poniedziałek, 9 czerwca 2014

legenda indiańska

Legenda Algonquinów
Duża Błękitna Czapla stała na bagnie przyglądając się swojemu odbiciu w wodzie. Wtem uniosła głowę o czarnym grzebieniu nasłuchując.
Dwie małe, białe Łasice nadchodziły od strony rzeki. Była to matka z synem. Gdy zobaczyły Czaplę, zatrzymały się, by dokładniej się jej przyjrzeć.
"Cóż za piękna ptak!" powiedział syn.
"To jest Błękitna Czapla. Zawsze nosi głowę wysoko!"
"Tak matko, jest wysoka jak drzewo. Gdybym ja był tak wysoki, mógłbym cię przenieść przez tą bystrą rzekę."
Błękitnej Czapli miło było usłyszeć takie pochwały. Lubiła słuchać, jak inni zachwycali się jej wielkością.
Schyliła się nisko by z nimi porozmawiać. "Pomogę wam przejść przez rzekę. Wejdźcie na to stare drzewo leżące w strumieniu. Ja położę się w wodzie na jego końcu, a dziobem sięgnę głęboko w trzciny po drugiej stronie. Oboje przebiegniecie przez drzewo, a potem po moim ciele jak po moście dostaniecie się na drugi brzeg."
Łasice weszły na drzewo leżące w wodzie, a Błękitna Czapla położyła się w wodzie i wetknęła dziób w trzciny po drugiej stronie. Białe Łasice przebiegły szybko i lekko po pniu, a następnie po ptaku i po chwili bezpiecznie stały na drugim brzegu. Podziękowały Błękitnej Czapli i powiedziały, że opowiedzą wszystkim zwierzętom w lesie o wspaniałej Błękitnej Czapli, po czym ruszyły w dalszą drogę.
Stary Wilk stał brzegu rzeki patrząc jak łasice przedostały się na drugą stronę.
"I dla mnie to będzie idealny sposób, by przekroczyć rzekę. Jestem stary i kości mnie bolą."
Kiedy Błękitna Czapla wróciła na bagno, Wilk powiedział do niej, "Teraz już wiem, po co wy Błękitne Czaple żyjecie na bagnie, by być mostem dla chcących przekroczyć rzekę. Ja też chcę przez nią przejść, ale jestem stary i bolą mnie kości. Połóż się w wodzie bym mógł po tobie przejść."
Błękitna Czapla rozgniewała się. Nie lubiła być mostkiem na zawołanie. Stary Wilk zorientował się, że powiedział głupstwo i pomyślał, że powie kilka miłych słów.
"Jesteś duża i silna, Błękitna Czaplo i właśnie dlatego twe ciało tworzy tak wspaniały most. Mogłabyś z łatwością mnie unieść."
Błękitna Czapla uśmiechnęła się do Wilka i powiedziała, "Stary Wilku, wejdź mi na grzbiet a cię przeniosę. "
Wilk uśmiechnął się od ucha do ucha myśląc, że łatwo oszukał Czaplę.
Wilk wskoczył na grzbiet ptaka i Czapla weszła do rwącej rzeki. Kiedy doszła do jej środka, zatrzymała się.
"Wilku, mój przyjacielu", powiedziała Błękitna Czapla," pomyliłeś się. Nie jestem wystarczająco silna, by cię przenieść. Potrzebujesz dwóch czapli, i dlatego mogę cię przenieść tylko przez połowę drogi. Teraz musisz znaleźć inną czaplę, która dokończy dzieła."
Czapla skręciła się i Wilk wpadł do wody.
"Czekaj tu Wilku, aż inna czapla przeniesie cię na drugą stronę," powiedziała i odleciała na bagna.
Nurt był rwący. Żadna czapla się nie zjawiła, więc dokąd Wilk Miał pójść? Na dno rzeki...
Od tego dnia, żaden wilk nigdy nie zaufał czapli.
http://czytadla.blogspot.com/2009/05/milutkie-sowka-nie-osodza-za.html

sobota, 7 czerwca 2014

Święta fajka.Pewnego ranka wiele zim temu dwaj młodzi Lakotowie wyruszyli na polowanie z łukami i strzałami. Kiedy stali na wzgórzu wypatrując zwierzyny, zauważyli w oddali kogoś zbliżającego się do nich w dziwny i piękny sposób. Kiedy ten ktoś zbliżył się do nich, zobaczyli że jest to nadzwyczaj piękna kobieta ubrana w białe jelenie skóry, niosąca na plecach małe zawiniątko. Była ona tak piękna, że jednemu z Lakotów przyszła do głowy niedobra myśl, powiedział o tym swemu towarzyszowi. Ten jednak odpowiedział, że nie można mieć takich myśli, bo ta kobieta na pewno pochodzi od wakan, Świętej Mocy. Tajemnicza osoba była już bardzo blisko, położyła na ziemi swoje zawiniątko i kazała mężczyźnie o złych zamiarach podejść. Skoro tylko podszedł, oboje zostali zasłonięci przez chmurę, a skoro chmura się rozwiała, święta kobieta nadal tam stała, a u jej stóp leżała kupka kości obgryzanych przez okropne węże."Słuchaj", powiedziała dziwna kobieta do drugiego wojownika, "Przybywam do waszego ludu i chcę rozmawiać z wodzem Stojącym Pustym Rogiem. Udaj się do niego i powiedz mu, by przygotował wielki namiot, w którym zbierze się cały lud, i niech przygotują się na moje przyjście. Chcę wam powiedzieć coś bardzo ważnego."Młody człowiek wrócił do namiotu swego wodza i opowiedział mu o tym wydarzeniu: o tym że Kobieta Świętej Mocy ma do nich przybyć i że wszyscy mają się na to spotkanie przygotować. Wódz Stojący Pusty Róg kazał złożyć kilka mniejszych namiotów i zrobić z nich wielki namiot, zgodnie z pouczeniem świętej kobiety. Rozesłał gońców, by kazali ludziom ubrać najlepsze skóry jelenie i zebrać się w wielkim namiocie. Wszyscy byli podnieceni czekając na przybycie świętej kobiety, wszyscy byli ciekawi co ona ma do powiedzenia.Wkrótce młodzi mężczyźni wypatrujący przybycia świętej osoby donieśli, że widzą kogoś zbliżającego się w dziwny i piękny sposób. Nagle ona weszła do namiotu, obeszła go wokół zgodnie z ruchem słońca i stanęła naprzeciw Stojącego Pustego Rogu. Zdjęła z pleców zawiniątko i trzymając je w dwóch rękach przed wodzem powiedziała: "Spójrz! To należy otaczać szacunkiem i miłością. To jest lela wakan, bardzo święte, i jako takie musicie to traktować. Nikt nieczysty nie może tego oglądać, bowiem w tym zawiniątku jest Święta Fajka. Z jej pomocą będziecie w ciągu przyszłych zim wysyłać głos do Wakan Tanka, waszego Ojca i Praojca
http://www.oocities.org/wlodek_fenrych/teksty_wlodka/blackelk.htm

czwartek, 29 maja 2014

legenda indiańska

Legenda Algonquinów
Kiedy kuropatwa uderza w pusty pień, brzmi to tak samo, jak dźwięk gdy Indianie budują kanu, a gdy Indianin uderzy w kanu, brzmi to jak bębnienie kuropatwy, jak gdyby to był Mitchihess. A dzieje się tak dlatego, gdyż dawno temu N'karnayoo, Kuropatwa, był budowniczym kanu dla wszystkich innych ptaków. Tak, to prawda, dla wszystkich i to na raz.
W końcu, pewnego dnia wszystkie ptaki zebrały się i weszły na swoje łódki, co naprawdę było wspaniałym widokiem. Jako pierwszy Orzeł Kicheeplagon, wszedł do wielkiego kanu i wiosłował, używając końców skrzydeł. Potem Sowa Ko-ko-kas zrobił to samo. Następnie Żuraw Kosqu', Błękitnik rudogardły Wee-sow-wee-hessis, Bekas Tjidge-is-skwess, i Kos Meg-sweit-tchip-sis, wszystkie dumnie przyszły popływać. Nawet malutki Koliber A-la-Mussit, miał łódeczkę, dla którego dobry Kuropatwa zręcznie zrobił maleńkie wiosła, tylko raczej chyba za duże, bo miały cal długości. A Rybołów Ishmegwess, wykrzyknął zdumiony, "Akweden Skouje!" "Nadchodzą kanu!", kiedy zobaczył ten wspaniały szwadron cumujący w morzu.
Ale kiedy spytano Mitchihessa, wielkiego budowniczego, dlaczego nie zbudował kanu dla siebie, tylko spojrzał tajemniczo i zabębnił. Ptaki nadal go o to pytały, a on tylko potrząsał głową, ale w końcu napomknął, że gdyby zbudował kanu dla siebie, to byłby to naprawdę cud, cud, którego nawet ptasie oczy nie widziały, o czym nawet im się nie śniło. I tak było przez wiele dni.
Ale we właściwym czasie zaczęły chodzić słuchy, że cudowne kanu w końcu zostało zbudowane i wkrótce zostanie wystawione na pokaz. W wyznaczonym czasie wszystkie ptaki zebrały się na gałęziach, by obejrzeć to cudo. Kuropatwa rozumował, że skoro łódź ma dwa końce, to można nią płynąć w dwóch kierunkach, a gdyby miała jeden koniec biegnący w kółko, to by można taką łodzią płynąć dokądkolwiek się zechce. Zbudował więc kanu na kształt gniazda, idealnie okrągłe. Pomysł ten wielce zadziwił ptasią społeczność znacznie, którą zostało, że coś tak prostego nie przyszło dotąd nikomu do głowy.
Ale jakież było ich zaciekawienie, gdy Kuropatwa wszedł do swojego kanu, zaczął wiosłować i... nigdzie nie popłynął, ani trochę. Zamiast tego kręcił się w kółko, ciągle w kółko, bez względy gdzie i jak wiosłował. Gdy się zmęczył wiosłowaniem na próżno, wyszedł na brzeg, odleciał gdzieś daleko w głąb lądu i schował się ze wstydu pod niskimi krzakami, gdzie do tej pory pozostaje. Dlatego też, kuropatwa nigdy nie zbliża się do rzek czy można, i pozostaje ptakiem śródlądowym.

