wtorek, 22 kwietnia 2014

Zabiłem jelenia
Zgniotłem konika polnego
I rośliny którymi się żywił
Zraniłem serce
Starego drzewa rosnącego strzeliście
Zabrałem rybę z wody
I ptaka z nieba
W moim życiu potrzebowałem śmierci
Ażeby podtrzymać swoje życie
Kiedy umrę będę musiał dać życie
Tym co mnie karmili
Ziemia otrzyma me ciało
I podaruje je roślinom
I gąsienicom
Ptakom
Kojotom
Każdemu w odpowiednim czasie aby
Koło Życia nie zostało przerwane.

(Anonimowy poeta indiański; ze zbioru poezji: Levitas, Vivelo, Vivelo
"American Indian Prose and Poetry" oraz R.Kaiser "This Land is Sacred")

sobota, 19 kwietnia 2014

Vine Deloria - cytaty


- o obwinianych za wyginięcie mamutów:
Dobrym sposobem testowania teorii jest sprawdzenie, co mówią o niej naukowcy, gdy dyskutują na inny temat i tylko wspominają ją marginesowo. Gdyby zapytać obrońców Cieśniny Beringa, czy na Syberii byli ludzie w okresach między zlodowaceniami, kiedy mogli wędrować bez zamarznięcia na śmierć lub wpadnięcia w szczeliny lodówca, to zapewniano by nas, że brzegi Syberii pełne były myśliwych gotowych do drogi. Ale wyobraźmy sobie, że pytamy jedynie o życie na Syberii w tym okresie. Zobaczmy, co naukowcy mówią o Syberii, gdy nie myślą o teorii Cieśniny Beringa.
Kazimierz Kowalski i N. K. Wereszczagin to dwaj znani badacze europejscy specjalizujący się w Europie Wschodniej i Rosji ery plejstocenu. Rozważając, czy paleomyśliwi wybili mamuty na Syberii, Kowalski napisał, że “mamuty prawdopodobnie nigdy nie były głównym pożywieniem grup ludzkich a ślady ludzkiej kolonizacji Syberii są w tym czasie rzadkie”. Mówimy więc o niewielkiej jedynie grupie ludzi na Syberii, a co dopiero o ich podróży na Alaskę. A takie grupki trudno uznać za zagrożenie dla mamutów czy innej megafauny.
Garstka ludzi żyjących wówczas na Syberii nie miała tendencji do migrowania z zachodu na wschód poprzez górskie grzbiety i niedostępne wyżyny. Spędzali raczej czas na wędrówkach z północy na południe i z powrotem, podążając za zwierzyną pasącą się sezonowo tam, gdzie pogoda była znośna. Ponieważ ci ludzie mieli zwierzyny pod dostatkiem, nie musieli wybijać żadnego z gatunków. Nie mieli też powodu do zbierania swoich rzeczy i przenoszenia się w niegościnne górskie rejony, gdzie trudniej byłoby polować a trawożernych ssaków byłoby znacznie mniej.

- o słoniach i Indianach
A co ze świadectwami ludzi dotyczącymi megafauny? Oto mamy bardzo kontrowersyjny temat, bowiem naukowa doktryna sugeruje, że megafauna została zniszczona tak dawno temu, że żadne społeczeństwo ludzkie nie może tego pamiętać. Nawet opowieści zachodniego społeczeństwa o potworach i smokach nie dopuszcza się jako możliwych wspomnień o megafaunie. Większość archeologów i antropologów automatycznie odrzuca tradycje ludów nie-zachodnich dotyczące naturalnego świata i ich doświadczeń w tym świecie jako przesądy niewarte uwagi. W efekcie, trudno jest przedłożyć dowody z ustnej tradycji, które mogłyby zapewnić wymaganą identyfikację.
Gdzie więc zdobyć przekonujące dowody, że niektóre indiańskie narody posiadały wiedzę o niktórych gatunkach megafauny? Siuksowie znaja konstelacje gwiezdną, którą nazywają “Włochaty Słoń”. Biorąc pod uwagę, że pułapka na mamuty w Hot Springs, w Dakocie Południowej, która dostarczyła sporą ilość szkieletów, znajdowała się w sercu ziem Siuksów, istnieją podstawy do przypuszczeń, że nazwa tego gwiazdozbioru odzwierciedla wspomnienia i życiowe doświadczenia tego ludu związane z mamutami.
Jednak w ogóle bardzo trudno jest odnaleźć tradycje mówiące o tych stworzeniach, bowiem Indianie mają inne sposoby opisywania niezwykłych zwierząt, które nie zawsze odpowiadają takiemu opisowi, który naukowcy i badacze uznaliby za trafny.
Wiele opowieści ze wschodnich lasów opisuje wielkie stworzenie jako ogromnego łosia, niedźwiedzia, bizona czy łosia, a nie jako mamuta i nie da się powiedzieć, czy Indianie mówili o megafaunie, czy tylko o przerośniętym i robiącym wrażenie przedstawicielu któregoś z gatunków współczesnych. Cechą charakterystyczna tytch bestii, niezaleznie od pochodzenia plemiennego, jest to, że zwsze mówi sie o nich jako o drapieżnikach. Na przykład Siuksowie i Szejenowie opisują swojego wielkiego bizona jako mięsożercę i nacisk na to stale drażni osoby usiłujące doszukiwać się sensu w tradycji. Czasem jednak indiańskie opowieści są tak drobiazgowe w szczegółach, że nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tego, o jakich doświadczeniach mówią.

