piątek, 8 sierpnia 2014

legenda indiańska

Legenda Irokezów
W chatce na brzegu wioski żyła stara, sędziwa babcia i jej młody wnuk. Byli oni bardzo biedni, tak biedni, że jedli resztki dawane im przez sąsiadów. Pewnego razu, kiedy grupa wojowników wyruszyła na polowanie, mały chłopiec poszedł za nimi. Myśliwi podróżowali przez pięć dni, i w końcu rozbili obóz i wybudowali chatę z kory. Chłopiec był zbyt młody, by polować, wychodził z innymi, ale nigdy nic nie zabił. Nazwali go OTHWÉNSAWÉNHDE. Imię to pochodziło od części jelenia, którą dawali mu do jedzenia - była to wątroba. Kiedy myśliwi byli gotowi do powrotu do domu, postanowili zostawić chłopca, nie mówiąc mu o swoich zamiarach, gdyż chcieli szybko podróżować. Gdy chłopiec powrócił z lasu do chaty zastał tylko stos sierści z ogolonych skór. Myśliwi zabrali wszystko i odeszli. Chłopiec nie wiedział jak powrócić do domu. Tej nocy spał na stosie włosów; następnego ranka znalazł kość podbródka jelenia i zjadł z jej wnętrza szpik. Kiedy nadeszła noc, usłyszał, że ktoś się zbliża, drzwi chaty się otworzyły, stanął w nich człowiek i powiedział, "Cóż, OTHWÉNSAWÉNHDE, myślałeś, że umrzesz ale tak się nie stanie. Weź swój nóż, idź i połóż go na pniaku na zewnątrz, a rano przyniesiesz go z powrotem. Będziesz musiał zacząć jutro polować." I nieznajomy, który nazywał się GÉHA (Wiatr), odszedł.
Chłopiec miał stary nóż „basswood", wyszedł z nim na zewnątrz i położył go na pniaku. Wczesnym rankiem poszedł po swój nóż. Nóż był odmieniony. Wziął go, łuk i strzały i poszedł do lasu. Zobaczył jelenia, pobiegł za nim, dogonił i zabił nożem. Wtedy odrzucił łuk i strzały i od tej pory polował tylko ze swoim nożem. Zabił wiele zwierząt i odtąd miał dużo mięsa.
Pewnej nocy posłyszał, że ktoś nadchodzi. Drzwi się otworzyły, stanął w nich nieznajomy i powiedział, "Jestem tu, by ci powiedzieć, że NYAGWAIHE nadchodzi by cię zabić. Połóż dziś wieczorem swój nóż na pniaku, zabierz go rano i wdrap się na ten wysoki wiąz za chatą, ukryj się w gałęziach i czekaj. NYAGWAIHE wejdzie na drzewo i zajrzy do chaty, by zobaczyć, czy tam jesteś. Kiedy będzie schodził w dół, wbij swój nóż w białe miejsce na jego prawej, tylnej łapie. On wtedy spadnie martwy na ziemię. Następnie nazbieraj suchych gałęzi, poukładaj je wokół niedźwiedzia i spal jego ciało".
I GÉHA wyszedł.
Chłopiec położył nóż na pniaku, który rano stał się dłuższy i mocniejszy. Podniósł go, wszedł na drzewo i ukrył się w gałęziach. O świcie usłyszał straszny ryk i wkrótce NYAGWAIHE zaczął wchodzić na drzewo. Kiedy wdrapał się na szczyt, spojrzał przez otwór w dachu z którego wydobywał się dym i powiedział, "Ogień płonie, chłopiec musi być w domu", i zaczął schodzić z drzewa. Chłopiec zobaczył białą łatę i wbił w nią nóż. NYAGWAIHE spadł martwy na ziemię.
Tej nocy, gdy chłopiec już zasypiał, usłyszał, że ktoś się zbliża. To był GÉHA. Otworzył drzwi i powiedział, "Przyszedłem ci powiedzieć, że ci myśliwi, którzy cię tutaj zostawili głodują. Za dziesięć dni przyjdą w to miejsce. Musisz być dla nich uprzejmy. Nie bądź dumny i nie przechwalaj się, jaki jesteś szybki. Byłeś zbyt dumny i dlatego NYAGWAIHE przyszedł żeby cię zabić. Nie mów też, że nie ma takiego, który by cię dogonił. Gdy przyjdą powiedz, że im pomożesz i dasz im mięso, które wysuszyłeś. Gdy będą gotowi do powrotu idź z nimi i powiedz żeby każdy wziął tyle mięsa ile zdoła unieść. Połóż też swój nóż na pniaku".
GÉHA odszedł. Chłopiec położył swój nóż na pniaku. Z rana nóż był krótszy i mniejszy.
Przez następne dziewięć dni chłopiec zabił wiele jeleni, dziesiątego dnia pozostał w chacie, wyglądając i nasłuchując przybyszy. W południe nadeszli myśliwi. Gdy zobaczyli jak dużo mięsa ma chłopiec, poprosili go o wybaczenie. Pozwolił im, aby najedli się do syta, a resztę zabrali do domu. Zabrali połowę, a drugą spakował i zabrał chłopiec ubijając pakunek póki nie był tak duży jak u pozostałych. Potem wrócili do wioski. Chłopiec poszedł do swojej babci i położył pakunek. W jednej chwili ten powrócił do swoich naturalnych rozmiarów.
"Och," płakała jego babcia, "Jaka jestem szczęśliwa. Myśliwi powiedzieli, że zaginąłeś w lesie. A ty wracasz i przynosisz ze sobą mnóstwo mięsa".
"Idź, babciu," powiedział chłopiec, "i poproś wszystkie kobiety żeby tu przyszły i wzięły sobie tyle mięsa ile zdołają unieść". Kobiety przyszły i zabrały ze sobą bardzo wiele mięsa, ale mięsa w domu wcale nie ubyło. Wyglądało na to, że jest go tyle samo ile było wcześniej.
Niedługo potem wódz wioski ze wschodu wyzwał wodza ich wioski na wyścig. Ta wioska która przegra zostanie zniszczona a jej ludzie wybici. Wódz zwołał ludzi na naradę, by wybrać biegacza. Wielu ludzi zgłosiło się do zawodów. Wtedy chłopiec rzekł, "Pobiegnę z tym, którego wybierzecie, i wtedy zdecydujecie, kto jest lepszym biegaczem". Wódz zgodził się. Wybrał człowieka i stanął z nim bok w bok. Inni ludzie też zgłosili się do biegu. Szef podnosił rękę, opuścił ją i bieg się zaczął. Przez minutę biegacze byli poza zasięgiem wzroku. Gdy się znowu pojawili, chłopiec kończył bieg a jego przeciwnik był dopiero w połowie. Gdy chłopiec ukończył bieg, zaczął się przechwalać, że nikt nie jest w stanie go przegonić - zapomniał o ostrzeżeniu jakie dał mu GÉHA.
Była pewna dolina biegnąca poprzez świat. I to ona stała się terenem wyścigu. Na samym końcu była skała, która stała jak pień olbrzymiego drzewa. Był to jasno świecący, biały krzemień. Nie było drugiej takiej skały na świecie. Biegacz, który dotrze do skały miał przynieść jej cząstkę z powrotem.
Biegacz przeciwnej wioski był wysoki i chudy. W południe dostali znak i biegacze rozpoczęli wyścig. Chłopiec biegł po ziemi, jego rywal w powietrzu. Chłopiec użył całej swojej mocy i wkrótce wrócił z kawałkiem kamienia w ręce. Po długim czasie drugi biegacz powrócił. Wódz przeciwnej wioski i jego ludzie stracili życie.
Chłopiec był dumny z siebie i przy każdej okazji chełpił się swoim zwycięstwem. Tej nocy, gdy zasypiał, usłyszał że ktoś przyszedł. Drzwi otworzyły się, stanął w nich nieznajomy i powiedział, "Wyjdź, chcę z tobą porozmawiać."
Chłopiec wyszedł.
"Wyzywam cię na wyścig" powiedział człowiek. "Musisz postawić głowy wszystkich ludzi ze wsi, oprócz swojej. Ja nie mam żadnych ludzi. Zaczynamy o świcie i biegniemy do południa."
"Bardzo dobrze", powiedział chłopiec.
Człowiek zniknął. Chłopiec powiedział swojej babci, co się wydarzyło, aby ona zaczęła zawiadomić ludzi, że ich głowy zostały postawione w zakładzie. Kiedy odeszła przyszedł GÉHA i powiedział, "Ostrzegłem cię, żebyś się nie przechwalał i mówiłem ci co się zdarzy gdy mnie nie posłuchasz. Teraz musisz zrobić wszystko, co w twojej mocy żeby wygrać. Musisz sam sobie poradzić. Ja odchodzę".
Ludzie się zebrali, przeszedł też nieznajomy, który rzucił wyzwanie. Gdy tylko słońce podniosło się, słowo zostało dane i biegacze zaczęli się ścigać. Nieznajomy biegnący z przodu wznosił tak dużo kurzu w czasie biegu, że chłopiec się zakrztusił i upadł. Ludzie nie widzieli biegnących, ale z przodu był nieznajomy, którym był NYAGWAIHE. Gdy chłopiec upadł, GÉHA to zobaczył i powiedział, "Wstań i biegnij! Postaraj się, a wtedy i ja ci pomogę". Chłopiec dobiegł do pierwszego pagórka, rozejrzał się ale nigdzie nie zobaczył swojego przeciwnika. Dotarł do drugiego pagórka i zobaczył przeciwnika na pagórku daleko przed sobą, był to czwarty pagórek.
Nagle Trąba powietrzna pochwyciła chłopca i w mgnieniu oka przeniosła go tuż za prowadzącego biegacza. Ten krzyknął, "pośpiesz się, albo cię przegonię!". Biegacz przyspieszył i wkrótce był poza zasięgiem wzroku chłopca. I znowu Trąba powietrzna podniosła chłopca przeniosła go do prowadzącego. Biegacz przyspieszył i zawołał, "Zrób, co w twojej mocy, inaczej cię pokonam!". Lecz tym razem biegacz nie uciekł poza zasięg wzroku chłopca, tracił siły. I tym razem Trąba powietrzna podniosła chłopca. Ten usłyszał głos wśród chmur mówiący, "Pomagam ci po raz ostatni". Trąba powietrzna zaniosła chłopca do jego oponenta. Biegacz przybrał swoją prawdziwą postać, postać NYAGWAIHE i powiedział, "Dogoniłeś mnie i wygrałeś wyścig."
Dokładnie w południe chłopiec odciął głowę niedźwiedzia i zabrał ją z powrotem do domu. Kiedy przeszedł trzy wzgórza był bardzo zmęczony. Powiesił głowę niedźwiedzia na konarze drzewa i poszedł dalej. Przeszedł przez dwa kolejne wzgórza i znowu poczuł się zmęczony, powiesił język niedźwiedzia na konarze drzewa i poszedł dalej. Kiedy dotarł do domu i powiedział ludziom, że zabił swojego przeciwnika, a oni powiedzieli, "Pójdziemy i zobaczymy ciało". "Znajdziecie je za dziesiątym wzgórzem. Próbowałem przynieść głowę z powrotem, ale siedem wzgórz stąd tak się zmęczyłem, że powiesiłem ją na konarze drzewa. Wziąłem język, ale kiedy doszedłem do piątego wzgórza znów się tak zmęczyłem, że powiesiłem język na konarze drzewa."
Wiele czasu zajęło ludziom dotarcie do pierwszego wzgórza. Do piątego wędrowali pięć zim. Gdy tam dotarli zobaczyli drzewo na szczycie wzgórza a na nim język NYAGWAIHE. Ziemia wokół drzewa była udeptana. Tysiące dzikich zwierząt próbowało chwycić język, ludzie popatrzyli i poszli dalej. Dwie kolejne zimy zajęło im dotarcie do siódmego wzgórza. Tam znaleźli czaszkę. To było wszystko co zostało z głowy. Ziemia wokół była udeptana przez wiele tysięcy dzikich zwierząt próbujących zabrać głowę. Po dziesięciu zimach od wyjścia z wioski dotarli do dziesiątego wzgórza. Całe wzgórze było wydeptane przez dzikie zwierzęta. Miejsce gdzie zginął NYAGWAIHE, stało się jelenią lizawką. Nie było tam ani śladu po ciele czy kościach niedźwiedzia. Ludzie przez następne dziesięć lat wędrowali z powrotem do wioski.
Tak oto chłopiec wspierany przez GÉHA odbył podróż między świtem a południem.