niedziela, 25 maja 2014

legenda indiańska

Legenda Acoma
W czasach starożytnych, dawno, dawno temu, blisko płynącej przez wzgórze rzeki, w górach Zuni, żył stary Żółw. Pewnego dnia wyszedł na polowanie, i wykorzystując swoją pomysłowość, upolował dużego i pięknego jelenia. Kiedy to zrobił, nie potrafił znaleźć sposobu na rozprawienie zwierzęcia. Usiadł więc, by się nad tym zastanowić, drapiąc powiekę oka pazurem tylnej łapy. Doszedł do wniosku, że musi sobie zrobić nóż z krzemienia. Po chwili poszedł ku miejscu, gdzie stały stare budynki. Kiedy tam doszedł, zaczął mruczeć starą, magiczną pieśń, tak, jak to dawno temu śpiewano podczas obrabiania krzemienia, z którego chciano zrobić nóż. Tak oto zaśpiewał:
"Apatsinan tse wash,
Apatsinan tse wash,
Tsepa! Tsepa!"
Co można przetłumaczyć, może niezbyt dokładnie, ale wystarczająco dobrze, jako:
"Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Magicznie! Magicznie! "
A gdy tańczył w koło śpiewając, usłyszał go przebiegający w pobliżu kojot. Kojot wykrzyknął: "Uh! Ciekawe, kto i o czym tak śpiewa? Ach, on tworzy nóż z krzemienia, czyż nie? Najwyraźniej zabił jelenie!" Zawrócił i pobiegł ku miejscu gdzie był Żółw. Gdy zbliżył się wykrzyknął: "Hejże, przyjacielu! Czy aby to nie Ciebie słyszałem, jak śpiewałeś?"
"Tak", odpowiedział Żółw.
"A co śpiewałeś?"
"Tak naprawdę, to nic."
"Właśnie, że tak. Co to było?"
"Nic szczególnego, mówię ci, nic co by cię obchodziło."
"Coś mruczałeś, i ja wiem co, właśnie to." I kojot, który nie mógł śpiewać, powtórzył słowa, które usłyszał.
"No dobrze, może i śpiewałem. No i co z tego?" powiedział Żółw.
"Po co to robiłeś, czyżbyś tworzył z krzemienia nóż?" spytał kojot.
"Tak, i co z tego?"
"A po co tworzyłeś krzemienny nóż?"
"Tak sobie," odpowiedział Żółw.
" Właśnie, że nie. Powiedz, po co?"
"Przecież mówię, że po nic," odpowiedział Żółw. "A na pewno, ciebie to nie powinno obchodzić."
"Właśnie, że po coś to robiłeś," powiedział kojot, "I ja wiem po co."
"Dobrze, to powiedz?" stwierdził Żółw, który był coraz bardziej zły.
"Chciałeś nim rozprawić jelenia, po to go tworzysz. Gdzie jest ten jeleń, no powiedz? Zabiłeś jelenia i ja to wiem. Powiedz, gdzie on jest."
"No dobrze, tam leży," odpowiedział Żółw.
"Gdzie? Chodźmy tam. Pomogę ci go obedrzeć ze skóry."
"Poradzę sobie z tym, równie dobrze bez twojej pomocy," odpowiedział Żółw.
"Może jednak trochę ci pomogę? Jestem bardzo głodny cały ranek, chętnie napiłbym się trochę świeżej krwi."
"Zatem dobrze, choć ze mną, marudo!" odpowiedział Żółw. I znalazłszy nóż, ruszyli ku miejscu, gdzie leżał jeleń.
"Pozwól, że go poniosę zamiast Ciebie", marudził Kojot. Po czym doskoczył do jelenia, złapał za tylne nogi i rozciągnął je na boki. Potem wspólnie zaczęli oprawiać jelenia. Gdy skończyli, Kojot spytał Żółwia: "Jak dużo ja z niego dostanę?"
"Te części, które przypadają komuś, gdy myśliwy zabierze już to, co chce," odpowiedział Żółw.
"Jakie to są części?" dopytywał się Kojot.
"Żołądek i wątroba", odpowiedział krótko Żółw.
"Nie wezmę tego," jęknął Kojot. "Chcę, byś dał mi połowę jelenia."
"Nic podobnego się nie stanie," odparł na to Żółw. "To ja zabiłem jelenia; ty tylko pomogłeś mi go oprawić i powinieneś być wdzięczny za to co dostaniesz. Dodam do tego trochę tłuszczu i jelita, ale to wszystko czego możesz oczekiwać."
"Chyba jednak dasz więcej," warknął Kojot, pokazując zęby.
"Och, czy aby na pewno?" odpowiedział Żółw, zawczasu wciągając dwie łapy pod skorupę.
"Tak, zrobisz to, albo po prostu Cię zabiję, i tyle."
Żółw natychmiast schował do skorupy całe ciało i wykrzyknął: "Mówię Ci, że nie dam nic poza żołądkiem i wątrobą oraz pewną ilością jelit!"
"Dobrze, więc, w takim razie Cię zabiję!" warknął Kojot łapiąc pyskiem Żółwia. Zgrzyttt! Usłyszał, gdy jego zęby zetknęły się z twardą skorupą, ześlizgując się po niej. Kojot obracał Żółwia szukając lepszego miejsca do gryzienia. Trzymał go między łapami, tak jak to robił z kośćmi, ale to nic nie pomagało, a zęby tylko zgrzytały i ślizgały się po pancerzu. W końcu wykrzyknął: "Jest wiele sposobów zabicia, takiego jak ty zwierzęcia!" Ustawił Żółwia pionowo i zaczął wsypywać do dziury, gdzie zniknęła głowa Żółwia, piasek, który ubijał kijem. Robił tak, aż napełnił nim szczelinę po same brzegi "Zobaczymy co teraz zrobisz," wykrzyknął, prychając z zachwytu. "Teraz zatkałem na dobre tą starą, twardą skorupę, która tak długo służyła Ci za schronienie!" po czym pobiegł do mięsa.
Żółw rozważył, czy nie nadchodzi jego czas by umrzeć, lecz nie zapomniał przy tym uważnie słuchać, co dzieje się na zewnątrz. Kojot tymczasem pociął jelenia i zapakował je w jelenią skórę. Potem umył żołądek w strumyku i napełnił go kawałkami wątroby i nerek oraz tłuszczem, jelitami i grudkami zakrzepłej krwi, wciskając tu i tam kilka gałązek ziół. Wtedy, zwyczajem myśliwych, wykopał w ziemi dziurę, by w niej upiec żołądek, z którego miał powstać krwisty pudding, w czasie gdy Kojot zawołał swoją rodzinę, by pomogła mu zabrać mięso do domu.
Żółw rozgarnął pazurami trochę piasku znajdującego się przy szyi i przyjrzał się mu. Usłyszał jak Kojot sapie, w czasie próby podniesienia mięsa, by powiesić je na gałęzi sosny. Kojot wykrzyknął: "Ale jestem szczęściarzem, że spotkałem tego skulonego biedaka, i odebrałem mu całe to mięso. I nie musiałem przy tym polować! Ach, moje drogie dzieci, i moja cudowna stara żono, cóż za święto będziemy mieć dzisiaj!" bo trzeba wiedzieć, że Kojot miał dużą rodzinę, która nadchodziła. Gdy to mówił, Żółw krzyknął, słabo: "Natipa!"
"Ty pokryty skorupą, stary łajdaku! Ty wstrętny i pokręcony zwierzaku! Ty śmierdząca puszko!" warknął Kojot. "Ciągle żyjesz?" Upuszczając mięso, doskoczył do Żółwia, ponownie wciskając piasek w każdą szczelinę, potem ubijając wszystko. Następnie używając końcówki swego nosa, przewracając Żółwia jak płaski kamień, zepchnął go w dół zbocza.
"I taką oto karę otrzymałem z rąk takiego fałszywego kundla" pomyślał Żółw. "Sądzę, że teraz zachowam spokój i pozwolę mu zrobić teraz to, co mu się podoba. Ale dzięki swojej pomysłowości zabiłem jelenia, i zapewne coś wymyślę, by zachować dla siebie jego mięso." Więc Żółw zaczął udawać martwego, za każdym razem, gdy pojawiał się Kojot, który w końcu zostawiwszy powieszone na gałęzi drzewa mięso i wykopaną pod palenisko dziurę, machając ogonem, pobiegł w stronę domu znajdującego się po drugiej stronie góry.
Kiedy przybył na miejsce, krzyknął: "Żono, żono! Dzieci, dzieci! Chodźcie szybko! Wspaniała wiadomość! Zabiłem dzisiaj ogromnego jelenia. Zrobiłem krwisty pudding w jego żołądku i zakopałem go. Chodźmy, i urządźmy sobie święto, zaraz po tym jak pomożecie mi przynieść to wszystko do domu."
Te kojoty były naprawdę dzikie. Szczeniaki, na pół wyrośnięte, z ogonami bardziej wyglądającymi jak kije a nie szczotki, zadrżały na całym ciele, gdy to usłyszały. Wkrótce cała rodzina wyruszyła w drogę, na przodzie rodzice, a szczeniaki za nimi, tak szybko jak tylko mogły.
Tymczasem, stary Żółw, gdy tylko zorientował się, że Kojot odszedł, odkopał i wyrzucił cały piasek przy pomocy twardych pazurów i poszedł ku miejscu, gdzie wisiało mięso. Następnie krok po kroku wspiął się na szczyt drzewa. Należy wiedzieć, że żółwie mają pazury i potrafią się wspinać, szczególnie gdy pień drzewa jest trochę pochylony. Potem zaciągnął mięso najwyżej jak mógł, zostawił je tam i zszedł z drzewa ku miejscu gdzie był zakopany żołądek jelenia. Rozgarnął żar, i wyjął pieczyste, a następnie zaniósł je i rozrzucił zawartość na mrowisko, gdzie było bardzo wiele czerwonych i bojowych mrówek. Mrówki, gdy tylko poczuły gotowane mięso, wylazły na zewnątrz, a wtedy Żółw napełnił żołądek taką ilością mrówek, jaką tylko mógł. Potem zaniósł żołądek z mrówkami z powrotem do dziury-paleniska, uważając przy tym by węgle nie dostały się zbyt blisko.
Zaledwie znów wszedł na drzewo i usadowił się przy mięsie jelenia, nadeszła sfora wygłodniałych kojotów. Wszystkie myśląc o jednym, o zbliżającej się uczcie. Wszystkie miały nastroszoną sierść i postawione na sztorc uszy i ogony. Gdy zbliżyli się, i poczuli krew i ugotowane mięso, zaczęli śpiewać i tańczyć. A śpiewali tak oto:
"Na-ti tsa, na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-li tsa!
Tui-ya si-si! Tui-ya si-si!"
Tylko najstarsi ludzie mogą to zrozumieć. Można to przetłumaczyć następująco:
Mięso jelenia, mięso jelenia!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Jak najsłodsze owoce! Jak najsłodsze owoce!
I wkrótce, nie rozglądając się na boki, zbliżyli się do miejsca, skąd dobiegał zapach pieczonego mięsa, chcąc jak najszybciej zacząć jeść. Ale stary Kojot chwycił ostatniego szczeniaka za kark, tak aż ten zaskamlał, potrząsnął nim i powiedział, również do całej reszty swojej rodziny: "Spójrzcie tylko na siebie! Zjedzmy w przyzwoity sposób albo spalicie pyski! Wypchałem pudding tłuszczem i w momencie gdy przegryziecie żołądek, gorący tłuszcz was pochlapie. Bądźcie ostrożni i róbcie to z godnością, dzieci. Jest dużo czasu i zdążycie się najeść. Nie objadaj się od razu!"
Ale w momencie gdy je puścił, małe kojoty, nie zważając na nic zaczęły z ogromną ochotą rozrywać żołądek chwytając ogromne kęsy. Można tylko przypuszczać, jak to zezłościło czerwone mrówki. Rozbiegły się po wargach i policzkach żarłocznych, małych łakomczuchów i zaczęły je kąsać. Małe kojoty krzyknęły, potrząsając głowami i tarzając się w piasku: "Atu-tu-tu-tu-tu-tu!"
"Do licha, czy nie mówiłem wam, małe szelmy, żebyście byli ostrożni? To tłuszcz was poparzył. Teraz spodziewam się, że po tej nauczce, będziecie jeść z umiarem. Jest dużo czasu, by się najeść, przecież wam mówiłem," narzekał stary Kojot, siadając na swych pośladkach.
Wtedy szczeniaki, i ich matka, znów zabrali się za jedzenie. "Atu-tu-tu-tu-tu-tu-tu!" znów wykrzyknęli, potrząsając głowami i otrzepując pyski. Niebawem wszyscy odeszli na bok i usiedli, obserwując ten wspaniały, gorący pudding.
Wtedy Kojot rozejrzał się wokoło i zobaczył, że mięso zniknęło. Idąc za tłustymi i krwawymi śladami, doszedł do drzewa i spojrzał w górę. Zobaczył mięso, a obok Żółwia spokojnie leżącego i odpoczywającego na gałęzi, z głową wyciągniętą daleko przed łapy. Żółw podniósł głowę i wykrzyknął: " Pe-sa-las-ta-i-i-i-i!" (Żółw skórzasty dziękuje ci!)
"Ty skorupiasta, ohydna, stara poczwaro!" wrzasnął Kojot, w napadzie wściekłości i rozczarowania. "Zrzuć mi trochę mięsa, dobrze? To ja zabiłem jelenia, a ty tylko pomogłeś mi go oprawić, a teraz ukradłeś całe mięso. Żono! Dzieci! Czyż nie zabiłem jelenia?" rozpaczał Kojot wracając się do reszty.
"Pewnie, że zabiłeś jelenia, a ten wredny, stary nikczemnik, ukradł je tobie!" wykrzyknęli wszyscy, spoglądając tęsknie w kierunku mięsa na szczycie drzewa.
"Kto powiedział, że to ja ukradłem tobie mięso?" wykrzyknął Żółw. "Ja tylko wciągnąłem je tu na górę, by uchronić je przed skradzeniem, ty łajdaku! Przygotujcie się, by złapać to co zrzucę. Rzucę wam kilka najwspanialszych żeber jakie kiedykolwiek widzieliście. A teraz, skupcie się, gotowi?" zapytał, gdy kojoty ułożyły się jeden obok drugiego, wyciągając łapy tak wysoko jak tylko mogli, niecierpliwie dygocząc w oczekiwaniu na mięso.
"Tak, tak!" wyły kojoty, jednym głosem. "Jesteśmy gotowi! Już!"
Stary Żółw wziął kilka żeber i, trzymając je w pysku, podpełznął na koniec gałęzi znajdującej się zaraz nad leżącymi kojotami. Następnie rzucił żebrami tak mocno jak tylko mógł. Spadły one na ciała kojotów, niczym kamienny deszcz, miażdżąc ciała zwierząt, które wkrótce pozdychały. Uratowały się dwa szczeniaki, które odnosząc niewiele ran zdołały odbiec z wrzaskiem. Jeden z nich uciekł daleko z podkulonym ogonami. Drugi, nadal bardzo głodny, odbiegł na bezpieczną odległość z nastroszonym ogonem i nosem przy ziemi. Siadł i popatrzył w górę. Pomyślał, że mógłby wrócić i ogryźć mięso z żeber.
"Zaczekaj!" wrzasnął stary Żółw," nie podchodź w pobliże mięsa, zostaw je spokoju, niech ono będzie dla twoich rodziców, braci i sióstr. Jestem naprawdę stary i zesztywniały, a to żeby dostać się na koniec konara, zabrało mi dużo czasu, a w czasie kiedy szedłem na jego koniec, twoja rodzina zasnęła. Widzę ich jak śpią."
"Na wszystkich przodków!" wykrzyknął kojot, patrząc na nich; "masz rację."
"Wejdź do mnie, tu na górę, to urządzimy sobie przyjęcie," powiedział Żółw, "może byś zostawił to mięso swoim braciom, siostrom i rodzicom?"
"Jak ja wejdę tam na górę?" jęknął kojot, podpełzając do drzewa.
"Po prostu podskocz do najbliższej gałęzi, złap ją łapami i podciągnij się," odpowiedział Żółw.
Mały kojot rozpędził się i skoczył i, choć przez chwilę udało mu się przytrzymać gałęzi, to po chwile puścił się i spadł, bęc! I tak za każdym razem. W końcu zaskowyczał i przestał, bo miał już poobijane wszystkie kości.
"To nie ważne! Nie przestawaj," krzyczał Żółw. "Zejdę trochę i ci pomogę." I zaczął pełznąć w dół drzewa, skąd mógł sięgnąć i chwycić małego kojota za kark, by pomóc mu się wspiąć. Gdy obaj wspięli się na szczyt drzewa, Żółw powiedział, "A teraz proszę, poczęstuj się."
Mały kojot rzucił się na mięso, najadając się do syta, tak, że był okrągły jak śliwka i rozciągnięty jak żurawina. Wtedy rozejrzał się, polizał swój pysk i spróbowałby odetchnąć, ale nie mogąc za bardzo złapać powietrza powiedział: "Och, jejku! Jeśli się zaraz nie napiję wody, to się uduszę!"
"Mój przyjacielu", powiedział Żółw, "Czy widzisz tę kroplę wody błyszczącej w słońcu na końcu gałęzi tej sosny?" (Tak naprawdę to była żywica.) "Żyłem tak długo w koronach drzew, że wiem co teraz zrobić. Drzewa posiadaj ą własne źródła. Patrzeć tylko."
Kojot spojrzał i pomyślał, że Żółw ma rację.
"Idź teraz do końca gałęzi, aż dojdziesz do jednej z tych kropli wody, wtedy weź ją do pyska i wyssij wszystką wodę, która stamtąd wypłynie."
Mały kojot zaczął pełznąć. Drżał i poruszał się niepewnie na swoich nóżkach, ale zdołał przejść pół drogi. "Czy to tutaj?" sputał, obracając się.
"Nie, trochę dalej," powiedział Żółw.
Więc kojot ostrożnie podpełzł trochę dalej. Gałąź kołysała się bardzo mocno. Odwrócił swoją głowę i spytał ponownie, "Czy to tutaj?" i wtedy stracił równowagę i spadł na ziemię, uderzając o twardą ziemię, i natychmiast zginął.
"Ech ty, nieszczęśliwe zwierzę!" powiedział stary Żółw z westchnieniem ulgi i satysfakcji. "Pomysłowość umożliwiła mi, by zabicie jelenia. Pomysłowość umożliwiła mi także, by zatrzymać mięso tego jelenia."
Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że jeden z małych kojotów uciekł. Będzie miał licznych potomków, którzy będą się odznaczać krostami na pyskach, w miejscach gdzie wyrastają wąsy, oraz małe plamki przy ich wargach, dokładnie takie, jakie mają psy.
Tak kończy się ta historia.