- o wędrówce koni, wielbłądów i bizonów:
Czytałem pewnego popołudnia popularne opracowanie historyczne Donalda Worstera Dust Bowl, gdy natrafiłem na następujący fragment: “Konie i wielbłądy rozpoczęły swój żywot 45 milionów lat temu na trawiastych równinach Ameryki Północnej, migrując następnie przez pomost lądowy Beringii do Azji. Tę samą trasę – tylko w przeciwnym kierunku – przebył w epoce lodowcowej bizon, odkrywając krainę, w której mógł się rozwijać.” Z pewnością nie chciałbym kwestionować lub podważać badać Worstera ani jego naukowej reputacji, ale wydaje mi się niewiarygodne, aby dwa trawożerne zwierzęta, bardzo dobrze przystosowane do trawiastych równin Nebraski i Kansas, nie mogły się tam rozwijać i musiały pakować manatki i przenosić ku północy w coraz chłodniejszy klimat, gdzie trawy jest niewiele, w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia.
Nie potrafię sobie wyobrazić tysięcy, czy nawet milionów koni i wielbłądów walczących o pokonanie Gór MacKenzie'go, czy tłoczących się na Przełęczy Skagway, przekraczających pomost lądowy a następnie z tuzin koniecznych do przebycia dzikich grzbietów górskich, by wreszcie odnaleźć dom w stepach Azji. Czy dla potrzeb migracji nagle zmieniły swoją dietę z trawy na korę drzew i tundrę, lub ciągnęły ku azjatyckim stepom w jakiejś mistycznej wizji?
Migracja bizonów, zdaniem pewnych naukowców, jest dużo bardziej wiarygodna. Już to sobie wyobrażam. Bison bison i Pani Bizon pasą się spokojnie w Azji środkowej, nie troszcząc się o świat, gdy nagle widzą spacerujące obok konie i wielbłądy – zapewne w drodze do Egiptu. Bystry Bison bison zwraca się do Pani Bizon i oznajmia radośnie: “Kochanie, czy zdajesz sobie sprawę, że w Kansas i Nebrasce otwarła się właśnie nisza dla zwierząt trawożernych?” Całe stado jest bardzo podniecone tą perspektywą pomimo tego, że na amerykańskich równinach pasą się już gigantyczne Bison taylori i Bison latifrons.
Wieść obiega Azję środkową i wkrótce cały gatunek Bison bison decyduje się przekroczyć Cieśninę Beringa, wiedząc doskonale, że szlak został już wytyczony przez wielkie stada koni i wielbłądów, które przebyły go wcześniej w przeciwnym kierunku. Bison bison jest szczęśliwy, bo Cieśninę Beringa przekraczają także Indianie i wszystko jest już gotowe pod wielki Amerykański Zachód za 12000 lat, gdy Indianie Równin będą polować na bizona i sprzedawać jego skóry zaś Buffalo Bill zyska sławę dzięki niemal całkowitej jego eksterminacji.


czwartek, 10 kwietnia 2014

Vine Deloria - cytaty


- o wyjątkowości obecnego społeczeństwa:
Większość Amerykanów nie zatrzymuje się, by spoglądnąć wstecz na wydarzenia ostatnich dwustu lat, które uczyniły nasze społeczeństwo i czas wyjątkowymi. Wraz z triumfem darwinowskiej ewolucji jako uznawanego wyjaśnienia początków naszej Ziemi – a w zasadzie całego wszechświata – staliśmy się pierwszym społeczeństwem ludzi, którzy akceptują czysto mechaniczne początki samych siebie i całej tej obfitości życia, które znajdujemy na planecie Ziemia. Nauka mówi nam, że cała ta panorama życia, nasze najgłębsze doświadczenia, nasze najbardziej ukochane idee i emocje sa jedynie rezultatem szczęśliwej kombinacji aminokwasów, które połączyły się miliardy lat temu i że nasze najgłębsze doświadczenia są zwykłymi impulsami elektrycznymi będącymi logiczną konsekwencją tego pierwszego wypadku. Kiedy bronimy tego punktu widzenia, stajemy samotni wobec zbiorowej pamięci i mądrości wszystkich innych społeczeństw. Bronimy naszego stanowiska, oskarżając naszych przodków i istniejące społeczności plemienne o bycie przesądnymi i ignorowanie rzeczywistych przyczyn organicznej egzystencji. Czy naprawdę mamy podstawy do tego przekonania?

- o znaczeniu ustnej tradycji:
Nie-zachodnim, plemiennym odpowiednikiem nauki jest tradycja ustna, lekcje przekazywane z pokolenia na pokolenie przez niezliczone wieki. Tradycja ustna jest luźnym zbiorem materiału anegdotycznego, który – wzięty razem – wyjaśnia naturę fizycznego świata doświadczanego przez ludzi i ważne wydarzenia z ich historycznej podróży. Stary Testament był kiedyś tradycją ustną, dopóki nie został spisany. Sagi i eddy tworzą część europejskiej tradycji ustnej. Ze względu na zainteresowanie duchowością ustnym tradycjom Indian przypisano ostatnio pewną romantyczność i w rezultacie część ludzi zaczęła wierzyć, że tradycje ustne odnoszą się tylko do kwestii religijnych. Taki opis nie jest prawdą. Większość indiańskich tradycji dotyczy raczej zwykłych spraw, takich jak rośliny, zwierzęta, pogoda i wydarzenia z przeszłości, które nie mają charakteru religijnego.
Dopóki indiańskie plemiona i – szerzej – inne ludy plemienne były zdominowane przez inwazję kolonizujących je narodów zachodnich, tradycji ustnej nie traktowano jak zwyczajnej informacji o dawnych wydarzeniach, ale jak szczegółową wiedzę o ptakach, zwierzętach, roślinach, tworach geologicznych i religijnych doświadczeniach danej grupy. Czasem wizje różnych plemion pasowały do siebie, opisując pewne wydarzenie, doświadczenie lub warunki, a czasami – nie.
Starszyzna plemienna nie martwiła się tym, że ich wersja stworzenia była całkiem inna, niż scenariusz przekazywany przez sąsiednie plemię. Ludzie wierzyli, że każde plemię ma własny szczególny związek z wyższymi siłami duchowymi, które rządzą wszechświatem. Zadaniem każdego plemienia było pozostać wiernym temu szczególnemu powołaniu bez martwienia się o to, co robią inni. Plemienna wiedza to nie fragmentaryczne dane ułożone zgodnie z racjonalną spekulacją. To wyciąg z pamięci Ludu, opisujący wydarzenia, których doświadczył i ziemie, na których żył. Black Elk dobrze wyjaśnił tę metodologię Johnowi Neihardtowi: “Tak mówią i nie wiem, czy tak było, czy nie; ale jeśli się nad tym zastanowisz, to zrozumiesz, że to prawda”. Ludzie czuli, że tradycja ustna jest poważna. Była to wiedza - i nawet najbardziej nieprawdopodobne jej aspekty mogły być uważane za prawdziwe.