piątek, 1 sierpnia 2014

Wycinki z indiańskiej prasy sprzed ponad 30 lat.


"Jeszcze kilka lat temu niewiele łączyło lud Kri z resztą świata. Pozostawał na swoich ziemiach na północy - polując, łowiąc ryby i ciesząc się dobrym życiem. Ale, po decyzji rządu Quebeku o budowie - bez pytania o zdanie - na ich ziemiach największych na świecie elektrowni wodnych, ich życie uległo poważnej zmianie.
W ostatnich sześciu miesiącach w najwyższych sądach kraju walczyli z prawnikami Królowej, by powstrzymać ten projekt. Przegrali, ale wtedy zaangażowali się w wyjaśnianie, dlaczego odrzucają ofertę 100 mln dolarów, złożoną przez premiera Quebeku Roberta Bourassę - który sądził, że może odkupić ich ziemię. Olbrzymi projekt jednak ruszył. (…)
Dla tradycyjnie myślących Kri sposób życia stworzony przez ich przodków i Stwórcę pozostaje tym, który im najbardziej odpowiada. Jesienią odwiedzają punkt handlowy w osiedlu, gdzie kupują zapasy mąki, cukru i herbaty. Potem, w grupach złożonych z 2-3 rodzin, wyruszają psimi zaprzęgami, na nartach lub czasem wynajętą awionetką w głąb puszczy, gdzie spędzają zimę, stawiając pułapki na lisy, króliki i inne zwierzęta futerkowe. Wiosną polują na gęsi lecące na północ, a lato spędzają w kanu, łowiąc łososie i pstrągi. Późne lato i jesień to kolejna okazja do polowań na powracające na południe gęsi i cykl pór roku zaczyna się od początku.
Projektanci elektrowni twierdzą, że polowanie nie może zapewnić utrzymania rosnącej liczbie Kri i że projekt tylko w fazie budowy zapewni 6500 miejsc pracy. Kri odpowiadają, że miejsca te zajmą przygotowani do pracy w przemyśle biali z południa. Ekolodzy twierdzą, że rząd Quebecu zawyża zapotrzebowanie na energię i że prowincja chce ją sprzedawać do USA. (…)
Rząd federalny wydaje się być częścią tej zmowy milczenia. Publicznie ograniczył się do finansowego wsparcia batalii prawnej tubylców i nie uczynił nic, by potwierdzić swą odpowiedzialność za tubyców, żeglugę, ochronę wybrzeża, środowisko, czy interesy całej Kanady.
Tymczasem rząd Quebeku i Korporacja Rozwoju James Bay mamroczą o projekcie stulecia, ogromnym wyzwaniu i ziemi jutra. 'Nie da się zachować XVIII-wiecznej kultury w XX wieku. Nie można powstrzymać postępu.' I nawet doradca ludzi z James Bay, prawnik z Montrealu, wtóruje, że "biali i tak przyjdą, bo chcą tej ziemi. A jak czegoś chcą, to dostają.'" ["The James Bay Project", AN 6/2,28]

"Zgodność tradycyjnych tubylczych małżeństw kwestionowana jest przez firmę ubezpieczeniowa, która oświadczyła, że nie zapłaci 2000 dolarów odszkodowania z tytułu smierci Indiance, ponieważ jej trwające 12 lat mażeństwo 'nie było legalne'. Shirley Chipaway, której mąż zginął w wypadku samochodowym, poślubiła go w 1960 roku podczas tradycyjnego obrzędu na Terytoriach Północno-Zachodnich. 'Od rodzin, które przyjeżdżają do nas z zagranicy wymaga się tylko oświadczenia o legalnym związku' - oświadczył adwokat rodziny. 'Firma ubezpieczeniowa odmówiła uznania pisemnego oświadczenia wodza. To dyskryminacja'. Firma z Alberty odmówiła uznania małżeństwa, choć w sąsiedniej prowincji jest ono legalne. Po negocjacjach uznała jednak prawo sześciorga dzieci do odszkodowania o łącznej wartości 20000 dolarów." ["Alberta", AN 6/2, 35]

"Kolonialiści zawsze mieli problem definiowania tubylczych ludów, których ziemie zajmowali. Z początku jest to łatwe, ale z upływem wieków komplikuje się. Niektóre państwa, jak USA czy RPA, definiują tubylców wg ilości krwi, co rodzi takie pojęcia, jak "półkrwi", czy "ćwiećkrwi". Ale kanadyjska ustawa o Indianach zdefiniowała Indianina jako osobę będącą potomkiem w linii męskiej osoby uprawnionej do posiadania ziemi w rezerwacie w roku 1876. Teraz, gdy Kanada rozważa odkupienie praw tubylczych od tubylców, rząd wpadł we własne sidła: jest wielu tubylców, którzy choć nie są oficjalnie "Indianami", to mają takie prawa i wielu oficjalnych "Indian", którzy ich nie mają. Według pewnego ściśle tajnego dokumentu z Ottawy departament ds. Indian zalecił rządowi 5 kwietnia 1973, by rozstrzygnąć wszystkie wątpliwości raz na zawsze i spłacić obie grupy.
(…) Dokument stwierdza, że wielu, którzy są 'oficjalnie' Indianami nie ma 'widocznych cech fizycznych indiańskiej krwi, a jednak członkowie takich rodzin mogą powoływać się na swój indiański status'. Z drugiej strony 'może być wiele nie-statusowych rodzin, zachowujących wszystkie cechy fizyczne i utrzymujących indiański sposób życia, które status utraciły.'
(…) Jak napisał jeden z komentatorów: 'Gdyby rząd uznał i za nieodłączny warunek zaspokojenia roszczeń, to dlaczego nie uznać natychmiast, że korzyści płynące z Ottawy do wielu, którzy nie mają tak dobrej krwi i , powinny trafić do zasługujących na to, lecz Indian.'" ["Who Is An Indian?", AN 6/2, 36]