środa, 21 maja 2014

***



Szarzy smutni ludzie
Krocza przez szary smutny kraj.
Pchnieci reka tych,
Co sadza,
Ze w ich dloniach
Najswietszych darow skarb

Szarzy smutni ludzie
Idą przez szary smutny kraj
Okradzeni z Edenu
Do białego piekła idą bram
Lzami znacza swoj
Niedoli szlak.

poniedziałek, 12 maja 2014

VINE DELORIA _ cyty

- o Indianach i naukowcach:
Indianie przez całe stulecie walczyli o wyłonienie się spod brzemienia antropologicznych definicji, które z indiańskich społeczności czyniły często zwykłe laboratoria eksperymentów politycznych i społecznych. Naukowcy często krytykują zażarcie tych indiańskich adwokatów, którzy kwestionują te eksperymenty i wyrażają własne poglądy, ścierające się z akceptowaną ortodoksją i wygodnymi interpretacjami naukowców na temat ludów plemiennych. W rzeczywistości, niektórzy badacze stają się w pewnym sensie rywalami Indian wierząc, że jeśli badali jakieś plemię, to wiedzą o nim więcej, niż którykolwiek z jego członków. Niedawne ograniczenia nałożone na badania antropologiczne oraz uchwalenie ustawy o repatriacji szczątków ograniczyło ostatecznie stopień eksploatacji Indian przez naukowców, ale z pewnością jej nie wyeliminowało.