- o roli teorii o Cieśninie Beringa:
Może się wydawać, że wystarczająco długo zastanawiałem się nad pochodzeniem człowieka, eliminując w rezultacie teorę o Cieśninie Beringa jako możliwe wyjaśnienie sposobu zasiedlenia Półkuli Zachodniej przez Indian i że poświęcenie dłuższego czasu na to jest zbyteczne. Nic nie jest dalsze od prawdy. Większość Amerykanów nie dostrzega związku między rozmaitymi teoriami naukowymi ani nie rozumie, że zmiana lub upadek jednej ważnej doktryny naukowej wymaga istotnego dostosowania wszystkich innych doktryn, których słuszność opierała się na niej. Dlatego ludzie akceptujący ideę, że przestarzałe wyjaśnienia ewolucji człowieka uległy zasadniczym zmianom będą nadal trzymać się teorii Cieśniny Beringa, mimo iż jest to wielka niekonsekwencja.
Teoria ta ma ścisłe związki z bieżącą polityką, które sprawiają, że wielu ludziom trudno się z nią rozstać. Żywe jest wciąż znaczne poczucie winy w związku ze sposobem, w jaki Europejczycy najechali i zasiedlili Półkulę Zachodnią. Pięć stuleci brutalności odcisnęło się na świadomości, a to z kolei zrodziło dwa przekonania służące do usprawiedliwiania tej przykrej historii. Ludzie chcą wierzyć, że Ameryka była pustym, niezagospodarowanym żyznym obszarem czekającym na wzięcie pod uprawę zgodnie ze świetymi nakazami Boga. Cała półkula należała więc do tego, kto mógł uwolnić ją ze stanu dzikości. Przekonaniu temu towarzyszy idea, że Indianie nie byli pierwotnymi mieszkańcami Półkuli Zachodniej, ale późnymi przybyszami, którzy ledwie rozpakowali się, zanim Kolumb zapukał do drzwi. Jeśli Indianie przybyli kilka wieków wcześniej to nie mieli prawdziwych praw do ziemi, których nie mogłoby ich pozbawić europejskie odkrycie. Aleś Hrdlićka ze Smithsonian Institute poświęcił życie na dyskredytowanie wczesnego zasiedlenia Ameryki Północnej a całe pokolenie naukowców, strachliwie naśladujących mistrza, wolało raczej odrzucać twierdzenia kolegów, niż urazić potężnego badacza. Ostatecznie, kłopotliwe odkrycie, że w zachodnich stanach występują obficie groty kultur Clovis i Folsom, zmusiło do przyznania, że Indianie mogli pobić Kolumba o ładnych kilka stuleci. Poglądy te mają znaczny wpływ na to, jak nie-Indianie postrzegają roszczenia wysuwane przez Indian.



Wszystkie cytaty na podstawie Red Earth. White Lies. Native American and the Myth of Scientific Fact, Fulcrum Publishing, Golden, Colorado, 1977

http://www.indianie.eco.pl/litera/Deloria_o.html

sobota, 5 kwietnia 2014

Indianie Hopi

Ich przodkowie: Anasazi pochodza podobno od Atekow i przybyli na tereny Arizony okolo 5tys. do 10 tys. lat temu. Do teraz posluguja sie jezykiem Uto-Azteckim jak i bardziej powszechnym w USA jezykiem Indian Szoszonow. Zajmuja sie hodowla i podstawowym rolnictwem

Indianie Hopi wierza w tzw. Kachinas, bogow ktorzy zstapili na ziemie, aby pomoc ludziom zdobywac madrosc i lepiej zyc. Hopi opowiadaja, ze Kachinas wspolzyli tez z ludzkimi kobietami. Ich wiedza o astronomii, jakkolwiek uzywaja innych nazw dla okreslania gwiazd i konstelacji gwiezdnych, jest w gruncie rzeczy identyczna z wiedza zachodniego swiata (wspolczesna astronomia). Wierza, ze kiedys zyli w centrum ziemii, na Zolwiej Wyspie i ze w tych czasach byly otwarte portale miedzywymiarowe, ktore nazywaja dziurami w niebie.Mowia tez, ze wtedy przestrzen kosmiczna miala swoje granice, w ktorych zyly 4 grupy pozaziemskich cywilizacji.

Wedlug ich wierzen, w glebii ziemii istnieja ukryte, swiete miejsca, do ktorych aktualnie maja dostep tylko najwyzsi Szamani na ziemii. Nazywaja te miejsca: Achivas. Zgodnie z legenda Hopi, Achivas powstaly, poniewaz kazda epoka czlowieka konczy sie jego czesciowa zaglada i tylko czysci w sercu, zyjacy zgodnie z natura, sa tam wprowadzani aby moc przetrwac zaglade i rozpoczac nowa epoke czlowieka. Achivas sa w specjalny sposob chronione aby ludzie niepowolani nie mogli ich odkryc. Hopi mowia, ze poprzednim razem zeszli do Achivas wraz z ludzmi Ant, ktorzy wedlug ich opisow bardzo przpominaja znane nam UFO Szaraki (duze glowy, mala i cienkie cialka, dlugie palce, itd. Ich rysunki wyraznie sugeruja, ze istoty te posiadaly zdolnosci telepatyczne.

Opowiesci indian Hopi mowia, ze Kachivas ukrywaja swoje pojazdy w specjalnie uksztaltowanych (w dysk) chmurach, ktore czasami mozna dojrzec nad szczytami niektorych gor. Chmury takie potrafia osadzic sie tam na wiele godzin.

Hopi wierza, ze sa bezposrednimi potomkami Plejadan, z konstelacji Plejad. Takze u plemion Navajo, Irokezow i Cree historia ta jest znana i powtarzana. Na pzrklad indianie Cree mowia, ze keidys zeszli na ziemie w postaci duchowej aby nastepnie przebrac postac z ciala i krwi.