"Następnym razem, gdy ktoś powie, że tubylcy mogłiby mówić lepiej po angielsku, przypomnijcie mu, że takie 'angielskie' słowa jak 'skunk', 'racoon', 'moose', 'quahog', 'mackinaw', 'hickory', 'pecan', 'succotash', 'woodchuck', 'hominy', 'squash', 'opossum', 'persimon', 'tomahawk', 'moccasin', 'caucus', czy 'muskrat' to tylko początek długiej listy słów tubylczych - nie licząc Chicago, Tallahassee, Missisipi, itp." [“Tidbits", AN 6/2, 39] (brawo - s.)

"Z listów do Roberta, który napisał, że chciałby być maskotką hokejowego klubu Mohawków: 'Mam nadzieję, że mój list - i inne - pomogą ci przemyśleć twoją postawę wobec ludzi innych kultur. Pomyśl, czy to, że przebierzesz się za Mohawka da coś pozytywnego członkom tego narodu? Czy sądzisz, że ludzie, którzy zobaczą cię w przebraniu, nabiorą więcej szacunku dla mądrości, kreatywności i piękna w sercach prawdziwych Mohawków? Jedna z głównych przyczyn, dla których tak mało o nich wiadomo to to, że tacy ludzie jak ty i ja tak długo uważali, że Indianie nie mają nic do zaoferowania, poza, być może, paroma mokasynami, strojami i fajną biżuterią. Już dawno czas, by pojąć, że Indianie to coś więcej niż tylko ładne stroje.'
'Mimo najszczerszych intencji, bycie indiańską maskotką klubu nie pomoże ukazać Indian jako ludzi, którym należy się godność i nasz szacunek. Portretowanie indiańskiego ducha w okolicznościach, które są całkowicie nie-indiańskie to dla mnie coś takiego, jak przebieranie się na Halloween. Wierzę, że czas już ukazywać wszystko z odpowiedniej perspektywy i uznać, że strój żadnego ludu nie może być używany dla sportu lub zabawy przez innych.'
'Jeśli zechcesz, nauczymy cię naszych obyczajów, tradycji i wierzeń. A pierwsza lekcja brzmi - bądź tym, kim jesteś.'" ["Letters", AN 6/2, 45](zastosujmy się wszyscy do tej lekcji my będący przyjaciółmi Indian, a przynajmniej takimi się mieniący -s.)

więcej pasjonujących artykółów znajdziecie na wspaniałej stronie: http://www.indianie.eco.pl/bylo/30lat1.html

czwartek, 31 lipca 2014

z głębi serca mówiąc:


Bez półprawd
i pół-uczuć.
Bez pół-wartości
i pół-świadectw.
Rozpocząć wszystko na nowo
nadać światu nowy sens.
Z jedną prawdą,
pełnią uczuć,
pełnią wartości,
pełnią świadectwa.
Słuchając ciszy iść przez życie
z waszym imieniem na ustach
świetlistą ścieżką męstwa,
by gdy przyjdzie czas powiedzieć Wam:
byłam wierna

czwartek, 24 lipca 2014

Wycinki z indiańskiej prasy sprzed ponad 30 lat


"Chociaż modne jest oskarżanie wielkich korporacji o konsumowanie indiańskiej zimi i wody - i choć prawdą jest, że to robią - to nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to sam europejski/amerykański styl życia jest tym ostatecznym konsumentem - a korporacje tylko zbierają żniwo. Ludzie z wygodnych przedmieść winią "złe władze korporacyjne", ale denerwują się, gdy drożeje benzyna lub brakuje wody do podlewania trawników. Także Indianie muszą zrozumieć, że kiedy przyjmują style życia Europy, to oddają się na pastwę tych samych korporacji, które potępiają." - Rarihokwats ["Akwesasne Notes" vol.6 (1974), no.2, s.1]

"Fort Yates, ND. - Doroczna konwencja Ruchu Indian Amerykańskich (AIM) i Międzynarodowej Rady Indiańskich Traktatów (IITC) odbędzie się w czerwcu [1974 roku - Red.] w Rezerwacie Standing Rock. (…) Komisja Roszczeń Indiańskich (ICC) zdecydowała 17 lutego, że Czarne Góry zostały odebrane nielegalnie ustawą Kongresu z 1877 roku i że USA mają wypłacić 'sprawiedliwą rekompensatę' wysokości 17 mln dolarów plus odsetki - łącznie 105 mln dolarów. Jednak opłaty dla adwokatów i zwrot środków wydanych przez władze na Siuksów zredukowałyby tę kwotę do kilku zaledwie milionów. (…)
Sprawa ciągnie się w sądach od 1923 roku i jest jednym z najdłuższych indiańskich procesów w historii. Wymierają kolejne pokolenia starców, czekających na pieniądze z Waszyngtonu. Za odebrane im ponad 7 mln akrów ziemi nie wypłacono im żadnej rekompensaty. Mocnym obrońcą praw traktatowych jest Rada Standing Rock. 26 marca uchwaliła ona rezolucję wzywającą rząd USA do honorowania Traktatu z Fortu Laramie z Wielkim Narodem Siuksów z 1868 roku. (…) Rezolucja stwierdza, że Siuksowie nie oczekują odszkodowania finansowego, lecz - wypełnienia traktatu.["International Treaty Meeting Held by AIM", AN 6/2,4]

"Grupa Mohawków - ponad 50 osób - zajęła górzysty teren w Parku Stanowym Adirondack, by móc żyć i wychowywać swoje dzieci w tradycyjny sposób. Przedstawiciel grupy powiedział, że nie spodziewa się konfrontacji, ponieważ uważaja, iż mają realne i moralne prawo do tej ziemi. Pierwsze doniesienia wskazują, iż lokalni mieszkańcy udzielają grupie pomocy i respektują jej życzenie bycia wolnymi od napływu gości i obcych. (…)
Wygląda na to, że stan Nowy Jork, który zajął te ziemie po Rewolucji, przyjął politykę zezwolenia obozowi na życie po swojemu. Jeśli ludziom nie powiedzie się i odejdą - nie będzie problemu. Jeśli mu się powiedzie i ludzie będą żyć w harmonii z przyrodą, stan będzie mógł wskazać z dumą na swoją 'oświeconą politykę'. ["Ganienkahake", AN 6/2,19]