- o pochodzeniu człowieka:
Mająca pretensje do uczciwości “nauka” powinna porzucić swe pretensje do posiadania absolutnej wiedzy na temat początków człowieka i zacząć poszukiwać innych sposobów wyjaśnienia, które mogłyby obejmować tradycje i wspomnienia ludów nie-zachodnich.
Problem początków człowieka jest niezwykle ważny dla tubylców Ameryki Północnej nie tylko ze względu na ewentualny związek czerwonej rasy z innymi gałęziami gatunku ludzkiego, ale też z uwagi na możliwość dostarczenia jasnego i sensownego obrazu tego, jak powstał nasz gatunek. Problem polega przede wszystkim na tym, że na Półkuli Zachodniej nie odkryto żadnych pozostałości szkieletu Neandertalczyka. I nie znaleziono żadnych śladów innych dawnych stworzeń. Ponieważ amerykańscy antropologowie i archeologowie wyznają przestarzałą interpretację dziejów człowieka, która uznaje Neandertalczyka za poprzednika Człowieka z Cro-Magnon, to musi to oznaczać, że Indianie są na tej półkuli niedawnymi przybyszami i musieli czekać (przynajmniej zdaniem naukowców), aż Neandertalczyk przekształci się w Człowieka z Cro-Magnon a potem – na stosowną epokę lodowcową, by kontynent północnoamerykański mógł połączyć się z Azją.

- o grzechach środowiska akademickiego:
Często czytamy gazetowe opisy nowych teorii naukowych. Zbyt często nauczono nas wierzyć, że nowe odkrycia są udowodnionymi faktami a nie spekulatywnymi przypuszczeniami w dziedzinie zdominowanej już przez ortodoksyjne doktryny. Dość często opisy gazetowe zawierają zwrot “większość badaczy zgadza się” mający przekonać przeciętnego człowieka, że setki naukowców szczerze i z oddaniem zbadały problem, osiągnęły konsensus i wierzą, że teoria jest wiarygodna.
Nic dalszego od rzeczywistości. Jest bardzo prawdopodobne, że garstka ludzi przeczytała naukowy artykuł lub usłyszała o nim, a ponieważ napisał go “odpowiedzialny naukowiec” - nie odważyła się go skrytykować. Ale przed kim odpowiada odpowiedzialny naukowiec? Nie przed opinią publiczną, nie przed nauką, historią, czy antropologią, lecz przed grupką podobnie usytuowanych ludzi, którzy będą wydawać opinie na temat finansowania jego badań, przyznawać nagrody cenione w każdej dyscyplinie i pisać listy wychwalające jego postępy. Jeśli “naukowiec” nie mówi o swojej konkretnej dziedzinie, to bardzo możliwe, że na dany temat wie nie więcej, niż każdy przeciętnie oczytany śmiertelnik.
Ponieważ jest możliwe, że jakaś prestiżowa osobistość zdominuje dziedzinę badaną przez strachliwych ludzików usiłujących bronić swojego statusu, to niektóre obszary “nauki” od dziesięcioleci nie notują postępu a niektóre doktryny naukowe nie mają żadnych innych korzeni, poza tradycyjnym miejscem w intelektualnej strukturze dyscypliny. Od ponad stu lat naukowcy określali nieznane zachowania zwierząt jako “instynkt”, co oznaczało tylko tyle, że nie znali procesów reakcji. I instynkt był uzasadnioną naukowo odpowiedzią na tę ważną kwestię. Podobnie “ewolucja” służy za przykrywkę licznych grzechów akademickich.

- o wiarygodności indiańskich opowieści
Wierzę, że Indianie byli tu “od początku” i zachowali wspomnienie traumatycznych katastrof kontynentalnych i planetarnych, zapamiętując informacje w postaci opowieści świadomie skonstruowanych tak, by jednocześnie przechowywać i zabawiać. Kiedy odwiedzisz jakiegoś starca, to często możesz usłyszeć opowieści o Kojocie, Iktomi czy Napi, które przedstawiane są w taki sposób, by nie tylko cię poinformować, ale i sprawdzić. Ale jeżeli starzec uzna, że jesteś poważny, lub że już wiesz coś o ukrytej wiedzy, to pochyli głowę na chwilę, odetchnie głębiej i zacznie opowiadać ci to, czego jego lud uczył od tysięcy lat, przedstawiając tak wiernie jak to tylko możliwe dosłowny opis wydarzenia. Ten typ informacji nie jest powszechnie dostępny dla badaczy, którzy dostali stypendium na wakacyjne badania i zamęczają ludzi pytaniami o to co wiedzą. A to, że jakaś konkretna opowieść nie ujrzała światła dziennego przed dziesiątkami lat w pracy jakiegoś zachodniego badacza nie powinno dyskredytować jej prawdziwości.

poniedziałek, 5 maja 2014

Legenda Algonquinów

Wielka Matka Ziemia miała dwóch synów, Glooskapa i Malsuma. Glooskap był dobry, mądry i twórczy, Malsum zły, samolubny i niszczący.
Kiedy ich matka umarła, Glooskap poszedł, by z jej ciała stworzyć rośliny, zwierzęta i ludzi. Malsum na przekór bratu stworzył trujące rośliny i węże.
Gdy Glooskap dalej tworzył cudowne rzeczy, Malsum zmęczył się swym dobrym bratem i zastanawiał się jak go zabić.
Żartując, Malsum chełpił się, że jest niezwyciężony, chociaż istniała jedna rzecz, która mogła go zabić: korzenie paproci.
Całymi dniami zadręczał Glooskapa chcąc dowiedzieć się na co podatny jest jego dobry brat. W końcu, ponieważ Glooskap nigdy nie kłamał, zwierzył się, że tylko pióro sowy mogłoby go uśmiercić. Wiedząc to, Malsum zrobił z pióra strzałę sowy i zabił Glooskapa.
Moc dobra jest tak potężna, że Glooskap powstał z martwych, gotów się zemścić. Znowu żywy Glooskap wiedział, że Malsum nie przestanie spiskować przeciw niemu.
Glooskap zrozumiał, że nie miał żadnego wyboru i musiał zabić Malsuma po to, by dobro nadal panowało na Ziemi, a jego stworzenia mogły dalej żyć w spokoju. Pewnego dnia poszedł do strumienia dokąd zwabił swego złego brata mówiąc, że kwitnie tu pewna trzcina, która także może go zabić.
Gdy zły brat przyszedł, Glooskap wyciągnął korzenie paproci i rzucił je w Malsuma, który padł martwy na ziemię. Duch Malsuma zapadł się pod ziemię i przybrał postać ducha niegodziwego wilka, który nadal od czasu do czasu zamęcza ludzi i zwierzęta, ale na szczęście boi się światła dziennego.

wtorek, 29 kwietnia 2014

wielcy Indianie dziś: Vine Deloria, Jr

Vine Deloria, Jr. (ur. 26 marca 1933 - zm. 13 listopada 2005) - profesor teologii i prawa, amerykański naukowiec i działacz społeczny, historyk, filozof, adwokat praw amerykańskich Indian, znany pisarz i publicysta. Z pochodzenia Indianin z plemienia Siuksów (Lakota). Specjalizował się w kwestiach tubylczych praw traktatowych, suwerenności plemiennych narodów i pierwotnych religii Indian Ameryki Północnej. Głosił potrzebę większego szacunku i zrozumienia dla tradycyjnej wiedzy ludów pierwotnych i indiańskich sposobów widzenia świata, wypowiadał się krytycznie o relacjach władz USA i świata nauki z tubylczymi Amerykanami. Jeden z najbardziej znanych współczesnych Siuksów i najbardziej cenionych tubylczych intelektualistów Ameryki Płn.


Urodzony w Martin w Dakocie Pd. w rodzinie wodzów i duchownych z plemienia Siuksów, miał pójść w ślady ojca – protestanckiego duchownego. W młodości uznał jednak, że – będąc członkiem plemienia Siuksów z rezerwatu Standing Rock – więcej zdziała dla dobra Indian jako prawnik, niż jako duchowny. Po ukończeniu studiów teologicznych na Iowa State University (1963) – jeszcze jako student prawa – został działaczem indiańskiego ruchu Red Power i dyrektorem wykonawczym Krajowego Kongresu Indian Amerykańskich (NCAI, 1964-1967), a następnie współzałożycielem i dyrektorem Fundacji Prawnej Tubylczych Amerykanów (NARF, 1970). W 1970 ukończył prawo na University of Colorado i po okupacji Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge (1973) bronił m.in. przywódców Ruchu Indian Amerykańskich (AIM). Zabiegał też o przestrzeganie tradycyjnych praw rybackich Indian z Wybrzeża Północno-Zachodniego USA i o zwrot indiańskim plemionom tubylczych zabytków i szczątków ludzkich przechowywanych w amerykańskich muzeach.

Przez blisko pół wieku był ekspertem, badaczem i wykładowcą na wielu uniwersytetach (wiele lat na University of Arizona (1978-90), do emerytury w 2000 roku na University of Colorado w Boulder). Był wielokrotnie nagradzanym autorem ponad 20 książek (w tym bestsellera Custer Died for Your Sins, uhonorowanego w 1969 Nagrodą Pulitzera) oraz znanym i cenionym - choć zarazem prowokującym i często kontrowersyjnym - publicystą. Był m.in. członkiem zarządu nowojorskiego Muzeum Amerykańskich Indian (od 1977), członkiem rady Narodowego Muzeum Indian Amerykańskich (NMAI, otwartego 21 września 2004 w Waszyngtonie) i aktywnym członkiem wielu innych organizacji działających na rzecz Indian.