Hopi posiadaja rysunki stakow powietrznych w formie oswietlonych dyskow,

http://www.globalnaswiadomosc.com/hopi.htm

wtorek, 1 kwietnia 2014

opowieść Białego Niedźwiedzia



Biały Niedźwiedź, jeden z najważniejszych Indian Hopi, którzy mieszkają w rezerwacie w stanie Arizona, jest mądrym, osiemdziesięcioletnim starcem, należącym do szczepu Kojotów i będący członkiem sądu plemiennego Indian Hopi. Poniżej jego opowieść.
Przed rozpoczęciem relacji Biały Niedźwiedź zapewnił, że nadszedł czas opowiedzieć, kim są Indianie Hopi i dlaczego osiedlili się tu, gdzie żyją po dziś dzień:
Kiedy będę ci opowiadał naszą historię, musisz pomyśleć o tym, że czas nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia. Dziś czas jest czymś ważnym, czas wszystko komplikuje, czas staje się przeszkodą. Ale w historii mojego ludu czas nie był istotny, był równie mało ważny jak dla samych stwórców."
Podobnie jak podania Majów i Azteków, także historia Indian Hopi wymienia cztery epoki. Czasy, w jakich żyjemy obecnie, to epoka czwarta. Przed tysiącami lat przodkowie Indian Hopi mieszkali na kontynencie w rejonie Oceanu Spokojnego, kontynent ów zwał się Kasskara. Potem wybuchła międzykontynentalna wojna. W tej epoce Kásskara zaczęła pogrążać się w oceanie, nie był to jednak – tak jak w Biblii czterdziestodniowy potop, lecz zapadanie się kontynentu. W końcu nad wodę wystawały tylko najwyżej położone części lądu – dziś jest to kilka wysp mórz południowych. Indianie Hopi zostali zmuszeni do odwrotu. W ucieczce pomagali im Kaczynowie. Biały Niedźwiedź wyjaśnia, że słowo „Kaczynowie" znaczy tyle co „dostojni i poważani wtajemniczeni", elita, z którą jego lud miał zawsze kontakt. Kaczynowie, którzy co pewien czas odwiedzali Ziemię, byli istotami cielesnymi, pochodzącymi z planety Toonaotekha oddalonej od Układu Słonecznego.
KaczinaKaczynowie znali trzy kategorie wtajemniczonych – byli to twórcy, nauczyciele i strażnicy praw. Hopi twierdzą, że także Kaczynowie-twórcy produkowali w tajemniczy sposób różnych ludzi.
Mistyka takich narodzin jest dla Białego Niedźwiedzia jasna: „Choć zabrzmi to dziwnie, nigdy nie dochodziło do obcowania, nie było stosunków płciowych, lecz wybrane kobiety zachodziły w ciążę." To samo stwierdzenie znajdujemy w PopoI Vuh. Pierwsi ludzie zostali poczęci „bez udziału ojca. [...] Jedynie mocą nadprzyrodzoną, za sprawą czarów zostali stworzeni i utworzeni [..]". W PopoI Vuh możemy również znaleźć informację, że pośród stworzonych byli mężowie, których mądrość była wielka. Biały Niedźwiedź nie czytał wprawdzie PopoI Vuh, ale wie z legend Indian Hopi: „Istnieli cudowni, potężni mężowie, gotowi zawsze do niesienia pomocy, nigdy zaś do niszczenia".
Biały Niedźwiedź opowiada, jak Kaczynowie pomagali jego ludowi w exodusie. Zastosowano trzy metody ewakuacji. Na „latających tarczach", czyli niebiańskich pojazdach bogów, wywieziono z niebez­piecznej strefy elity społeczne, które miały przygotować nowy kraj Amerykę Południową – na przyjęcie kolejnych fal emigrantów. Do transportu masowego używano "wielkich ptaków" oraz statków, łodzi i kanu najróżniejszej wielkości.
Biały Niedźwiedź nie potrafi niestety na podstawie legend opisać, jak z technicznego punktu widzenia wyglądały „latające tarcze", twierdzi tylko, że kształtem przypominały podobno połówkę dyni. Niepojęte pojazdy niebieskie, o których mówi legenda, było widać świadczą o tym rysunki naskalne w Oraibi, najstarszej osadzie Indian Hopi w Arizonie. Jeden z nich ukazuje kobietę siedzącą w środku tarczy, której brzegi są wygięte ku górze – pod spodem wyryto pierzastą strzałę. Biały Niedźwiedź tłumaczy, że strzała symbolizuje „latanie" i „prędkość".
Biały Niedźwiedź opowiada, że kolejną grupę mieszkańców Kasskary ewakuowano „na grzbietach wielkich ptaków”.
Trzecia, najliczniejsza grupa uciekinierów z Kasskary dotarła do Ameryki Południowej na statkach i niewielkich łodziach. I w tej masowej ewakuacji brali udział bogowie. Kaczynowie, prowadzili konwój statków i łodzi od wyspy do wyspy, nie pozwalając mu zboczyć z kursu.
Po przybyciu osiedleńców na miejsce rozpoczął się dla nich kolejny etap historii. Indianie mnożyli się, rozwijali interesy plemienne, dzielili się na szczepy. Niektóre grupy w trakcie wędrówki trwającej kilka tysięcy lat przeszły z południa na północ. Wśród nich znalazły się również szczepy Niedźwiedzi i Kojotów. Do tych ostatnich należy Biały Niedźwiedź. Czy więc Indianie Hopi mogą się powoływać na to, że są ogniwem łączącym teraźniejszość z przeszłością, liczącą sobie wiele tysięcy lat? Biały Niedźwiedź zakreśla granice takich możliwości:
„Nie wszyscy ludzie, którzy przybyli do czwartego świata i zamiesz­kali w Taotoóma, byli Indianami Hopi. Powiedzmy raczej, że wśród tych ludzi znajdowali się nasi przodkowie. Spośród wielu, którzy przybyli do Ameryki Południowej, mianem Hopi określano tylko tych, którzy dotarli w końcu do Oraibi, a mianem tym określono ich dopiero, kiedy zostali tam przyjęci."
W łonie wielkiego ludu Hopi powstawały nowe plemiona, które się potem dzieliły. Plemiona te osiedlały się w wysokich górach i w pusz­czach, wśród nich znaleźli się przodkowie Majów, Inków i Azteków. Świadczy o tym niezbicie fakt, że z tymi legendami pokrywają się w treści inne przekazy, na przykład staroindiańskie rysunki naskalne.
Biały Niedźwiedź opowiada o mieście Palátquapi („Czerwona Zie­mia"), które jego przodkowie wznieśli w Ameryce Środkowej – było ono uważane za centrum nauki. Żaden Hopi „nigdy nie zapomni Palátquapi", nieważne, do jakiego należy szczepu, owo miasto bowiem wryło im się bardzo głęboko w pamięć. W Palátquapi stał trzypiętrowy budynek służący wyłącznie nauce. Budowano go stopniowo, każdy kolejny poziom odpowiadał wyższemu poziomowi wiedzy: im wyżej wznosiła się świątynia nauki, tym mniej Indian mogło tam dotrzeć.
Na parterze młodzi Indianie uczyli się historii swojego ludu, na pierwszym piętrze wykładano nauki przyrodnicze – łącznie z budową pierwiastków (chemia!). Rozwijano intelekt, rozbudzano umiejętność obserwacji, ugruntowywano umiejętność rozumienia harmonii wszelkich form życia w przyrodzie. Biały Niedźwiedź:
„Dlatego Indianie Hopi śpiewają podczas swoich uroczystości obrzędowych pieśni wychwalające przyrodę, która nas otacza, wy­chwalające wszystkie żywioły. Robią to na cześć wielkiej potęgi boskiej istoty."
Jeszcze wyżej, na trzecim piętrze, gdzie nauka była znacznie trudniejsza, a liczba studentów mniejsza, wykładano astronomię. Biały Niedźwiedź:
„Nauka zawierała informacje o szczegółach budowy Układu Słonecz­nego. Wiedziano, że Ziemia jest okrągła, że na powierzchni Marsa leży drobniutki piasek, że na Wenus, Marsie i Jowiszu nie istnieje życie."
Biały Niedźwiedź stwierdza, że wykłady prowadzili Kaczynowie.
Biały Niedźwiedź opowiada, że Indianie żyli w Palátquapi setki lat – dopóki eksplozja demograficzna nie zmusiła ich do szukania nowych siedlisk. Spowodowało to rozluźnienie więzi z Palátquapi, bo nowe wspólnoty chciały się uniezależnić od centrum. Kaczynowie opuścili miasto, ich czysta nauka ulegała rozwadnianiu tym bardziej, im bardziej Indianie zapominali o tych, którzy pomogli im osiągnąć tak wysoki stopień kultury. Mieszkańcy Palátquapi tworzyli sobie nowych bogów i bożków – doprowadziło to w końcu do straszliwych walk bratobój­czych. Wrogie sobie plemiona respektowały wprawdzie świątynie i piramidy dawnych bogów, ale obrzędy religijne traciły coraz bardziej tradycyjne formy, co sprawiło, że porzucano dawne ośrodki kultowe.
W ten właśnie sposób opustoszała stolica szczepu Łuków, miasto Tikal, gdzie prace wykopaliskowe doprowadziły ostatnio do odkrycia śladów istnienia osadnictwa preklasycznego. Wyludniły się też ulice i świątynie Palátquapi – dziś nazywanego Palenque.
Indianie pragnący żyć w zgodzie z naturą i prawami Kosmosu zakładali nowe osiedla. Pod znakiem pierzastego węża Jukatan stał się dominującym obszarem zamieszkanym przez szczep Wężów. Szczepy Niedźwiedzi i Kojotów osiedliły się bardziej na północ – mieszkają tam do dziś, o ile nie wymordowały ich lub nie wypędziły blade twarze. W Roteville, wsi Indian Hopi w Arizonie, odprawia się co roku w lutym „obrzęd pierzastego węża".