"W 1971 roku przewodniczący Nawaho, Peter MacDonald, kwieciście ogłosił, że prezydent Nixon może zostać wyzwolicielem. Chociaż w 1970 roku Nixon obiecał Indianom samookreślenie, to dopóki rządowi urzędnicy kontrolują sakiewkę i muszą zatwierdzać każdą decyzję rady plemiennej, to plemiona nie będą miały realnej kontroli nad swoim przeznaczeniem. Rząd tak bardzo prześladuje plemienną inicjatywę, że rozwój gospodarczy Indian jest w praktyce żaden. Większość Indian jest jak ci w koloniach, którym nie dano możliwości zdobycia wykształcenia i zawodu, i w rezultacie tylko minimalnie uczestniczy w gospodarce pieniężnej USA - blisko milion Indian w tym kraju ma - wg najnowyszych danych - dochód roczny na poziomie zaledwie 1537 dolarów rocznie. (…)
Dla kontrastu, są Indianie, którzy mają więcej szczęścia. Np. William Keeler, Naczelny Wódz Czirokezów, zarabiał do niedawna 280 tys. dolarów rocznie jako prezes Phillips Petroleum; teraz jest prezesem zarządu nowego indiańskiego banku w Waszyngtonie. Z 16 praprzodków Keelera jeden był Czirokezem, 15 - nie. Wodzem został z nominacji prezydenta USA, a nie zgodnie z obyczajami Czirokezów, lub z ich wyboru. Gdyby kiedykolwiek plemiona mogłyzrobić coś dla siebie, Indianie nie byliby dziś najbiedniejszą grupą w kraju. Jednak urzędnicy sądzą, że Indianie nie są zdolni do zarządzania swoimi sprawami i postanowili dostarczać tylko minimalne środki na rozwój gospodarczy. Kontrolowane przez nie-Indian szkolne programy są nieodpowiednie do potrzeb i nie zapewniają Indianom szkolenia zawodowego. Niewiele uczyniono dla wykreowania indiańskich właścicieli i zarządców przedsiebiorstw, a tak podstawowe warunki rozwoju gospodarczego, jak dobre drogi są tak niedoceniane, że na budowę dróg brakuje dziś miliard dolarów.
Zamiast zapewniać Indianom środki na rozwój rezerwatów, rząd od 1952 roku wręcza Indianom bilety w jedną strone do miast, gdzie mają zdobiwać zawód i pracę. Ale, jak się okazuje, ponad połowa z co najmniej 150 000 przesiedlonych Indian nie mogło wykorzystać swoich umiejętności, nie znalazło pracy, lub po prostu odrzuciło życie w mieście i wróciło do domów w rezerwatach. Tam też nie znaleźli miejsc pracy, bo nie uczyniono nic, by je stworzyć. Jednak, z powodu głuchoty rządu na potrzeby Indian, program jest kontynuowany pod nową nazwą jako 'wspieranie zatrudnienia'. W 1969 roku firmy produkcyjne i handlowe w rezerwatach lub w ich pobliżu zapewniały jedynie 6000 miejsc pracy, podczas gdy BIA - 11500.
Indianie stają się coraz bardziej zależni od dochodów z pracy, a o tę trudno - chyba że jest dostępna praca dla rządu (połowa pracujących Indian pracuje dla władz). Niewielu Indian może utrzymać rodziny z rolnictwa lub hodowli, ponieważ nie otrzymują niezbędnej pomocy. BIA nie pozwoli Indianom na korzystanie z subsydiów dla farm, banków ziemi, czy innych programów pomocy federalnej. Zamiast rozwijać nawodnienie i inne projekty zapewnienia wody dla Indian, BIA koncentruje się na dostarczaniu wody nie-Indianom. A w niektórych rezerwatach nawet 90% ziemi BIA oddało w dzierżawę nie-Indianom.
Ponieważ ustawa o powszechnym podziale ziemi z 1887 roku usiłowała doprowadzić Indian do 'cywilizacji' przez prywatną a nie plemienną własność ziemi, dziś około 1/4 (12 mln akrów) z 56 mln akrów indiańskich ziem należy do indywidualnych Indian. Z tego 6 mln akrów podzielonych jest - w wyniku dziedziczenia - tak, że jeden kawałek ziemi należy nawet do 100 spadkobierców. Indianie traca dochody także dlatego, że ponad połowa tej ziemi wydzierżawiona jest nie-Indianom - czasem bez podpisów wszystkich właścicieli - a ponad 500 tys. akrów - to nieużytki.
Tak więc, z jednej strony rząd zezwala na zacofanie indiańskich zasobów ziemskich i wodnych, lub przekazuje je nie-Indianom. Z drugiej zaś strony, by stymulować rozwój rezerwatów, oficjalna polityka administracji Nixona - to oferowanie szkolenia zawodowego i innych zasobów niezbędnych do rozwoju indiańskich przedsiębiorstw. Były komisarz BIA Louis Bruce tak mówił o swoich celach na 1971 rok: 'Chcę, by Indianie kupowali jedzenie na indiańskim targu, a indiańskie ciężarówki przywiozły tam produkty indiańskich dystrybutorów. Chcę, by indiańskie firmy budowały domy według indiańskich projektów'. Póki co, wszystkie te funkcje pełnią raczej nie-Indianie, a pieniądze odpływają z rezerwatów. (…)
Ponieważ ponad połowa plemion ma w funduszach powierniczych po mniej, niż 100 tys. dolarów, ich rozwój gospodarczy uzależniony jest od pożyczek i grantów, ale jako że rząd 'nie chce konkurować z prywatnym biznesem' - jak stwierdził jeden z urzędników BIA - dopiero wtedy, gdy Indianie zostaną odesłani przez prywatne banki i pożyczkodawców, mogą ubiegać się o pomoc rządową. Tymczasem z powodu braku zabezpieczeń Indianom niezwykle trudno jest zdobyć prywatne kredyty. (…)
Indianie budują swoją przyszłość na wartościach zasadniczo odmiennych, niż nie-Indianie - takich jak brak współzawodnictwa oraz orientacja bardziej grupowa, niż indywidualna. Ale amerykański kapitalizm żąda rywalizacji wśród członkami plemienia i stwarza w wynagrodzeniach i poziomach życia różnice, które mogą tworzyć świadomość klasową nieznaną w tradycyjnych społecznościach. Wielu członków plemion może nie akceptować w pełni takiego systemu, promowanego przez nie-Indian oraz Indian pod ich kuratelą, bo w końcu nie każdy chce być Williamem Keelerem. Dlatego rozwój plemienny winien być raczej w rękach plemion, a nie w rękach nie-indiańskich urzędników. Plemiona powinny same definiować swoje problemy i wyznaczać własne cele, i dopiero wtedy rząd powinien przychodzić im z pomocą - jak wszystkim innym społecznościom." [Pat Porter: "Why Indians Stay Poor", AN 6/2,26]

cytaty pochodzą ze strony: http://www.indianie.eco.pl/bylo/30lat1.html

niedziela, 29 czerwca 2014

legenda indiańska

Legenda Apaczów
"To ja utrzymuję porządek na tej zielonej ziemi," powiedział wiatr. "To ja wykonuję całą pracę."
"Nieprawda", powiedziała burza. "To dzięki mnie świat jest taki a nie inny. Ja wszystko robię."
"Moja władza jest największa." Wiatr dmuchną mocno, rozrzucając gałęzie, by udowodnić swoją rację.
"Ziemia potrzebuje mnie." burza zagrzmiała rozgniewana.
"Nie tak bardzo jak mnie."
"Udowodnij to." zagrzmiała burza i odleciała daleko, by nie pozostawać w pobliżu wiatru.
Wiatr zawył i korzystając, że jest sam pomyślał: "Mogę sam pracować. Tak czy inaczej to ja utrzymuję porządek. Sprawię, że rośliny urosną."
Aby to udowodnić, Wiatr zaczął dmuchać. I dmuchał. I dmuchał. Ale żadne rośliny nie urosły. Ziemia powoli zmieniła kolor. Już nie była jak dawniej zielona, ale stała się brązowa, pozbawiona wody i spieczona przez wiatr.
W końcu Wiatr przyznał, że te pochopnie powiedziane słowa nie były prawdziwe. Ziemia potrzebowała burzy.
Wiatr zbliżył się do burzy. "Nie mogę działać samemu. Ziemia potrzebuje nas obojga. Na równi Ciebie i mnie. Chcę, byś znów pracowała z mną."
Burza coraz głośniej i głośniej zagrzmiała wyrażając zgodę. Wkrótce na Ziemię spadł deszcz. Rośliny zazieleniły się i zaczęły rosnąć.
Wiatr poszedł za burzą, szczęśliwy, znów szeleścił w łodygach wysokich traw.
Od tego momentu, burza i wiatr współpracowały, troszcząc się o Ziemię.
http://czytadla.blogspot.com/2009/05/kotnia-wiatru-i-burzy.html

niedziela, 22 czerwca 2014

The Twenty Third Psalm - Indian Version


The GREAT FATHER above a SHEPHERD CHIEF is.
I am His and with Him I want not.
He throws out to me a rope and the name of the rope is love
and He draws me to where the grass is green and the water is not dangerous,
and I eat and lie down and am satisfied.
Sometimes my heart is very weak and falls down
but He lifts me up again draws me into a good road.
His name is WONDERFUL .
Sometimes, it may be very soon, it may be a long long time,
He will draw me into a valley.
It is dark there, but I'll be afraid not,
for it is between those mountains that the SHEPHERD CHIEF will meet me
and the hunger that I have in my heart all through life will be satisfied.
Sometimes he makes the love rope into a whip,
but afterwards He gives me a staff to lean upon.
He spreads a table before me with all kinds of foods.
He puts His hand upon my head and all the " tired " is gone.
My cup he fills till it runs over.
What I tell is true. I lie not.
These roads that are "away ahead" will stay with me
through this life and after;
and afterwards I will go to live in the Big Teepee
and sit down with the SHEPHERD CHIEF forever.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