Jego poglądy, wizje i publikacje wywierały przez całą drugą połowę XX w. znaczący i pozytywny wpływ na opinię społeczną o prawach, historii, kulturze i osiągnięciach Indian oraz na politykę władz federalnych i stanowych USA wobec tubylczych Amerykanów (w tym na treść ustawy o wolności religijnej Indian amerykańskich (AIRFA, 1978), ustawy o samorządności Indian (1988), ustawy o ochronie i repatriacji grobów tubylczych Amerykanów (NAGPRA, 1990). Był jednym z najbardziej znanych i szanowanych Indian XX w., jednym z najwybitniejszych współczesnych intelektualistów Ameryki Północnej, porównywanym z Martinem Lutherem Kingiem i nazywanym "papieżem amerykańskich Indian".

Mimo swej pomnikowej roli "głosu współczesnych Indian" umiał zachować skromność, umiar i poczucie humoru. Uwielbiał muzykę country & western, w weekendy pasjonował się meczami koszykówki, dużo palił. Od lat chorował na serce. Przed śmiercią w swoim domu w Golden, w stanie Kolorado pozostawił żonie Barbarze niemal gotowe do druku maszynopisy książek o tak różnej tematyce, jak filozofia Carla Gustava Junga, historia i kultura Siuksów oraz możliwości tradycyjnej indiańskiej medycyny.

Jego najstarszy syn, Philip Deloria, jest znanym indiańskim działaczem, naukowcem i twórcą, profesorem historii i studiów amerykańskich na University of Michigan w Ann Arbor, autorem książek Playing Indian oraz Indians in Unexpected Places.

www.wikipedia.pl

piątek, 25 kwietnia 2014

legenda

Legenda Anishnabe (Anishinabe)

Była wiosna kiedy młody wojownik Anishnibe dołączył do społeczności. Było w nim coś dziwnego, czego wielu nie potrafiło zrozumieć. Jego odpowiednie postępowanie i zaufanie jakie zdobył było czymś obcym dla tych ludzi, którzy należeli do "Tradycyjnego Kręgu". Po kilku miesiącach jego obecności w społeczności wielu obawiało się z nim rozmawiać, a inni zastanawiali się co z nim jest nie tak, lecz nikt nie potrafił znaleźć błędów w sposobie jego postępowania czy wykonywania przez niego pracy. Młodzieniec niewiele wiedział jak postępują ludzie Kręgu, i pomyślał, że mógłby się tego nauczyć. Po wielu rozmowach i naukach świetnie się zorientował czego od niego oczekiwano jako od wojownika Tradycyjnego Kręgu.
Po wielu miesiącach nauki powrócił do Starszyzny, z pytaniami dotyczącymi stanu społeczności. Pytał też, czemu tak wiele rzeczy w Kręgu przeczyło innym. Widział starych ludzi, kalekich, matki pragnące by przywódcy zatroszczyli się o ich rodziny w czasie gdy ich mężowie spali w łóżkach innych kobiet. Pytał o wiele innych rzeczy, które wydały mu się niewłaściwe. Odpowiedziano mu, że miesza się w sprawy społeczności i, że społeczność nie jest z tego zadowolona. Wydało mu się nie w porządku, że tylko ludzie wytwarzający święte leki mogli je posiadać, ani to, że Starszyzna nie posiadała Orlich Piór pokazujących ich status, ani to, że tylko młodzi i silni mogli tańczyć. I znów poinformowano go, że tak właśnie jest w tej społeczności, i jeśli nie potrafi wymyślić nic lepszego, to tak właśnie ma być.
Młodemu wojownikowi nie podobało się to, irytował go fakt, że wyglądało na to, że klasa dominująca narzucała innym sposób postępowania i, że nikt nie rozumiał tego, że nauki społeczne są dla każdego, a nie tylko dla wybrańców, którzy zaspokajali tylko swoje potrzeby. Poszedł więc do domu, by poprosić Pramatki i Praojców o pomoc w rozwiązaniu tej sprawy. Wiedział, że była to sprawa życia lub śmierci dla tej społeczności, więc najpierw złożył im dary, a potem wszedł do środka. Była to skromna i uboga chata, nie taka jak chata do nauk czy chata modlitewna. Chata ta różniła się od innych swoją budową. Przez wiele dni pościł i wznosił modły, aż pewnego dnia przybyła do niego Pramatka z północnego-wschodu, i bez jednego słowa narysowała po środku chaty krąg, wyznaczyła na nim cztery strony świata, a młodzieńcowi powiedziała, by wybrał się w podróż w tych czterech kierunkach, a otrzyma odpowiedź, której pragnie.
Wojownik podziękował jej za świętą naukę, opuścił chatę zostawiając Pramatkom i Praojcom jeszcze więcej darów. Po wyjściu z chaty najpierw skierował się na wschód. Na wschodzie, przy strumieniu na polanie siedział Żuraw, którego młodzieniec obserwował przez jakiś czas. Gdy Żuraw odleciał wojownik ponownie złożył Pramatkom i Praojcom dary. Kiedy zbliżył się do miejsca gdzie siedział Żuraw, poczuł znajomy, ostry zapach i zobaczył, że w samym sercu trasy jego wędrówki było dziesięcioakrowe poletko porosłe słodką trawą (żubrówką). Zaczął więc zbierać trawę, uważając przy tym, by nie uszkodzić korzeni, aby trawa mogła wyrosnąć w następnym roku. Zebranymi źdźbłami trawy napełnił sanie na wysokość aż czterech stóp.
Potem wrócił do ludzi, którzy, jak widział, byli w potrzebie i rozdał wszystką słodką trawę społeczności. Nie zatrzymał dla siebie nawet jednego źdźbła, lecz oddał innym wszystko. Następnie poszedł na południe, gdzie znalazł dziki tytoń, który zebrał i rozdał innym sobie nie zostawiając nawet liścia, po czym skierował się na zachód gdzie znalazł szałwię lekarską. Postąpił tak jak wcześniej rozdając to co znalazł społeczności. Na końcu poszedł na północ gdzie znalazł wielkiego Praojca Cedra, i postąpił tak jak wcześniej oddając wszystko, co zebrał społeczności sobie nie zostawiając ani krzty.
Gdy Starszyzna zapytała, dlaczego to zrobił, on odpowiedział "Ponieważ wszyscy są równi i każdy zasługuje by mieć to co mają inni. Ja nie mam niczego poza wiedzą, gdzie to zdobyć, ponieważ podążałem ścieżkę Pramatek i Praojców, i wierzcie mi, że jeśli ta społeczność znów będzie w potrzebie, przybędę ponownie i jeszcze raz uczynię to co teraz. Wy natomiast, którzy uczyniliście swą wielkość niedolą innych, wcale nie jesteście tacy wielcy a wasza Święta Chata przynosi wstyd Pramatkom i Praojcom. Zaprowadźcie we własnych domach porządek, a potem pomóżcie innym uczynić to samo, a gdy wszystkie domostwa w tej społeczności będą uporządkowane, wtedy nastanie pokój i wielu dobrych wyznawców zostanie pozyskanych. Przekażę jeszcze jeden dar, tak jak mi to nakazano". I ponownie ich opuścił udając się w wielodniową wędrówkę kierując się na zachód w poszukiwaniu wielkiego daru Pramatek i Praojców. Znalazł dolinę pełną Orlich Piór gdzie po raz kolejny złożył dary dla Pramatek i Praojców, po czym wrócił do społeczności oddając im lecznicze Pióra Orła Przedniego. Sobie nie pozostawił ani jednego. Każdemu człowiekowi, który tego potrzebował, dał po jednym piórze. Ten ostatni gest będący wyrazem oporu przeciw starszyźnie tak okropnie ją oburzył, że otwarcie zaczęła przemawiać przeciw tym wszystkim darom.
Wtedy zebrała się rada społeczności i przez przypadek, młody tancerz, syn członka Starszyzny zgubił w Kręgu Tańca swoje Orle Pióro. I zakrzyknięto na weteranów by przyszli i honorowo zwrócili ludowi Ducha Orła. Wystąpił on w pełni odziany w odświętny strój, który nakazano mu przywdziać, i wraz z innymi weteranami zajął swoje miejsce na zachodzie. Gdy nadszedł czas, zastanowiono się, kto powinien podnieść pióro i je oddać, i tylko on jedynie był weteranem ranionym w bitwie, więc jako jedyny mógł dostąpić tego zaszczytu. Gdy podniósł pióro, zapytał Starszyznę, kim była osoba, która potrzebowała otrzymać Orle Pióro?
Podszedł do młodej dziewczyny, która jeździła na wózku inwalidzkim i dał jej Orle Pióro. Pióro dostało się społeczności, ten który tańczył miał ich wiele, ona żadnego. Należy dbać o to co się ma, w innym wypadku Pramatki i Praojcowie zmniejszą twoje brzemię.

Jest to prawdziwa historia ludzi.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Zabiłem jelenia
Zgniotłem konika polnego
I rośliny którymi się żywił
Zraniłem serce
Starego drzewa rosnącego strzeliście
Zabrałem rybę z wody
I ptaka z nieba
W moim życiu potrzebowałem śmierci
Ażeby podtrzymać swoje życie
Kiedy umrę będę musiał dać życie
Tym co mnie karmili
Ziemia otrzyma me ciało
I podaruje je roślinom
I gąsienicom
Ptakom
Kojotom
Każdemu w odpowiednim czasie aby
Koło Życia nie zostało przerwane.