http://wigwam02.republika.pl/Wigwam33/bialynie.html

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwiastuny śmierci według Indian Omaha


Według Indian Omaha, śmierć człowieka poprzedzona jest różnorodnymi zwiastunami śmierci. Indianie Omaha wierzą, że nadchodzącą śmierć może przewidzieć osoba, która ma umrzeć, a także wybrani członkowie plemienia, którzy są obdarzeni magicznymi zdolnościami.

Według wierzeń członków plemienia Omaha, aby otrzymać dar przewidywania śmierci, należy poprzez modlitwę zwrócić się do boskiej siły Wakanda. Należy podkreślić, że taka modlitwa często trwa wiele dni i nocy. A co ważniejsze - prośba otrzymania "magicznych mocy" nie zawsze jest spełniana. Jeśli jednak modlitwa zostanie wysłuchana, naznaczony wybraniec dołącza do Stowarzyszenia Duchów.

Ludzie, którzy przepowiadają śmierć, doświadczają wizji, przedstawiających mężczyznę lub kobietę, poruszających się nad ziemią oraz otoczonych blaskiem światła. Wizjonerzy szczególną uwagę zwracają na twarz osoby, która im się jawi, ponieważ to właśnie wyraz twarzy świadczy o charakterze i okolicznościach, mającej nastąpić śmierci. Kiedy wizja przedstawia człowieka radosnego, śmierć nastąpi z przyczyn naturalnych lub też będzie spowodowana wypadkiem, czy walką na polu bitwy. W przypadku, gdy wizjoner smutną twarz lub też spuszczoną głowę, śmierć będzie efektem kłótni lub gniewu.

Jednym ze zwiastunów śmierci, w który wierzą Indianie Omaha jest wycie psa. Według członków plemienia Omaha, jeżeli wyjący pies zajrzy do danego domu, jednego z jego mieszkańców czeka śmierć. Innym zwiastunem śmierci jest także wizja zmarłych członków rodziny lub usłyszenie ich głosów.

Co ciekawe, Indianie Omaha wierzą, że poprzez odprawienie szczególnych rytuałów, przepowiedzianą śmierć można odgonić. Należy jednak podkreślić, że rytuały te mogą być wykonane jedynie przez odpowiednie osoby. Umiejętność odpędzenia śmierci posiadają ci spośród członków plemienia, którzy w czasie choroby lub z innych przyczyn zapadli kiedyś w śpiączkę i przeszli do świata duchów. Po wybudzeniu mogą oni widzieć duchy, przepowiadać śmierć, a także ją odganiać. Rytuały odganiające śmierć, zwykle trwają cztery noce.

http://www.polskie-cmentarze.pl/Warto-poczytac/Ciekawostki/Zwiastuny-smierci-wedlug-Indian-Omaha

piątek, 21 marca 2014

Ten Co Nie jeden Raz Słuchał Ptaków O Świcie - * * * ( Jestem jak ty, mój bracie... )



Jestem jak ty, mój bracie
szary leśny wilku
nie znoszę kagańca
nie można mnie zaszczepić
bakcylem cywilizacji
a kiedy księżyc świeci
nad betonową pustynią
chce mi się wyć ...

czwartek, 20 marca 2014

Legenda Indian Ameryki Północnej

Wielki Duch, widział zwady między zwierzętami. Każde z nich chciało rządzić innymi. Gdy miał już dość tych kłótni wstał ze swej skały i powiedział, że dość ma kłótni między nimi. Zapowiedział im, że znajdzie im takiego władcę, który będzie sprawiedliwy i który będzie umiał rządzić całą resztą. Mówiąc to uleciał w górę.
Później na ziemi, zaczął zbierać kamienie do budowy wielkiego pieca. Następnie przez cztery noce i dnie znosił chrust. Gdy miał go wystarczająco dużo, położył się spać. Jednak kiedy spał, grzechotnik dostał się pomiędzy gałęzie i spryskał je jadem. Potem wyślizgnął się spomiędzy gałęzi i zostawił w nich skórę, a następnie smyrgnął do lasu. Gdy Wielki duch się zbudził, był tak chętny do pracy, że władował do pieca gałęzie spryskane jadem razem ze skórką grzechotnika, nic nie zauważając. Później wsadził do pieca ulepionego z gliny człowieka i szczęśliwy, że stworzy władcę świata usiadł i zaczął palić kaluti (fajkę). Postanowił, że gdy wypali kaluti, człowiek gotów będzie do wyjęcia.
Jednak ten człowiek był widać zbyt krótko trzymany w piecu. Był blady, mało wytrzymały, a skóra i jad gada sprawiły że odznaczał się paskudnym charakterem i podwójnym językiem węża(gwoli ścisłości: podwójny język dla Indian znaczył tyle co dwulicowość i obłuda). Manitou rozgniewał się, ponieważ nie takiego władcy chciał dla świata.
Rzucił tą kukłę daleko za Wielką Wodę. I tak powstał człowiek biały.
Raz jeszcze Manitou zabrał się za tworzenie człowieka. Tym razem jednak wybierał tylko sosnowe gałęzie. Przez całe cztery dni i noce znosił opał do pieca. W końcu postawił glinianego człowieka do pieca. Nagle poczuł Manitou że łapał go ogromny głód. A że snickersów jeszcze nie było, to musiał pójść do lasu po owoce leśne. Gdy wreszcie się najadł, wrócił do swego pieca. Już z daleka czuć było spalenizną. Manitou pobiegł, i zobaczył, że z pieca unosi się gęsty, ciemny dym. Wyciągnął człowieka i zobaczył, że człowiek był cały czarny. Drewno żywiczne, spalając się szybko zwęgliło się, i okopciło ciało glinianego mężczyzny. Wprawdzie ten człowiek był już silniejszy, jednak był tchórzliwy.
Manitou znowu pomyślał, że nie takiego władcy pragnie dla świata. Wyrzucił go zatem poza Wielką Wodę. Tak powstał człowiek czarny.
A Wielki Duch znowu musiał zabrać się do pracy. Poszedł do puszczy, i wybierał najczystsze, najlepsze kawałki drzew. Następnie, ulepił z gliny człowieka, który był smukły i miał ciało pozwalające wytrzymać w trudnych warunkach. Włożył go do pieca. Tym razem starannie pilnował czasu, w którym figurka przebywała w piecu.