legenda indiańska

Legenda Algonquinów
Duża Błękitna Czapla stała na bagnie przyglądając się swojemu odbiciu w wodzie. Wtem uniosła głowę o czarnym grzebieniu nasłuchując.
Dwie małe, białe Łasice nadchodziły od strony rzeki. Była to matka z synem. Gdy zobaczyły Czaplę, zatrzymały się, by dokładniej się jej przyjrzeć.
"Cóż za piękna ptak!" powiedział syn.
"To jest Błękitna Czapla. Zawsze nosi głowę wysoko!"
"Tak matko, jest wysoka jak drzewo. Gdybym ja był tak wysoki, mógłbym cię przenieść przez tą bystrą rzekę."
Błękitnej Czapli miło było usłyszeć takie pochwały. Lubiła słuchać, jak inni zachwycali się jej wielkością.
Schyliła się nisko by z nimi porozmawiać. "Pomogę wam przejść przez rzekę. Wejdźcie na to stare drzewo leżące w strumieniu. Ja położę się w wodzie na jego końcu, a dziobem sięgnę głęboko w trzciny po drugiej stronie. Oboje przebiegniecie przez drzewo, a potem po moim ciele jak po moście dostaniecie się na drugi brzeg."
Łasice weszły na drzewo leżące w wodzie, a Błękitna Czapla położyła się w wodzie i wetknęła dziób w trzciny po drugiej stronie. Białe Łasice przebiegły szybko i lekko po pniu, a następnie po ptaku i po chwili bezpiecznie stały na drugim brzegu. Podziękowały Błękitnej Czapli i powiedziały, że opowiedzą wszystkim zwierzętom w lesie o wspaniałej Błękitnej Czapli, po czym ruszyły w dalszą drogę.
Stary Wilk stał brzegu rzeki patrząc jak łasice przedostały się na drugą stronę.
"I dla mnie to będzie idealny sposób, by przekroczyć rzekę. Jestem stary i kości mnie bolą."
Kiedy Błękitna Czapla wróciła na bagno, Wilk powiedział do niej, "Teraz już wiem, po co wy Błękitne Czaple żyjecie na bagnie, by być mostem dla chcących przekroczyć rzekę. Ja też chcę przez nią przejść, ale jestem stary i bolą mnie kości. Połóż się w wodzie bym mógł po tobie przejść."
Błękitna Czapla rozgniewała się. Nie lubiła być mostkiem na zawołanie. Stary Wilk zorientował się, że powiedział głupstwo i pomyślał, że powie kilka miłych słów.
"Jesteś duża i silna, Błękitna Czaplo i właśnie dlatego twe ciało tworzy tak wspaniały most. Mogłabyś z łatwością mnie unieść."
Błękitna Czapla uśmiechnęła się do Wilka i powiedziała, "Stary Wilku, wejdź mi na grzbiet a cię przeniosę. "
Wilk uśmiechnął się od ucha do ucha myśląc, że łatwo oszukał Czaplę.
Wilk wskoczył na grzbiet ptaka i Czapla weszła do rwącej rzeki. Kiedy doszła do jej środka, zatrzymała się.
"Wilku, mój przyjacielu", powiedziała Błękitna Czapla," pomyliłeś się. Nie jestem wystarczająco silna, by cię przenieść. Potrzebujesz dwóch czapli, i dlatego mogę cię przenieść tylko przez połowę drogi. Teraz musisz znaleźć inną czaplę, która dokończy dzieła."
Czapla skręciła się i Wilk wpadł do wody.
"Czekaj tu Wilku, aż inna czapla przeniesie cię na drugą stronę," powiedziała i odleciała na bagna.
Nurt był rwący. Żadna czapla się nie zjawiła, więc dokąd Wilk Miał pójść? Na dno rzeki...
Od tego dnia, żaden wilk nigdy nie zaufał czapli.
http://czytadla.blogspot.com/2009/05/milutkie-sowka-nie-osodza-za.html

sobota, 7 czerwca 2014

Święta fajka.Pewnego ranka wiele zim temu dwaj młodzi Lakotowie wyruszyli na polowanie z łukami i strzałami. Kiedy stali na wzgórzu wypatrując zwierzyny, zauważyli w oddali kogoś zbliżającego się do nich w dziwny i piękny sposób. Kiedy ten ktoś zbliżył się do nich, zobaczyli że jest to nadzwyczaj piękna kobieta ubrana w białe jelenie skóry, niosąca na plecach małe zawiniątko. Była ona tak piękna, że jednemu z Lakotów przyszła do głowy niedobra myśl, powiedział o tym swemu towarzyszowi. Ten jednak odpowiedział, że nie można mieć takich myśli, bo ta kobieta na pewno pochodzi od wakan, Świętej Mocy. Tajemnicza osoba była już bardzo blisko, położyła na ziemi swoje zawiniątko i kazała mężczyźnie o złych zamiarach podejść. Skoro tylko podszedł, oboje zostali zasłonięci przez chmurę, a skoro chmura się rozwiała, święta kobieta nadal tam stała, a u jej stóp leżała kupka kości obgryzanych przez okropne węże."Słuchaj", powiedziała dziwna kobieta do drugiego wojownika, "Przybywam do waszego ludu i chcę rozmawiać z wodzem Stojącym Pustym Rogiem. Udaj się do niego i powiedz mu, by przygotował wielki namiot, w którym zbierze się cały lud, i niech przygotują się na moje przyjście. Chcę wam powiedzieć coś bardzo ważnego."Młody człowiek wrócił do namiotu swego wodza i opowiedział mu o tym wydarzeniu: o tym że Kobieta Świętej Mocy ma do nich przybyć i że wszyscy mają się na to spotkanie przygotować. Wódz Stojący Pusty Róg kazał złożyć kilka mniejszych namiotów i zrobić z nich wielki namiot, zgodnie z pouczeniem świętej kobiety. Rozesłał gońców, by kazali ludziom ubrać najlepsze skóry jelenie i zebrać się w wielkim namiocie. Wszyscy byli podnieceni czekając na przybycie świętej kobiety, wszyscy byli ciekawi co ona ma do powiedzenia.Wkrótce młodzi mężczyźni wypatrujący przybycia świętej osoby donieśli, że widzą kogoś zbliżającego się w dziwny i piękny sposób. Nagle ona weszła do namiotu, obeszła go wokół zgodnie z ruchem słońca i stanęła naprzeciw Stojącego Pustego Rogu. Zdjęła z pleców zawiniątko i trzymając je w dwóch rękach przed wodzem powiedziała: "Spójrz! To należy otaczać szacunkiem i miłością. To jest lela wakan, bardzo święte, i jako takie musicie to traktować. Nikt nieczysty nie może tego oglądać, bowiem w tym zawiniątku jest Święta Fajka. Z jej pomocą będziecie w ciągu przyszłych zim wysyłać głos do Wakan Tanka, waszego Ojca i Praojca
http://www.oocities.org/wlodek_fenrych/teksty_wlodka/blackelk.htm

czwartek, 29 maja 2014

legenda indiańska

Legenda Algonquinów
Kiedy kuropatwa uderza w pusty pień, brzmi to tak samo, jak dźwięk gdy Indianie budują kanu, a gdy Indianin uderzy w kanu, brzmi to jak bębnienie kuropatwy, jak gdyby to był Mitchihess. A dzieje się tak dlatego, gdyż dawno temu N'karnayoo, Kuropatwa, był budowniczym kanu dla wszystkich innych ptaków. Tak, to prawda, dla wszystkich i to na raz.
W końcu, pewnego dnia wszystkie ptaki zebrały się i weszły na swoje łódki, co naprawdę było wspaniałym widokiem. Jako pierwszy Orzeł Kicheeplagon, wszedł do wielkiego kanu i wiosłował, używając końców skrzydeł. Potem Sowa Ko-ko-kas zrobił to samo. Następnie Żuraw Kosqu', Błękitnik rudogardły Wee-sow-wee-hessis, Bekas Tjidge-is-skwess, i Kos Meg-sweit-tchip-sis, wszystkie dumnie przyszły popływać. Nawet malutki Koliber A-la-Mussit, miał łódeczkę, dla którego dobry Kuropatwa zręcznie zrobił maleńkie wiosła, tylko raczej chyba za duże, bo miały cal długości. A Rybołów Ishmegwess, wykrzyknął zdumiony, "Akweden Skouje!" "Nadchodzą kanu!", kiedy zobaczył ten wspaniały szwadron cumujący w morzu.
Ale kiedy spytano Mitchihessa, wielkiego budowniczego, dlaczego nie zbudował kanu dla siebie, tylko spojrzał tajemniczo i zabębnił. Ptaki nadal go o to pytały, a on tylko potrząsał głową, ale w końcu napomknął, że gdyby zbudował kanu dla siebie, to byłby to naprawdę cud, cud, którego nawet ptasie oczy nie widziały, o czym nawet im się nie śniło. I tak było przez wiele dni.
Ale we właściwym czasie zaczęły chodzić słuchy, że cudowne kanu w końcu zostało zbudowane i wkrótce zostanie wystawione na pokaz. W wyznaczonym czasie wszystkie ptaki zebrały się na gałęziach, by obejrzeć to cudo. Kuropatwa rozumował, że skoro łódź ma dwa końce, to można nią płynąć w dwóch kierunkach, a gdyby miała jeden koniec biegnący w kółko, to by można taką łodzią płynąć dokądkolwiek się zechce. Zbudował więc kanu na kształt gniazda, idealnie okrągłe. Pomysł ten wielce zadziwił ptasią społeczność znacznie, którą zostało, że coś tak prostego nie przyszło dotąd nikomu do głowy.
Ale jakież było ich zaciekawienie, gdy Kuropatwa wszedł do swojego kanu, zaczął wiosłować i... nigdzie nie popłynął, ani trochę. Zamiast tego kręcił się w kółko, ciągle w kółko, bez względy gdzie i jak wiosłował. Gdy się zmęczył wiosłowaniem na próżno, wyszedł na brzeg, odleciał gdzieś daleko w głąb lądu i schował się ze wstydu pod niskimi krzakami, gdzie do tej pory pozostaje. Dlatego też, kuropatwa nigdy nie zbliża się do rzek czy można, i pozostaje ptakiem śródlądowym.