(Anonimowy poeta indiański; ze zbioru poezji: Levitas, Vivelo, Vivelo
"American Indian Prose and Poetry" oraz R.Kaiser "This Land is Sacred")

sobota, 19 kwietnia 2014

Vine Deloria - cytaty


- o obwinianych za wyginięcie mamutów:
Dobrym sposobem testowania teorii jest sprawdzenie, co mówią o niej naukowcy, gdy dyskutują na inny temat i tylko wspominają ją marginesowo. Gdyby zapytać obrońców Cieśniny Beringa, czy na Syberii byli ludzie w okresach między zlodowaceniami, kiedy mogli wędrować bez zamarznięcia na śmierć lub wpadnięcia w szczeliny lodówca, to zapewniano by nas, że brzegi Syberii pełne były myśliwych gotowych do drogi. Ale wyobraźmy sobie, że pytamy jedynie o życie na Syberii w tym okresie. Zobaczmy, co naukowcy mówią o Syberii, gdy nie myślą o teorii Cieśniny Beringa.
Kazimierz Kowalski i N. K. Wereszczagin to dwaj znani badacze europejscy specjalizujący się w Europie Wschodniej i Rosji ery plejstocenu. Rozważając, czy paleomyśliwi wybili mamuty na Syberii, Kowalski napisał, że “mamuty prawdopodobnie nigdy nie były głównym pożywieniem grup ludzkich a ślady ludzkiej kolonizacji Syberii są w tym czasie rzadkie”. Mówimy więc o niewielkiej jedynie grupie ludzi na Syberii, a co dopiero o ich podróży na Alaskę. A takie grupki trudno uznać za zagrożenie dla mamutów czy innej megafauny.
Garstka ludzi żyjących wówczas na Syberii nie miała tendencji do migrowania z zachodu na wschód poprzez górskie grzbiety i niedostępne wyżyny. Spędzali raczej czas na wędrówkach z północy na południe i z powrotem, podążając za zwierzyną pasącą się sezonowo tam, gdzie pogoda była znośna. Ponieważ ci ludzie mieli zwierzyny pod dostatkiem, nie musieli wybijać żadnego z gatunków. Nie mieli też powodu do zbierania swoich rzeczy i przenoszenia się w niegościnne górskie rejony, gdzie trudniej byłoby polować a trawożernych ssaków byłoby znacznie mniej.

- o słoniach i Indianach
A co ze świadectwami ludzi dotyczącymi megafauny? Oto mamy bardzo kontrowersyjny temat, bowiem naukowa doktryna sugeruje, że megafauna została zniszczona tak dawno temu, że żadne społeczeństwo ludzkie nie może tego pamiętać. Nawet opowieści zachodniego społeczeństwa o potworach i smokach nie dopuszcza się jako możliwych wspomnień o megafaunie. Większość archeologów i antropologów automatycznie odrzuca tradycje ludów nie-zachodnich dotyczące naturalnego świata i ich doświadczeń w tym świecie jako przesądy niewarte uwagi. W efekcie, trudno jest przedłożyć dowody z ustnej tradycji, które mogłyby zapewnić wymaganą identyfikację.
Gdzie więc zdobyć przekonujące dowody, że niektóre indiańskie narody posiadały wiedzę o niktórych gatunkach megafauny? Siuksowie znaja konstelacje gwiezdną, którą nazywają “Włochaty Słoń”. Biorąc pod uwagę, że pułapka na mamuty w Hot Springs, w Dakocie Południowej, która dostarczyła sporą ilość szkieletów, znajdowała się w sercu ziem Siuksów, istnieją podstawy do przypuszczeń, że nazwa tego gwiazdozbioru odzwierciedla wspomnienia i życiowe doświadczenia tego ludu związane z mamutami.
Jednak w ogóle bardzo trudno jest odnaleźć tradycje mówiące o tych stworzeniach, bowiem Indianie mają inne sposoby opisywania niezwykłych zwierząt, które nie zawsze odpowiadają takiemu opisowi, który naukowcy i badacze uznaliby za trafny.
Wiele opowieści ze wschodnich lasów opisuje wielkie stworzenie jako ogromnego łosia, niedźwiedzia, bizona czy łosia, a nie jako mamuta i nie da się powiedzieć, czy Indianie mówili o megafaunie, czy tylko o przerośniętym i robiącym wrażenie przedstawicielu któregoś z gatunków współczesnych. Cechą charakterystyczna tytch bestii, niezaleznie od pochodzenia plemiennego, jest to, że zwsze mówi sie o nich jako o drapieżnikach. Na przykład Siuksowie i Szejenowie opisują swojego wielkiego bizona jako mięsożercę i nacisk na to stale drażni osoby usiłujące doszukiwać się sensu w tradycji. Czasem jednak indiańskie opowieści są tak drobiazgowe w szczegółach, że nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tego, o jakich doświadczeniach mówią.

- o wędrówce koni, wielbłądów i bizonów:
Czytałem pewnego popołudnia popularne opracowanie historyczne Donalda Worstera Dust Bowl, gdy natrafiłem na następujący fragment: “Konie i wielbłądy rozpoczęły swój żywot 45 milionów lat temu na trawiastych równinach Ameryki Północnej, migrując następnie przez pomost lądowy Beringii do Azji. Tę samą trasę – tylko w przeciwnym kierunku – przebył w epoce lodowcowej bizon, odkrywając krainę, w której mógł się rozwijać.” Z pewnością nie chciałbym kwestionować lub podważać badać Worstera ani jego naukowej reputacji, ale wydaje mi się niewiarygodne, aby dwa trawożerne zwierzęta, bardzo dobrze przystosowane do trawiastych równin Nebraski i Kansas, nie mogły się tam rozwijać i musiały pakować manatki i przenosić ku północy w coraz chłodniejszy klimat, gdzie trawy jest niewiele, w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia.
Nie potrafię sobie wyobrazić tysięcy, czy nawet milionów koni i wielbłądów walczących o pokonanie Gór MacKenzie'go, czy tłoczących się na Przełęczy Skagway, przekraczających pomost lądowy a następnie z tuzin koniecznych do przebycia dzikich grzbietów górskich, by wreszcie odnaleźć dom w stepach Azji. Czy dla potrzeb migracji nagle zmieniły swoją dietę z trawy na korę drzew i tundrę, lub ciągnęły ku azjatyckim stepom w jakiejś mistycznej wizji?
Migracja bizonów, zdaniem pewnych naukowców, jest dużo bardziej wiarygodna. Już to sobie wyobrażam. Bison bison i Pani Bizon pasą się spokojnie w Azji środkowej, nie troszcząc się o świat, gdy nagle widzą spacerujące obok konie i wielbłądy – zapewne w drodze do Egiptu. Bystry Bison bison zwraca się do Pani Bizon i oznajmia radośnie: “Kochanie, czy zdajesz sobie sprawę, że w Kansas i Nebrasce otwarła się właśnie nisza dla zwierząt trawożernych?” Całe stado jest bardzo podniecone tą perspektywą pomimo tego, że na amerykańskich równinach pasą się już gigantyczne Bison taylori i Bison latifrons.
Wieść obiega Azję środkową i wkrótce cały gatunek Bison bison decyduje się przekroczyć Cieśninę Beringa, wiedząc doskonale, że szlak został już wytyczony przez wielkie stada koni i wielbłądów, które przebyły go wcześniej w przeciwnym kierunku. Bison bison jest szczęśliwy, bo Cieśninę Beringa przekraczają także Indianie i wszystko jest już gotowe pod wielki Amerykański Zachód za 12000 lat, gdy Indianie Równin będą polować na bizona i sprzedawać jego skóry zaś Buffalo Bill zyska sławę dzięki niemal całkowitej jego eksterminacji.


czwartek, 10 kwietnia 2014

Vine Deloria - cytaty


- o wyjątkowości obecnego społeczeństwa:
Większość Amerykanów nie zatrzymuje się, by spoglądnąć wstecz na wydarzenia ostatnich dwustu lat, które uczyniły nasze społeczeństwo i czas wyjątkowymi. Wraz z triumfem darwinowskiej ewolucji jako uznawanego wyjaśnienia początków naszej Ziemi – a w zasadzie całego wszechświata – staliśmy się pierwszym społeczeństwem ludzi, którzy akceptują czysto mechaniczne początki samych siebie i całej tej obfitości życia, które znajdujemy na planecie Ziemia. Nauka mówi nam, że cała ta panorama życia, nasze najgłębsze doświadczenia, nasze najbardziej ukochane idee i emocje sa jedynie rezultatem szczęśliwej kombinacji aminokwasów, które połączyły się miliardy lat temu i że nasze najgłębsze doświadczenia są zwykłymi impulsami elektrycznymi będącymi logiczną konsekwencją tego pierwszego wypadku. Kiedy bronimy tego punktu widzenia, stajemy samotni wobec zbiorowej pamięci i mądrości wszystkich innych społeczeństw. Bronimy naszego stanowiska, oskarżając naszych przodków i istniejące społeczności plemienne o bycie przesądnymi i ignorowanie rzeczywistych przyczyn organicznej egzystencji. Czy naprawdę mamy podstawy do tego przekonania?