A gdy kukła stała się czerwonym człowiekiem , rzekł do niej - teraz ty będziesz władać tymi puszczami. Będziesz tworzył z nimi jedną całość, a gdy one wyginą, zginiesz i ty.- mówiąc to przyglądał się z uznaniem efektowi swej pracy. Nowy człowiek, miał skórę koloru brązu oraz piękne posągowe kształty. Posiadał wielką siłę i wytrzymałość. Wtedy to Wielki Duch wziął swego wojownika na szczyt góry i powiedział - Teraz te puszcze i lasy należą do ciebie. Rządź nimi sprawiedliwie, kochaj naturę. Nie krzywdź brata, gdyż wtedy powrócą tu ludzie których wyrzuciłem za wielką wodę i zniszczą twój kraj. Umrzesz wtedy ty, ta preria, oraz wszystko co się na niej znajduje. Teraz idź na dół zbuduj sobie tipi i czekaj do pierwszej pełni księżyca, kiedy to ześlę ci kobietę która zostanie twą żoną.

Po tych słowach Wielki Duch rozpłynął się w powietrzu.

wtorek, 11 marca 2014

Indianie zdjęcia









Legenda

Byli sobie mężczyzna i jego żona, którzy żyli nad morzem, z dala od innych ludzi. Mieli wiele dzieci i byli bardzo biedni. Pewnego dnia małżonkowie płynęli swoim kanu, daleko od lądu. Nagle nadciągnęła gęsta mgła, w której całkiem się zagubili.
Usłyszeli hałas podobny do wiosłowania i głosy. Dźwięki zbliżały się. Niewyraźnie zarysowało im się przed oczyma monstrualnych wielkości kanu wypełnione olbrzymami, którzy pozdrowili ludzi jak przyjaciół. "Uch keen, tahmee wejeaok?" "Mój mały bracie", powiedział przywódca, "dokąd zmierzasz?" "Zgubiłem się we mgle," ze smutkiem odpowiedział Indian. "No to płyńcie z nami do naszego obozu," powiedział olbrzym, który wydawał się być przyjazny, jeśli tak można powiedzieć o olbrzymie. "Będziemy was naprawdę dobrze traktować, moi mali przyjaciele, mój ojciec jest tam wodzem, więc bądźcie dobrej myśli!" Indianie wielce zdziwieni ich łagodnością, przysiedli nadal wystraszeni a dwa olbrzymy, przełożywszy swoje wiosła pod ich łódką, podniosły ją i włożyły do swej własnej, jakby to był wiór z drzewa. Olbrzymy naprawdę wydawały się być zachwycone małymi ludźmi, zachowywali się jak chłopcy, którzy znaleźli latającą wiewiórkę.
Gdy tylko dotarli do plaży, cóż za widok! Ujrzeli trzy wigwamy, wysokie niczym góry, stosowne do wysokości olbrzymów. Poszli na spotkanie z wodzem, który był wyższy niż pozostali.
"Ha!" zakrzyknął wódz. "Synu, co tam masz? Gdzie złapałeś tego małego brata?" "Nie, mój ojcze, spotkałem go zagubionego we mgle." "No to zaprowadź go do domu, do chaty, mój synu!" Olbrzym wziął w dłoń małe kanu z małżonkami siedzącymi wewnątrz i zaniósł ich do domu. Zabrał ich do wigwamu, a kanu ostrożnie położył na okapie, niewysoko, około stu pięćdziesięciu jardów nad ziemią.
Potem podano im obfity posiłek, a życzliwy gospodarz, świadomy ich niewielkich rozmiarów, podał tyle, że wystarczyłoby im tego na około dziesięć lat. Potem szeptem, który by można usłyszeć z odległości stu mil, zdradził, że ma na imię Oscoon.
Minęło kilka dni i grupa tych rosłych ludzi poszła na polowanie, a kiedy wrócili goście musieli im głęboko współczuć, że w tej krainie nie było żadnej rozrywki odpowiadającej ich wielkości. Olbrzymy wróciły z nadzianymi na sznury małymi zwierzątkami. U ich pasów wisiały dwa czy trzy tuziny karibu, niczym sznur wiewiórek u pasa Micmaca. Dodatkowo w rękach huśtały im się, niczym króliki, jeden czy dwa łosie. I nie miało tu żadnego znaczenia, że dużą ilością jeleni, niedźwiedzi i bobrów starali się powetować niedostatki w wielkości tych zwierzą, skoro łup był obfity, ale mały.
Olbrzymy bardzo troszczyły się o swoich małych gości, i nigdy w świecie by nie zrobiły niczego, co by mogło ich zranić. Pewnego dnia z samego rana przyszedł wódz, i oznajmił, że niedługo będzie miała miejsce wielka bitwa, gdyż w ciągu trzech dni oczekuje ataku Chenoo. Wtedy Micmac przekonał się, że pomimo wielkich rozmiarów, olbrzymy są tacy sami jak Indianie z jego szczepu, tak samo mają kłopoty z niecnymi wrogami, a obowiązkiem wodzów było dbanie o ich magię i orientowanie we wszystkim, co dzieje się na świecie. Tak, z tą tylko różnicą, że Micmac był marnym powwow [członek indiańskiej rady- przyp. tłum.] i nic nie wartym czarownikiem, który nie potrafił przepowiedzieć takiej błahostki, jak dzień i godzina ataku ich wroga!
A jako, że Sakumow, czy inaczej sagamore [naczelny wódz indiański - przyp.tłum.], został w porę ostrzeżony, poprosił, by jego mali goście zatkali uszy i obwiązali głowy, a sami okręcili się wieloma warstwami skórzanych okryć. Dzięki temu mieli nie słyszeć śmiertelnych okrzyków wojennych Chenoo. A i tak pomimo tych zabiegów ledwo je przeżyli. Drugi okrzyk zranił ich już mniej, a po trzecim przyszedł wódz z radosnym obliczem i powiedział , że mogą już wstać i zrzucić z siebie to co miało ich chronić, bo gigant został zabity, chociaż jego czterej synowie, i dwa inne olbrzymy, choć zwyciężyli, to zostali poważnie zranieni.
Ale smutki dobrych nigdy nie mają końca, i tak też było w przypadku tych godnych zaufania olbrzymów, które wiecznie były niepokojone przez różnych niegodziwców czy inne podłe istoty, i nigdy nie miały zaznać pokoju. Niebawem szef oznajmił, że tym razem Kookwes, krzepki, bestialski nikczemnik, nie lepszy niż jego kuzyn Chenoo, przyjdzie chcąc ich brutalnie wymordować. I naprawdę, tym razem Micmac zaczął być szczerze przekonanym, że wszyscy ci wysocy ludzie byli niczym wilki, które napotykając drugiego, gryzą się nawzajem. I znowu jak wcześniej zostali związani i owinięci mnóstwem skór i położeni na łóżku jak lalki.I po raz kolejny usłyszeli mrożący krew w żyłach krzyk, potem słabszy, i jeszcze jeden najsłabszy, aż w końcu sooel moonoodooahdigool, co można określić jako ledwo słyszalny krzyk.