niedziela, 25 maja 2014

legenda indiańska

Legenda Acoma
W czasach starożytnych, dawno, dawno temu, blisko płynącej przez wzgórze rzeki, w górach Zuni, żył stary Żółw. Pewnego dnia wyszedł na polowanie, i wykorzystując swoją pomysłowość, upolował dużego i pięknego jelenia. Kiedy to zrobił, nie potrafił znaleźć sposobu na rozprawienie zwierzęcia. Usiadł więc, by się nad tym zastanowić, drapiąc powiekę oka pazurem tylnej łapy. Doszedł do wniosku, że musi sobie zrobić nóż z krzemienia. Po chwili poszedł ku miejscu, gdzie stały stare budynki. Kiedy tam doszedł, zaczął mruczeć starą, magiczną pieśń, tak, jak to dawno temu śpiewano podczas obrabiania krzemienia, z którego chciano zrobić nóż. Tak oto zaśpiewał:
"Apatsinan tse wash,
Apatsinan tse wash,
Tsepa! Tsepa!"
Co można przetłumaczyć, może niezbyt dokładnie, ale wystarczająco dobrze, jako:
"Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Ogień w krzemień uderza, och, zmień się wedle mego pragnienia,
Magicznie! Magicznie! "
A gdy tańczył w koło śpiewając, usłyszał go przebiegający w pobliżu kojot. Kojot wykrzyknął: "Uh! Ciekawe, kto i o czym tak śpiewa? Ach, on tworzy nóż z krzemienia, czyż nie? Najwyraźniej zabił jelenie!" Zawrócił i pobiegł ku miejscu gdzie był Żółw. Gdy zbliżył się wykrzyknął: "Hejże, przyjacielu! Czy aby to nie Ciebie słyszałem, jak śpiewałeś?"
"Tak", odpowiedział Żółw.
"A co śpiewałeś?"
"Tak naprawdę, to nic."
"Właśnie, że tak. Co to było?"
"Nic szczególnego, mówię ci, nic co by cię obchodziło."
"Coś mruczałeś, i ja wiem co, właśnie to." I kojot, który nie mógł śpiewać, powtórzył słowa, które usłyszał.
"No dobrze, może i śpiewałem. No i co z tego?" powiedział Żółw.
"Po co to robiłeś, czyżbyś tworzył z krzemienia nóż?" spytał kojot.
"Tak, i co z tego?"
"A po co tworzyłeś krzemienny nóż?"
"Tak sobie," odpowiedział Żółw.
" Właśnie, że nie. Powiedz, po co?"
"Przecież mówię, że po nic," odpowiedział Żółw. "A na pewno, ciebie to nie powinno obchodzić."
"Właśnie, że po coś to robiłeś," powiedział kojot, "I ja wiem po co."
"Dobrze, to powiedz?" stwierdził Żółw, który był coraz bardziej zły.
"Chciałeś nim rozprawić jelenia, po to go tworzysz. Gdzie jest ten jeleń, no powiedz? Zabiłeś jelenia i ja to wiem. Powiedz, gdzie on jest."
"No dobrze, tam leży," odpowiedział Żółw.
"Gdzie? Chodźmy tam. Pomogę ci go obedrzeć ze skóry."
"Poradzę sobie z tym, równie dobrze bez twojej pomocy," odpowiedział Żółw.
"Może jednak trochę ci pomogę? Jestem bardzo głodny cały ranek, chętnie napiłbym się trochę świeżej krwi."
"Zatem dobrze, choć ze mną, marudo!" odpowiedział Żółw. I znalazłszy nóż, ruszyli ku miejscu, gdzie leżał jeleń.
"Pozwól, że go poniosę zamiast Ciebie", marudził Kojot. Po czym doskoczył do jelenia, złapał za tylne nogi i rozciągnął je na boki. Potem wspólnie zaczęli oprawiać jelenia. Gdy skończyli, Kojot spytał Żółwia: "Jak dużo ja z niego dostanę?"
"Te części, które przypadają komuś, gdy myśliwy zabierze już to, co chce," odpowiedział Żółw.
"Jakie to są części?" dopytywał się Kojot.
"Żołądek i wątroba", odpowiedział krótko Żółw.
"Nie wezmę tego," jęknął Kojot. "Chcę, byś dał mi połowę jelenia."
"Nic podobnego się nie stanie," odparł na to Żółw. "To ja zabiłem jelenia; ty tylko pomogłeś mi go oprawić i powinieneś być wdzięczny za to co dostaniesz. Dodam do tego trochę tłuszczu i jelita, ale to wszystko czego możesz oczekiwać."
"Chyba jednak dasz więcej," warknął Kojot, pokazując zęby.
"Och, czy aby na pewno?" odpowiedział Żółw, zawczasu wciągając dwie łapy pod skorupę.
"Tak, zrobisz to, albo po prostu Cię zabiję, i tyle."
Żółw natychmiast schował do skorupy całe ciało i wykrzyknął: "Mówię Ci, że nie dam nic poza żołądkiem i wątrobą oraz pewną ilością jelit!"
"Dobrze, więc, w takim razie Cię zabiję!" warknął Kojot łapiąc pyskiem Żółwia. Zgrzyttt! Usłyszał, gdy jego zęby zetknęły się z twardą skorupą, ześlizgując się po niej. Kojot obracał Żółwia szukając lepszego miejsca do gryzienia. Trzymał go między łapami, tak jak to robił z kośćmi, ale to nic nie pomagało, a zęby tylko zgrzytały i ślizgały się po pancerzu. W końcu wykrzyknął: "Jest wiele sposobów zabicia, takiego jak ty zwierzęcia!" Ustawił Żółwia pionowo i zaczął wsypywać do dziury, gdzie zniknęła głowa Żółwia, piasek, który ubijał kijem. Robił tak, aż napełnił nim szczelinę po same brzegi "Zobaczymy co teraz zrobisz," wykrzyknął, prychając z zachwytu. "Teraz zatkałem na dobre tą starą, twardą skorupę, która tak długo służyła Ci za schronienie!" po czym pobiegł do mięsa.
Żółw rozważył, czy nie nadchodzi jego czas by umrzeć, lecz nie zapomniał przy tym uważnie słuchać, co dzieje się na zewnątrz. Kojot tymczasem pociął jelenia i zapakował je w jelenią skórę. Potem umył żołądek w strumyku i napełnił go kawałkami wątroby i nerek oraz tłuszczem, jelitami i grudkami zakrzepłej krwi, wciskając tu i tam kilka gałązek ziół. Wtedy, zwyczajem myśliwych, wykopał w ziemi dziurę, by w niej upiec żołądek, z którego miał powstać krwisty pudding, w czasie gdy Kojot zawołał swoją rodzinę, by pomogła mu zabrać mięso do domu.
Żółw rozgarnął pazurami trochę piasku znajdującego się przy szyi i przyjrzał się mu. Usłyszał jak Kojot sapie, w czasie próby podniesienia mięsa, by powiesić je na gałęzi sosny. Kojot wykrzyknął: "Ale jestem szczęściarzem, że spotkałem tego skulonego biedaka, i odebrałem mu całe to mięso. I nie musiałem przy tym polować! Ach, moje drogie dzieci, i moja cudowna stara żono, cóż za święto będziemy mieć dzisiaj!" bo trzeba wiedzieć, że Kojot miał dużą rodzinę, która nadchodziła. Gdy to mówił, Żółw krzyknął, słabo: "Natipa!"
"Ty pokryty skorupą, stary łajdaku! Ty wstrętny i pokręcony zwierzaku! Ty śmierdząca puszko!" warknął Kojot. "Ciągle żyjesz?" Upuszczając mięso, doskoczył do Żółwia, ponownie wciskając piasek w każdą szczelinę, potem ubijając wszystko. Następnie używając końcówki swego nosa, przewracając Żółwia jak płaski kamień, zepchnął go w dół zbocza.
"I taką oto karę otrzymałem z rąk takiego fałszywego kundla" pomyślał Żółw. "Sądzę, że teraz zachowam spokój i pozwolę mu zrobić teraz to, co mu się podoba. Ale dzięki swojej pomysłowości zabiłem jelenia, i zapewne coś wymyślę, by zachować dla siebie jego mięso." Więc Żółw zaczął udawać martwego, za każdym razem, gdy pojawiał się Kojot, który w końcu zostawiwszy powieszone na gałęzi drzewa mięso i wykopaną pod palenisko dziurę, machając ogonem, pobiegł w stronę domu znajdującego się po drugiej stronie góry.
Kiedy przybył na miejsce, krzyknął: "Żono, żono! Dzieci, dzieci! Chodźcie szybko! Wspaniała wiadomość! Zabiłem dzisiaj ogromnego jelenia. Zrobiłem krwisty pudding w jego żołądku i zakopałem go. Chodźmy, i urządźmy sobie święto, zaraz po tym jak pomożecie mi przynieść to wszystko do domu."
Te kojoty były naprawdę dzikie. Szczeniaki, na pół wyrośnięte, z ogonami bardziej wyglądającymi jak kije a nie szczotki, zadrżały na całym ciele, gdy to usłyszały. Wkrótce cała rodzina wyruszyła w drogę, na przodzie rodzice, a szczeniaki za nimi, tak szybko jak tylko mogły.