- o znaczeniu ustnej tradycji:
Nie-zachodnim, plemiennym odpowiednikiem nauki jest tradycja ustna, lekcje przekazywane z pokolenia na pokolenie przez niezliczone wieki. Tradycja ustna jest luźnym zbiorem materiału anegdotycznego, który – wzięty razem – wyjaśnia naturę fizycznego świata doświadczanego przez ludzi i ważne wydarzenia z ich historycznej podróży. Stary Testament był kiedyś tradycją ustną, dopóki nie został spisany. Sagi i eddy tworzą część europejskiej tradycji ustnej. Ze względu na zainteresowanie duchowością ustnym tradycjom Indian przypisano ostatnio pewną romantyczność i w rezultacie część ludzi zaczęła wierzyć, że tradycje ustne odnoszą się tylko do kwestii religijnych. Taki opis nie jest prawdą. Większość indiańskich tradycji dotyczy raczej zwykłych spraw, takich jak rośliny, zwierzęta, pogoda i wydarzenia z przeszłości, które nie mają charakteru religijnego.
Dopóki indiańskie plemiona i – szerzej – inne ludy plemienne były zdominowane przez inwazję kolonizujących je narodów zachodnich, tradycji ustnej nie traktowano jak zwyczajnej informacji o dawnych wydarzeniach, ale jak szczegółową wiedzę o ptakach, zwierzętach, roślinach, tworach geologicznych i religijnych doświadczeniach danej grupy. Czasem wizje różnych plemion pasowały do siebie, opisując pewne wydarzenie, doświadczenie lub warunki, a czasami – nie.
Starszyzna plemienna nie martwiła się tym, że ich wersja stworzenia była całkiem inna, niż scenariusz przekazywany przez sąsiednie plemię. Ludzie wierzyli, że każde plemię ma własny szczególny związek z wyższymi siłami duchowymi, które rządzą wszechświatem. Zadaniem każdego plemienia było pozostać wiernym temu szczególnemu powołaniu bez martwienia się o to, co robią inni. Plemienna wiedza to nie fragmentaryczne dane ułożone zgodnie z racjonalną spekulacją. To wyciąg z pamięci Ludu, opisujący wydarzenia, których doświadczył i ziemie, na których żył. Black Elk dobrze wyjaśnił tę metodologię Johnowi Neihardtowi: “Tak mówią i nie wiem, czy tak było, czy nie; ale jeśli się nad tym zastanowisz, to zrozumiesz, że to prawda”. Ludzie czuli, że tradycja ustna jest poważna. Była to wiedza - i nawet najbardziej nieprawdopodobne jej aspekty mogły być uważane za prawdziwe.

- o roli teorii o Cieśninie Beringa:
Może się wydawać, że wystarczająco długo zastanawiałem się nad pochodzeniem człowieka, eliminując w rezultacie teorę o Cieśninie Beringa jako możliwe wyjaśnienie sposobu zasiedlenia Półkuli Zachodniej przez Indian i że poświęcenie dłuższego czasu na to jest zbyteczne. Nic nie jest dalsze od prawdy. Większość Amerykanów nie dostrzega związku między rozmaitymi teoriami naukowymi ani nie rozumie, że zmiana lub upadek jednej ważnej doktryny naukowej wymaga istotnego dostosowania wszystkich innych doktryn, których słuszność opierała się na niej. Dlatego ludzie akceptujący ideę, że przestarzałe wyjaśnienia ewolucji człowieka uległy zasadniczym zmianom będą nadal trzymać się teorii Cieśniny Beringa, mimo iż jest to wielka niekonsekwencja.
Teoria ta ma ścisłe związki z bieżącą polityką, które sprawiają, że wielu ludziom trudno się z nią rozstać. Żywe jest wciąż znaczne poczucie winy w związku ze sposobem, w jaki Europejczycy najechali i zasiedlili Półkulę Zachodnią. Pięć stuleci brutalności odcisnęło się na świadomości, a to z kolei zrodziło dwa przekonania służące do usprawiedliwiania tej przykrej historii. Ludzie chcą wierzyć, że Ameryka była pustym, niezagospodarowanym żyznym obszarem czekającym na wzięcie pod uprawę zgodnie ze świetymi nakazami Boga. Cała półkula należała więc do tego, kto mógł uwolnić ją ze stanu dzikości. Przekonaniu temu towarzyszy idea, że Indianie nie byli pierwotnymi mieszkańcami Półkuli Zachodniej, ale późnymi przybyszami, którzy ledwie rozpakowali się, zanim Kolumb zapukał do drzwi. Jeśli Indianie przybyli kilka wieków wcześniej to nie mieli prawdziwych praw do ziemi, których nie mogłoby ich pozbawić europejskie odkrycie. Aleś Hrdlićka ze Smithsonian Institute poświęcił życie na dyskredytowanie wczesnego zasiedlenia Ameryki Północnej a całe pokolenie naukowców, strachliwie naśladujących mistrza, wolało raczej odrzucać twierdzenia kolegów, niż urazić potężnego badacza. Ostatecznie, kłopotliwe odkrycie, że w zachodnich stanach występują obficie groty kultur Clovis i Folsom, zmusiło do przyznania, że Indianie mogli pobić Kolumba o ładnych kilka stuleci. Poglądy te mają znaczny wpływ na to, jak nie-Indianie postrzegają roszczenia wysuwane przez Indian.



Wszystkie cytaty na podstawie Red Earth. White Lies. Native American and the Myth of Scientific Fact, Fulcrum Publishing, Golden, Colorado, 1977

http://www.indianie.eco.pl/litera/Deloria_o.html

sobota, 5 kwietnia 2014

Indianie Hopi

Ich przodkowie: Anasazi pochodza podobno od Atekow i przybyli na tereny Arizony okolo 5tys. do 10 tys. lat temu. Do teraz posluguja sie jezykiem Uto-Azteckim jak i bardziej powszechnym w USA jezykiem Indian Szoszonow. Zajmuja sie hodowla i podstawowym rolnictwem

Indianie Hopi wierza w tzw. Kachinas, bogow ktorzy zstapili na ziemie, aby pomoc ludziom zdobywac madrosc i lepiej zyc. Hopi opowiadaja, ze Kachinas wspolzyli tez z ludzkimi kobietami. Ich wiedza o astronomii, jakkolwiek uzywaja innych nazw dla okreslania gwiazd i konstelacji gwiezdnych, jest w gruncie rzeczy identyczna z wiedza zachodniego swiata (wspolczesna astronomia). Wierza, ze kiedys zyli w centrum ziemii, na Zolwiej Wyspie i ze w tych czasach byly otwarte portale miedzywymiarowe, ktore nazywaja dziurami w niebie.Mowia tez, ze wtedy przestrzen kosmiczna miala swoje granice, w ktorych zyly 4 grupy pozaziemskich cywilizacji.

Wedlug ich wierzen, w glebii ziemii istnieja ukryte, swiete miejsca, do ktorych aktualnie maja dostep tylko najwyzsi Szamani na ziemii. Nazywaja te miejsca: Achivas. Zgodnie z legenda Hopi, Achivas powstaly, poniewaz kazda epoka czlowieka konczy sie jego czesciowa zaglada i tylko czysci w sercu, zyjacy zgodnie z natura, sa tam wprowadzani aby moc przetrwac zaglade i rozpoczac nowa epoke czlowieka. Achivas sa w specjalny sposob chronione aby ludzie niepowolani nie mogli ich odkryc. Hopi mowia, ze poprzednim razem zeszli do Achivas wraz z ludzmi Ant, ktorzy wedlug ich opisow bardzo przpominaja znane nam UFO Szaraki (duze glowy, mala i cienkie cialka, dlugie palce, itd. Ich rysunki wyraznie sugeruja, ze istoty te posiadaly zdolnosci telepatyczne.

Opowiesci indian Hopi mowia, ze Kachivas ukrywaja swoje pojazdy w specjalnie uksztaltowanych (w dysk) chmurach, ktore czasami mozna dojrzec nad szczytami niektorych gor. Chmury takie potrafia osadzic sie tam na wiele godzin.

Hopi wierza, ze sa bezposrednimi potomkami Plejadan, z konstelacji Plejad. Takze u plemion Navajo, Irokezow i Cree historia ta jest znana i powtarzana. Na pzrklad indianie Cree mowia, ze keidys zeszli na ziemie w postaci duchowej aby nastepnie przebrac postac z ciala i krwi.