Potem wojownicy powrócili, a swym wyglądem udowadniali, że naprawdę uczestniczyli w czymś więcej, niż zwykłej bitce. Wszyscy byli przykryci krwią, a w nogi mieli powbijanych wiele wielkich sosen, a gdzieniegdzie dęby i dąb czy świerk, jako, że walka odbyła się w lesie, i dlatego wszyscy byli nimi poranieni tak, jak ludzi ranią osty, pokrzywy i sosnowe drzazgi, które naprawdę często sprawiają wiele kłopotów. Ale był to ich najmniejszy problem, bo, jak opowiedzieli wodzowi, wróg niemal zrobił im krwawą łaźnię, odstawiając jakiś diabelski taniec, to jednak dzięki wielkiemu szczęściu jeden z nich trafił w oko wroga głazem, który przebił się aż do jego mózgu. Po tym wszystkim, najmłodszy syn wodza był tak poturbowany, że po powrocie do domu padł martwy tuż przed wejściem do domu wodza. I w większości rodzin zostałoby to uznane za wielkie nieszczęście, ale przecież wielkim szczęściem jest mieć w domu czarownika, który znał się na swoim fachu. Stary wódz wyszedł przed dom i spytał młodzieńca, czemu tak tu leży. Ten odpowiedział, że to przez to, że jest martwy, na to ojciec kazał mu wstać i pójść do pozostałych. Syn wstał i poszedł prosto do stołu nakrytego do kolacji, i zjadł nie mniej niż inni.
W końcu stary wódz pomyślał, że może małym ludziom życie tu wydaje się nudne i czegoś im brak, i spytał ich, czy nie są tym wszystkim znużeni. Ci, z całą szczerością, odpowiedzieli, że jeszcze nigdy nie byli tak szczęśliwi, ale niepokoją się o swoje dzieci, które pozostały same w domu. Wódz odpowiedział, że mają rację, i, że jutro ranem mogą odejść. Rano ich kanu zostało zapakowane wspaniałymi futrami i najlepszym mięsem, i powiedziano im tebah'-dikw', czyli by wsiadali. Potem włożono do środka małego psa, któremu uroczyście nakazano, by powiódł ludzi do domu. Indianom powiedziano, by wiosłowali w kierunku, który wskaże pies. A Micmacowi powiedział, "Za siedem lat przypomnisz sobie o mnie." Po tym tokooboosijik (odpłynęli).
Micmac usiadł na rufie, jego żona w dziobie, a pies po środku kanu. Pies wskazywał drogę, a Indianie wiosłowali po gładkiej wodzie. Wkrótce dotarli do domu. Dzieci z radością wybiegły im na spotkanie. Pies widząc je, pobiegł do nich radośnie machając ogonem, tak jak mają to w zwyczaju zwykłe psy, a nie te wyczarowane. Przywitawszy się, bezzwłocznie wybrał się w drogę powrotną do domu, biegnąc po powierzchni morza jak gdyby była pokryta lodem, co mogłoby wielce zadziwić Indian, gdyby nie to, że w ostatnim czasie widzieli tyle cudów, że jeden więcej nie zrobił na nich już wrażenia.
Teraz dla Indianina, który w przeszłości zawsze klepał biedę, wszystko się zmieniło. Kiedy zarzucał linkę z nawet największymi haczykami, to zawsze wyciągał łososie; wszystkie jego szproty były łososiowe, chciał gęsiny, upolował gęś, łosie były dla niego niczym myszy. Miał odtąd to co najlepsze było do upolowania. Minęło siedem lat, i wtedy zaczęły śnić mu się sny, w których powrócił do Kraju Olbrzymów, ujrzał tych, którzy byli dla niego tacy dobrzy.Innym razem śnił, że stoi przed swoim wigwamem tuż przy morzu, i podpływa ku niemu wielki wieloryb i zaczyna śpiewać. Śpiew ten był tak cudowny, jak żaden słyszany dotychczas.
Wtedy przypomniał sobie słowa olbrzyma, że za siedem lat przypomni sobie o nim, i stało się dla niego jasne co dotąd się działo, to, że otrzymał magiczną moc, i że powinien stać się Megumoowessoo. To powiedział żonie, która nie znając mrocznej wiedzy, nie bardzo zdawała sobie sprawy, jaką istotą oczekiwał zostać jej mąż, duchem czy człowiekiem, istotą dobrą czy złą. W rzeczy samej trudno to wyjaśnić, nie jest to jasno opisane w kronikach, poza tym, że kimkolwiek miałby się stać, wyszłoby mu to na dobre, i by został napełniony wielką magią.
Tego dnia oni ujrzeli wielkiego rekina ścigającego rybę w ich zatoce, i przyjęli to za zły omen. Ale, wkrótce po tym zdarzeniu, przybył do nich biegnąc po morzu ten sam pies, który wskazał im drogę powrotną do domu z Kraju Olbrzymów. Był bardzo szczęśliwy widząc ich i ich dzieci, machał ogonem i skakał radośnie.Potem spojrzał poważnie na mężczyznę, jakby miał mu coś do powiedzenia.Micmac zwrócił się ku niemu, "Dobrze. W ciągu najbliższych trzech lat odwiedzę was. Skieruję się na południowy zachód." Wtedy pies polizał ręce, uszy i oczy człowieka i wrócił do domu.
Gdy minęły trzy lata, Indian wszedł do kanu i wiosłując bez strachu, odnalazł drogę do Kraju Olbrzymów. Zobaczył stające na plaży wigwamy, ogromne kanu cumowały na brzegu, z daleka dostrzegł starego olbrzyma idącego by go powitać.Ale był on sam. Po powitaniu, gdy był już w wigwamie, dowiedział się, że wszyscy synowie olbrzyma nie żyją.
Umarli przed trzema laty, gdy pojawił się rekin, wielki czarodziej.
Synowie odeszli, a starcowi pozostało niewiele już czasu. Dokonali magicznej przemiany i umarli, a ich ojciec miał wkrótce dołączyć do nich w jego własnym królestwie. Ale zanim odejdzie, chciał przekazać Micmacowi ich wielkie dziedzictwo, ich magię.
Następnie olbrzym przyniósł ubrania jego syna i poprosił, by Indian je ubrał.Wyglądało to, jakby został poproszony, by ubrał się strój wielkości ogromnego domu, którego nawet najmniejsza fałdka była dla niego niczym pieczara. Lecz gdy tylko w nie wszedł, zaczął szybko rosnąć do wielkich rozmiarów, jego ciało wypełniło daną mu garderobę. Stał się olbrzymem z Kraju Olbrzymów. Z ubraniem oblała mądrość, m'téoulin, potęga Manitou, największej i najmądrzejszej istoty odległych czasów. Stał się Megumoowessoo, i zdobył to, co było dotąd Tajemnicą.

