdzie. Pozwólmy by dziś było dniem dzisiejszym, jutro było przyszłością, a to co wczorajsze niech odejdzie." Zapomnieli więc o kłopotach i razem cały dzień, aż do zachodu słońca, wesoło się zabawiali w lesie i na polanach, opowiadając przy tym historie z dawnych czasów. A gdy Kah-kah-goos, czyli Kruk, odleciał do swoich gniazd, chłopiec powiedział, "Muszę wracać" a ona odpowiedziała, "Gdy kiedykolwiek zapragniesz mnie widzieć, przyjdź do lasu. I zapamiętaj co ci powiem: nie zgadzaj się poślubić nikogo poza mną, jako, że twój ojciec chce byś to uczynił i wkrótce z tobą o tym porozmawia, i mówię o tym tylko ze względu na ciebie." Potem słowo w słowo powiedziała mu, co powie jego ojciec, ale go to nie zdumiało, gdyż wiedział, że dziewczyna różniła się od zwykłych kobiet, jednak go to nie obchodziło. Stał się z tą chwilą odważny i śmiały, i był ponad tym wszystkim. i wtedy on był przede wszystek rzeczami, a późniejsze jej słowa, że jeśli poślubi inną, to z pewnością umrze, wydały się dla niego drobnostką.
Gdy wrócił do domu, jego ojciec powiedział, "Mój synu, przyprowadziłem ci żonę, którą musisz natychmiast poślubić." On odpowiedział, "Dobrze. Niech tak będzie." Wtedy nadeszła panna młoda. Cztery dni trwały ślubne tańce, cztery dni ucztowali. Czwartego dnia młodzieniec rzekł, "To już koniec," i położył się na białej, niedźwiedziej skórze, zmorzony przez nieznaną chorobę, a gdy przywiedli do niego jego żonę, już nie żył.
Tylko ojciec wiedział, co stało się z jego synem, ale nikomu nic nie powiedział. Ale szczerze znienawidził to miejsce, i wraz z żoną opuścił je, odchodząc gdzieś w odległe ostępy.

http://czytadla.blogspot.com/2009/05/o-tym-jak-modzieniec-umar-w-imie-miosci.html