Tymczasem, stary Żółw, gdy tylko zorientował się, że Kojot odszedł, odkopał i wyrzucił cały piasek przy pomocy twardych pazurów i poszedł ku miejscu, gdzie wisiało mięso. Następnie krok po kroku wspiął się na szczyt drzewa. Należy wiedzieć, że żółwie mają pazury i potrafią się wspinać, szczególnie gdy pień drzewa jest trochę pochylony. Potem zaciągnął mięso najwyżej jak mógł, zostawił je tam i zszedł z drzewa ku miejscu gdzie był zakopany żołądek jelenia. Rozgarnął żar, i wyjął pieczyste, a następnie zaniósł je i rozrzucił zawartość na mrowisko, gdzie było bardzo wiele czerwonych i bojowych mrówek. Mrówki, gdy tylko poczuły gotowane mięso, wylazły na zewnątrz, a wtedy Żółw napełnił żołądek taką ilością mrówek, jaką tylko mógł. Potem zaniósł żołądek z mrówkami z powrotem do dziury-paleniska, uważając przy tym by węgle nie dostały się zbyt blisko.
Zaledwie znów wszedł na drzewo i usadowił się przy mięsie jelenia, nadeszła sfora wygłodniałych kojotów. Wszystkie myśląc o jednym, o zbliżającej się uczcie. Wszystkie miały nastroszoną sierść i postawione na sztorc uszy i ogony. Gdy zbliżyli się, i poczuli krew i ugotowane mięso, zaczęli śpiewać i tańczyć. A śpiewali tak oto:
"Na-ti tsa, na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-ti tsa!
Tui-ya si-si na-li tsa!
Tui-ya si-si! Tui-ya si-si!"
Tylko najstarsi ludzie mogą to zrozumieć. Można to przetłumaczyć następująco:
Mięso jelenia, mięso jelenia!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Mięso jelenia smakujące jak najsłodsze owoce!
Jak najsłodsze owoce! Jak najsłodsze owoce!
I wkrótce, nie rozglądając się na boki, zbliżyli się do miejsca, skąd dobiegał zapach pieczonego mięsa, chcąc jak najszybciej zacząć jeść. Ale stary Kojot chwycił ostatniego szczeniaka za kark, tak aż ten zaskamlał, potrząsnął nim i powiedział, również do całej reszty swojej rodziny: "Spójrzcie tylko na siebie! Zjedzmy w przyzwoity sposób albo spalicie pyski! Wypchałem pudding tłuszczem i w momencie gdy przegryziecie żołądek, gorący tłuszcz was pochlapie. Bądźcie ostrożni i róbcie to z godnością, dzieci. Jest dużo czasu i zdążycie się najeść. Nie objadaj się od razu!"
Ale w momencie gdy je puścił, małe kojoty, nie zważając na nic zaczęły z ogromną ochotą rozrywać żołądek chwytając ogromne kęsy. Można tylko przypuszczać, jak to zezłościło czerwone mrówki. Rozbiegły się po wargach i policzkach żarłocznych, małych łakomczuchów i zaczęły je kąsać. Małe kojoty krzyknęły, potrząsając głowami i tarzając się w piasku: "Atu-tu-tu-tu-tu-tu!"
"Do licha, czy nie mówiłem wam, małe szelmy, żebyście byli ostrożni? To tłuszcz was poparzył. Teraz spodziewam się, że po tej nauczce, będziecie jeść z umiarem. Jest dużo czasu, by się najeść, przecież wam mówiłem," narzekał stary Kojot, siadając na swych pośladkach.
Wtedy szczeniaki, i ich matka, znów zabrali się za jedzenie. "Atu-tu-tu-tu-tu-tu-tu!" znów wykrzyknęli, potrząsając głowami i otrzepując pyski. Niebawem wszyscy odeszli na bok i usiedli, obserwując ten wspaniały, gorący pudding.
Wtedy Kojot rozejrzał się wokoło i zobaczył, że mięso zniknęło. Idąc za tłustymi i krwawymi śladami, doszedł do drzewa i spojrzał w górę. Zobaczył mięso, a obok Żółwia spokojnie leżącego i odpoczywającego na gałęzi, z głową wyciągniętą daleko przed łapy. Żółw podniósł głowę i wykrzyknął: " Pe-sa-las-ta-i-i-i-i!" (Żółw skórzasty dziękuje ci!)
"Ty skorupiasta, ohydna, stara poczwaro!" wrzasnął Kojot, w napadzie wściekłości i rozczarowania. "Zrzuć mi trochę mięsa, dobrze? To ja zabiłem jelenia, a ty tylko pomogłeś mi go oprawić, a teraz ukradłeś całe mięso. Żono! Dzieci! Czyż nie zabiłem jelenia?" rozpaczał Kojot wracając się do reszty.
"Pewnie, że zabiłeś jelenia, a ten wredny, stary nikczemnik, ukradł je tobie!" wykrzyknęli wszyscy, spoglądając tęsknie w kierunku mięsa na szczycie drzewa.
"Kto powiedział, że to ja ukradłem tobie mięso?" wykrzyknął Żółw. "Ja tylko wciągnąłem je tu na górę, by uchronić je przed skradzeniem, ty łajdaku! Przygotujcie się, by złapać to co zrzucę. Rzucę wam kilka najwspanialszych żeber jakie kiedykolwiek widzieliście. A teraz, skupcie się, gotowi?" zapytał, gdy kojoty ułożyły się jeden obok drugiego, wyciągając łapy tak wysoko jak tylko mogli, niecierpliwie dygocząc w oczekiwaniu na mięso.
"Tak, tak!" wyły kojoty, jednym głosem. "Jesteśmy gotowi! Już!"
Stary Żółw wziął kilka żeber i, trzymając je w pysku, podpełznął na koniec gałęzi znajdującej się zaraz nad leżącymi kojotami. Następnie rzucił żebrami tak mocno jak tylko mógł. Spadły one na ciała kojotów, niczym kamienny deszcz, miażdżąc ciała zwierząt, które wkrótce pozdychały. Uratowały się dwa szczeniaki, które odnosząc niewiele ran zdołały odbiec z wrzaskiem. Jeden z nich uciekł daleko z podkulonym ogonami. Drugi, nadal bardzo głodny, odbiegł na bezpieczną odległość z nastroszonym ogonem i nosem przy ziemi. Siadł i popatrzył w górę. Pomyślał, że mógłby wrócić i ogryźć mięso z żeber.
"Zaczekaj!" wrzasnął stary Żółw," nie podchodź w pobliże mięsa, zostaw je spokoju, niech ono będzie dla twoich rodziców, braci i sióstr. Jestem naprawdę stary i zesztywniały, a to żeby dostać się na koniec konara, zabrało mi dużo czasu, a w czasie kiedy szedłem na jego koniec, twoja rodzina zasnęła. Widzę ich jak śpią."
"Na wszystkich przodków!" wykrzyknął kojot, patrząc na nich; "masz rację."
"Wejdź do mnie, tu na górę, to urządzimy sobie przyjęcie," powiedział Żółw, "może byś zostawił to mięso swoim braciom, siostrom i rodzicom?"
"Jak ja wejdę tam na górę?" jęknął kojot, podpełzając do drzewa.
"Po prostu podskocz do najbliższej gałęzi, złap ją łapami i podciągnij się," odpowiedział Żółw.
Mały kojot rozpędził się i skoczył i, choć przez chwilę udało mu się przytrzymać gałęzi, to po chwile puścił się i spadł, bęc! I tak za każdym razem. W końcu zaskowyczał i przestał, bo miał już poobijane wszystkie kości.
"To nie ważne! Nie przestawaj," krzyczał Żółw. "Zejdę trochę i ci pomogę." I zaczął pełznąć w dół drzewa, skąd mógł sięgnąć i chwycić małego kojota za kark, by pomóc mu się wspiąć. Gdy obaj wspięli się na szczyt drzewa, Żółw powiedział, "A teraz proszę, poczęstuj się."
Mały kojot rzucił się na mięso, najadając się do syta, tak, że był okrągły jak śliwka i rozciągnięty jak żurawina. Wtedy rozejrzał się, polizał swój pysk i spróbowałby odetchnąć, ale nie mogąc za bardzo złapać powietrza powiedział: "Och, jejku! Jeśli się zaraz nie napiję wody, to się uduszę!"
"Mój przyjacielu", powiedział Żółw, "Czy widzisz tę kroplę wody błyszczącej w słońcu na końcu gałęzi tej sosny?" (Tak naprawdę to była żywica.) "Żyłem tak długo w koronach drzew, że wiem co teraz zrobić. Drzewa posiadaj ą własne źródła. Patrzeć tylko."
Kojot spojrzał i pomyślał, że Żółw ma rację.
"Idź teraz do końca gałęzi, aż dojdziesz do jednej z tych kropli wody, wtedy weź ją do pyska i wyssij wszystką wodę, która stamtąd wypłynie."
Mały kojot zaczął pełznąć. Drżał i poruszał się niepewnie na swoich nóżkach, ale zdołał przejść pół drogi. "Czy to tutaj?" sputał, obracając się.
"Nie, trochę dalej," powiedział Żółw.
Więc kojot ostrożnie podpełzł trochę dalej. Gałąź kołysała się bardzo mocno. Odwrócił swoją głowę i spytał ponownie, "Czy to tutaj?" i wtedy stracił równowagę i spadł na ziemię, uderzając o twardą ziemię, i natychmiast zginął.
"Ech ty, nieszczęśliwe zwierzę!" powiedział stary Żółw z westchnieniem ulgi i satysfakcji. "Pomysłowość umożliwiła mi, by zabicie jelenia. Pomysłowość umożliwiła mi także, by zatrzymać mięso tego jelenia."
Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, że jeden z małych kojotów uciekł. Będzie miał licznych potomków, którzy będą się odznaczać krostami na pyskach, w miejscach gdzie wyrastają wąsy, oraz małe plamki przy ich wargach, dokładnie takie, jakie mają psy.
Tak kończy się ta historia.