piątek, 7 marca 2014


Smutnooki wódz
przeszłość pokrył całun krwi,
przeszłość obmyły gorzkie łzy.

Smutnookui wódz
teraźniejszość znaczy chłód i trud,
teraźniejszość znaczy biały ból.

Smutnooki wódz
przyszłość kołysze w przestworzach marzenia,
przyszłość ginie we mgle jak w słońcu lód.

poniedziałek, 3 marca 2014

×××


Kiedy w sobote obchodzilam urodziny to w sumie nie mialam z
byt wiele czzasu na myslenie o Indianach, ale kiedy mialam zdmuchnac swieczki to pierwsze i jedyne, co mi przyszlo do glowy to to by kiedys byc wsrod Indian. Dopiero po pewnym czasie dotarlo do mnie, ze moglam zamarzyc sobie setki rzeczy: dobrze zdana matura itp.ale to moze jakas ukryta podswiadomosc wysunela na pierwszy plan cos co w glebi serca jest najwazniejsze. Bo oprucz marzenia o lataniu tylko to bybyc z Indinami mam niezmiennie od kilku lat:-) 

niedziela, 2 marca 2014

Mowa Czarnego Łosia na szczycie świętej góry Harney Peak


Hej-a-ahej! Hej-a-ahej! Hej-a-ahej!Praojcze, Wielki Duchu, raz jeszcze spójrz na mnie na ziemi i skłoń swe ucho, by usłyszeć mój głos!Ty żyłeś przed wszystkimi, jesteś starszy niż wszystkie potrzeby, starszy niż wszystkie modlitwy. Wszystko należy do Ciebie: dwunożne istoty, czworonożne istoty, uskrzydlone istoty, zielone istoty, wszysko co żyje. Ty ustanowiłeś moce czterech stron świata by się przecinały. Dobrą drogę i drogę trudności Ty ustanowiłeś by się przecinały; święte jest miejsce gdzie one się przecinają! Dniem i nocą, na zawsze, Ty jesteś życiem wszystkiego!Dlatego wysyłam głos, mój Praojcze, nie zapominając o niczym co stworzyłeś, ani o gwiazdach wszechświata, ani o ziołach ziemi. Powiedziałeśmi, kiedy byłem jeszcze młody i mogłem mieć nadzieję, że w trudnym czasie mam wysłać głos czterokroć, raz w każdą stronę świata, wtedy mnie usłyszysz.Dziś wysyłam głos zrozpaczonego ludu.Dałeś mi fajkę, z jej pomocą miałem złożyć ofiarę. Teaz ją zobaczysz.Z Zachodu daleś mi czarkę żywej wody i święty łuk, moc dawania życia i niszczenia. Dałeś mi święty wiatr i ziele ze strony gdzie mieszka Biały Olbrzym, to moc oczyszczania i uzdrawiania. Gwiazdę poranną i fajkę dałeś mi ze Wschodu, a z Południa święty okręg ludu o drzewo, które miało zakwitnąć. Zabrałeś mnie w miejsce pośrodku świata i pokazałeś mi dobroś i piękność i dziwność zieleniejącej ziemi, jedynae Matkii tam pokazałeś mi duchowe kształty wszystkich rzeczy takie, jakimi powinny być, i widziałe, je.I powiedziałeś, że w środku świętego kręgu mam posadzić drzewo, by kwitło.Ze łzami, o Wielki Duchu, o Wielki Duchu, mój Praojcze, ze spływającymi łzami muszę teraz powiedzieć, że drzewo nigdy nie zakwitło. Nieszczęsny starzec, takim mnie tu widzisz, mój czas przeminął i nie zrobiłem nic. Tu, w centrum świata, gdzie zabrałeś mnie gdy byłem młody i gdzie mnie uczyłeś, tu stoję, starzec, a drzewo zwiędło, o Praojcze, o Praojcze!Znów, być może ostatni raz na tej ziemi przypominam sobie wielką wizję, którą mi zesłałeś. Być może jeszcze gdzieś maleńki korzeń świętego drzewa pozostaje żywy. Chroń go więc, by wypuścił liście i kwiaty i by wypełnił się śpiewającym ptactwem. Wysłuchaj mnie, nie ze względy na mnie, lecz ze względu na mój lud; ja jestem stary. Spraw, by mógł kiedyś powrócoć do świętego kręgu i odnaleźć dobrą czerwoną drogę, i cieniste drzewo.W smutku wysyłam słaby głos, o sześć mocy świata! Usłyszcie mnie w mym smutku, być może już więcej nie zawołam. Sprawcie, by mój lud żył!
http://www.oocities.org/wlodek_fenrych/teksty_wlodka/blackelk.htm