Hopi posiadaja rysunki stakow powietrznych w formie oswietlonych dyskow,

http://www.globalnaswiadomosc.com/hopi.htm

wtorek, 1 kwietnia 2014

opowieść Białego Niedźwiedzia



Biały Niedźwiedź, jeden z najważniejszych Indian Hopi, którzy mieszkają w rezerwacie w stanie Arizona, jest mądrym, osiemdziesięcioletnim starcem, należącym do szczepu Kojotów i będący członkiem sądu plemiennego Indian Hopi. Poniżej jego opowieść.
Przed rozpoczęciem relacji Biały Niedźwiedź zapewnił, że nadszedł czas opowiedzieć, kim są Indianie Hopi i dlaczego osiedlili się tu, gdzie żyją po dziś dzień:
Kiedy będę ci opowiadał naszą historię, musisz pomyśleć o tym, że czas nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia. Dziś czas jest czymś ważnym, czas wszystko komplikuje, czas staje się przeszkodą. Ale w historii mojego ludu czas nie był istotny, był równie mało ważny jak dla samych stwórców."
Podobnie jak podania Majów i Azteków, także historia Indian Hopi wymienia cztery epoki. Czasy, w jakich żyjemy obecnie, to epoka czwarta. Przed tysiącami lat przodkowie Indian Hopi mieszkali na kontynencie w rejonie Oceanu Spokojnego, kontynent ów zwał się Kasskara. Potem wybuchła międzykontynentalna wojna. W tej epoce Kásskara zaczęła pogrążać się w oceanie, nie był to jednak – tak jak w Biblii czterdziestodniowy potop, lecz zapadanie się kontynentu. W końcu nad wodę wystawały tylko najwyżej położone części lądu – dziś jest to kilka wysp mórz południowych. Indianie Hopi zostali zmuszeni do odwrotu. W ucieczce pomagali im Kaczynowie. Biały Niedźwiedź wyjaśnia, że słowo „Kaczynowie" znaczy tyle co „dostojni i poważani wtajemniczeni", elita, z którą jego lud miał zawsze kontakt. Kaczynowie, którzy co pewien czas odwiedzali Ziemię, byli istotami cielesnymi, pochodzącymi z planety Toonaotekha oddalonej od Układu Słonecznego.
KaczinaKaczynowie znali trzy kategorie wtajemniczonych – byli to twórcy, nauczyciele i strażnicy praw. Hopi twierdzą, że także Kaczynowie-twórcy produkowali w tajemniczy sposób różnych ludzi.
Mistyka takich narodzin jest dla Białego Niedźwiedzia jasna: „Choć zabrzmi to dziwnie, nigdy nie dochodziło do obcowania, nie było stosunków płciowych, lecz wybrane kobiety zachodziły w ciążę." To samo stwierdzenie znajdujemy w PopoI Vuh. Pierwsi ludzie zostali poczęci „bez udziału ojca. [...] Jedynie mocą nadprzyrodzoną, za sprawą czarów zostali stworzeni i utworzeni [..]". W PopoI Vuh możemy również znaleźć informację, że pośród stworzonych byli mężowie, których mądrość była wielka. Biały Niedźwiedź nie czytał wprawdzie PopoI Vuh, ale wie z legend Indian Hopi: „Istnieli cudowni, potężni mężowie, gotowi zawsze do niesienia pomocy, nigdy zaś do niszczenia".
Biały Niedźwiedź opowiada, jak Kaczynowie pomagali jego ludowi w exodusie. Zastosowano trzy metody ewakuacji. Na „latających tarczach", czyli niebiańskich pojazdach bogów, wywieziono z niebez­piecznej strefy elity społeczne, które miały przygotować nowy kraj Amerykę Południową – na przyjęcie kolejnych fal emigrantów. Do transportu masowego używano "wielkich ptaków" oraz statków, łodzi i kanu najróżniejszej wielkości.
Biały Niedźwiedź nie potrafi niestety na podstawie legend opisać, jak z technicznego punktu widzenia wyglądały „latające tarcze", twierdzi tylko, że kształtem przypominały podobno połówkę dyni. Niepojęte pojazdy niebieskie, o których mówi legenda, było widać świadczą o tym rysunki naskalne w Oraibi, najstarszej osadzie Indian Hopi w Arizonie. Jeden z nich ukazuje kobietę siedzącą w środku tarczy, której brzegi są wygięte ku górze – pod spodem wyryto pierzastą strzałę. Biały Niedźwiedź tłumaczy, że strzała symbolizuje „latanie" i „prędkość".
Biały Niedźwiedź opowiada, że kolejną grupę mieszkańców Kasskary ewakuowano „na grzbietach wielkich ptaków”.
Trzecia, najliczniejsza grupa uciekinierów z Kasskary dotarła do Ameryki Południowej na statkach i niewielkich łodziach. I w tej masowej ewakuacji brali udział bogowie. Kaczynowie, prowadzili konwój statków i łodzi od wyspy do wyspy, nie pozwalając mu zboczyć z kursu.
Po przybyciu osiedleńców na miejsce rozpoczął się dla nich kolejny etap historii. Indianie mnożyli się, rozwijali interesy plemienne, dzielili się na szczepy. Niektóre grupy w trakcie wędrówki trwającej kilka tysięcy lat przeszły z południa na północ. Wśród nich znalazły się również szczepy Niedźwiedzi i Kojotów. Do tych ostatnich należy Biały Niedźwiedź. Czy więc Indianie Hopi mogą się powoływać na to, że są ogniwem łączącym teraźniejszość z przeszłością, liczącą sobie wiele tysięcy lat? Biały Niedźwiedź zakreśla granice takich możliwości:
„Nie wszyscy ludzie, którzy przybyli do czwartego świata i zamiesz­kali w Taotoóma, byli Indianami Hopi. Powiedzmy raczej, że wśród tych ludzi znajdowali się nasi przodkowie. Spośród wielu, którzy przybyli do Ameryki Południowej, mianem Hopi określano tylko tych, którzy dotarli w końcu do Oraibi, a mianem tym określono ich dopiero, kiedy zostali tam przyjęci."
W łonie wielkiego ludu Hopi powstawały nowe plemiona, które się potem dzieliły. Plemiona te osiedlały się w wysokich górach i w pusz­czach, wśród nich znaleźli się przodkowie Majów, Inków i Azteków. Świadczy o tym niezbicie fakt, że z tymi legendami pokrywają się w treści inne przekazy, na przykład staroindiańskie rysunki naskalne.
Biały Niedźwiedź opowiada o mieście Palátquapi („Czerwona Zie­mia"), które jego przodkowie wznieśli w Ameryce Środkowej – było ono uważane za centrum nauki. Żaden Hopi „nigdy nie zapomni Palátquapi", nieważne, do jakiego należy szczepu, owo miasto bowiem wryło im się bardzo głęboko w pamięć. W Palátquapi stał trzypiętrowy budynek służący wyłącznie nauce. Budowano go stopniowo, każdy kolejny poziom odpowiadał wyższemu poziomowi wiedzy: im wyżej wznosiła się świątynia nauki, tym mniej Indian mogło tam dotrzeć.
Na parterze młodzi Indianie uczyli się historii swojego ludu, na pierwszym piętrze wykładano nauki przyrodnicze – łącznie z budową pierwiastków (chemia!). Rozwijano intelekt, rozbudzano umiejętność obserwacji, ugruntowywano umiejętność rozumienia harmonii wszelkich form życia w przyrodzie. Biały Niedźwiedź:
„Dlatego Indianie Hopi śpiewają podczas swoich uroczystości obrzędowych pieśni wychwalające przyrodę, która nas otacza, wy­chwalające wszystkie żywioły. Robią to na cześć wielkiej potęgi boskiej istoty."
Jeszcze wyżej, na trzecim piętrze, gdzie nauka była znacznie trudniejsza, a liczba studentów mniejsza, wykładano astronomię. Biały Niedźwiedź:
„Nauka zawierała informacje o szczegółach budowy Układu Słonecz­nego. Wiedziano, że Ziemia jest okrągła, że na powierzchni Marsa leży drobniutki piasek, że na Wenus, Marsie i Jowiszu nie istnieje życie."
Biały Niedźwiedź stwierdza, że wykłady prowadzili Kaczynowie.
Biały Niedźwiedź opowiada, że Indianie żyli w Palátquapi setki lat – dopóki eksplozja demograficzna nie zmusiła ich do szukania nowych siedlisk. Spowodowało to rozluźnienie więzi z Palátquapi, bo nowe wspólnoty chciały się uniezależnić od centrum. Kaczynowie opuścili miasto, ich czysta nauka ulegała rozwadnianiu tym bardziej, im bardziej Indianie zapominali o tych, którzy pomogli im osiągnąć tak wysoki stopień kultury. Mieszkańcy Palátquapi tworzyli sobie nowych bogów i bożków – doprowadziło to w końcu do straszliwych walk bratobój­czych. Wrogie sobie plemiona respektowały wprawdzie świątynie i piramidy dawnych bogów, ale obrzędy religijne traciły coraz bardziej tradycyjne formy, co sprawiło, że porzucano dawne ośrodki kultowe.
W ten właśnie sposób opustoszała stolica szczepu Łuków, miasto Tikal, gdzie prace wykopaliskowe doprowadziły ostatnio do odkrycia śladów istnienia osadnictwa preklasycznego. Wyludniły się też ulice i świątynie Palátquapi – dziś nazywanego Palenque.
Indianie pragnący żyć w zgodzie z naturą i prawami Kosmosu zakładali nowe osiedla. Pod znakiem pierzastego węża Jukatan stał się dominującym obszarem zamieszkanym przez szczep Wężów. Szczepy Niedźwiedzi i Kojotów osiedliły się bardziej na północ – mieszkają tam do dziś, o ile nie wymordowały ich lub nie wypędziły blade twarze. W Roteville, wsi Indian Hopi w Arizonie, odprawia się co roku w lutym „obrzęd pierzastego węża".

http://wigwam02.republika.pl/Wigwam33/bialynie.html

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwiastuny śmierci według Indian Omaha


Według Indian Omaha, śmierć człowieka poprzedzona jest różnorodnymi zwiastunami śmierci. Indianie Omaha wierzą, że nadchodzącą śmierć może przewidzieć osoba, która ma umrzeć, a także wybrani członkowie plemienia, którzy są obdarzeni magicznymi zdolnościami.

Według wierzeń członków plemienia Omaha, aby otrzymać dar przewidywania śmierci, należy poprzez modlitwę zwrócić się do boskiej siły Wakanda. Należy podkreślić, że taka modlitwa często trwa wiele dni i nocy. A co ważniejsze - prośba otrzymania "magicznych mocy" nie zawsze jest spełniana. Jeśli jednak modlitwa zostanie wysłuchana, naznaczony wybraniec dołącza do Stowarzyszenia Duchów.

Ludzie, którzy przepowiadają śmierć, doświadczają wizji, przedstawiających mężczyznę lub kobietę, poruszających się nad ziemią oraz otoczonych blaskiem światła. Wizjonerzy szczególną uwagę zwracają na twarz osoby, która im się jawi, ponieważ to właśnie wyraz twarzy świadczy o charakterze i okolicznościach, mającej nastąpić śmierci. Kiedy wizja przedstawia człowieka radosnego, śmierć nastąpi z przyczyn naturalnych lub też będzie spowodowana wypadkiem, czy walką na polu bitwy. W przypadku, gdy wizjoner smutną twarz lub też spuszczoną głowę, śmierć będzie efektem kłótni lub gniewu.

Jednym ze zwiastunów śmierci, w który wierzą Indianie Omaha jest wycie psa. Według członków plemienia Omaha, jeżeli wyjący pies zajrzy do danego domu, jednego z jego mieszkańców czeka śmierć. Innym zwiastunem śmierci jest także wizja zmarłych członków rodziny lub usłyszenie ich głosów.

Co ciekawe, Indianie Omaha wierzą, że poprzez odprawienie szczególnych rytuałów, przepowiedzianą śmierć można odgonić. Należy jednak podkreślić, że rytuały te mogą być wykonane jedynie przez odpowiednie osoby. Umiejętność odpędzenia śmierci posiadają ci spośród członków plemienia, którzy w czasie choroby lub z innych przyczyn zapadli kiedyś w śpiączkę i przeszli do świata duchów. Po wybudzeniu mogą oni widzieć duchy, przepowiadać śmierć, a także ją odganiać. Rytuały odganiające śmierć, zwykle trwają cztery noce.

http://www.polskie-cmentarze.pl/Warto-poczytac/Ciekawostki/Zwiastuny-smierci-wedlug-Indian-Omaha