środa, 21 maja 2014

***



Szarzy smutni ludzie
Krocza przez szary smutny kraj.
Pchnieci reka tych,
Co sadza,
Ze w ich dloniach
Najswietszych darow skarb

Szarzy smutni ludzie
Idą przez szary smutny kraj
Okradzeni z Edenu
Do białego piekła idą bram
Lzami znacza swoj
Niedoli szlak.

poniedziałek, 12 maja 2014

VINE DELORIA _ cyty

- o Indianach i naukowcach:
Indianie przez całe stulecie walczyli o wyłonienie się spod brzemienia antropologicznych definicji, które z indiańskich społeczności czyniły często zwykłe laboratoria eksperymentów politycznych i społecznych. Naukowcy często krytykują zażarcie tych indiańskich adwokatów, którzy kwestionują te eksperymenty i wyrażają własne poglądy, ścierające się z akceptowaną ortodoksją i wygodnymi interpretacjami naukowców na temat ludów plemiennych. W rzeczywistości, niektórzy badacze stają się w pewnym sensie rywalami Indian wierząc, że jeśli badali jakieś plemię, to wiedzą o nim więcej, niż którykolwiek z jego członków. Niedawne ograniczenia nałożone na badania antropologiczne oraz uchwalenie ustawy o repatriacji szczątków ograniczyło ostatecznie stopień eksploatacji Indian przez naukowców, ale z pewnością jej nie wyeliminowało.

- o pochodzeniu człowieka:
Mająca pretensje do uczciwości “nauka” powinna porzucić swe pretensje do posiadania absolutnej wiedzy na temat początków człowieka i zacząć poszukiwać innych sposobów wyjaśnienia, które mogłyby obejmować tradycje i wspomnienia ludów nie-zachodnich.
Problem początków człowieka jest niezwykle ważny dla tubylców Ameryki Północnej nie tylko ze względu na ewentualny związek czerwonej rasy z innymi gałęziami gatunku ludzkiego, ale też z uwagi na możliwość dostarczenia jasnego i sensownego obrazu tego, jak powstał nasz gatunek. Problem polega przede wszystkim na tym, że na Półkuli Zachodniej nie odkryto żadnych pozostałości szkieletu Neandertalczyka. I nie znaleziono żadnych śladów innych dawnych stworzeń. Ponieważ amerykańscy antropologowie i archeologowie wyznają przestarzałą interpretację dziejów człowieka, która uznaje Neandertalczyka za poprzednika Człowieka z Cro-Magnon, to musi to oznaczać, że Indianie są na tej półkuli niedawnymi przybyszami i musieli czekać (przynajmniej zdaniem naukowców), aż Neandertalczyk przekształci się w Człowieka z Cro-Magnon a potem – na stosowną epokę lodowcową, by kontynent północnoamerykański mógł połączyć się z Azją.

- o grzechach środowiska akademickiego:
Często czytamy gazetowe opisy nowych teorii naukowych. Zbyt często nauczono nas wierzyć, że nowe odkrycia są udowodnionymi faktami a nie spekulatywnymi przypuszczeniami w dziedzinie zdominowanej już przez ortodoksyjne doktryny. Dość często opisy gazetowe zawierają zwrot “większość badaczy zgadza się” mający przekonać przeciętnego człowieka, że setki naukowców szczerze i z oddaniem zbadały problem, osiągnęły konsensus i wierzą, że teoria jest wiarygodna.
Nic dalszego od rzeczywistości. Jest bardzo prawdopodobne, że garstka ludzi przeczytała naukowy artykuł lub usłyszała o nim, a ponieważ napisał go “odpowiedzialny naukowiec” - nie odważyła się go skrytykować. Ale przed kim odpowiada odpowiedzialny naukowiec? Nie przed opinią publiczną, nie przed nauką, historią, czy antropologią, lecz przed grupką podobnie usytuowanych ludzi, którzy będą wydawać opinie na temat finansowania jego badań, przyznawać nagrody cenione w każdej dyscyplinie i pisać listy wychwalające jego postępy. Jeśli “naukowiec” nie mówi o swojej konkretnej dziedzinie, to bardzo możliwe, że na dany temat wie nie więcej, niż każdy przeciętnie oczytany śmiertelnik.
Ponieważ jest możliwe, że jakaś prestiżowa osobistość zdominuje dziedzinę badaną przez strachliwych ludzików usiłujących bronić swojego statusu, to niektóre obszary “nauki” od dziesięcioleci nie notują postępu a niektóre doktryny naukowe nie mają żadnych innych korzeni, poza tradycyjnym miejscem w intelektualnej strukturze dyscypliny. Od ponad stu lat naukowcy określali nieznane zachowania zwierząt jako “instynkt”, co oznaczało tylko tyle, że nie znali procesów reakcji. I instynkt był uzasadnioną naukowo odpowiedzią na tę ważną kwestię. Podobnie “ewolucja” służy za przykrywkę licznych grzechów akademickich.

- o wiarygodności indiańskich opowieści
Wierzę, że Indianie byli tu “od początku” i zachowali wspomnienie traumatycznych katastrof kontynentalnych i planetarnych, zapamiętując informacje w postaci opowieści świadomie skonstruowanych tak, by jednocześnie przechowywać i zabawiać. Kiedy odwiedzisz jakiegoś starca, to często możesz usłyszeć opowieści o Kojocie, Iktomi czy Napi, które przedstawiane są w taki sposób, by nie tylko cię poinformować, ale i sprawdzić. Ale jeżeli starzec uzna, że jesteś poważny, lub że już wiesz coś o ukrytej wiedzy, to pochyli głowę na chwilę, odetchnie głębiej i zacznie opowiadać ci to, czego jego lud uczył od tysięcy lat, przedstawiając tak wiernie jak to tylko możliwe dosłowny opis wydarzenia. Ten typ informacji nie jest powszechnie dostępny dla badaczy, którzy dostali stypendium na wakacyjne badania i zamęczają ludzi pytaniami o to co wiedzą. A to, że jakaś konkretna opowieść nie ujrzała światła dziennego przed dziesiątkami lat w pracy jakiegoś zachodniego badacza nie powinno dyskredytować jej prawdziwości.

poniedziałek, 5 maja 2014

Legenda Algonquinów

Wielka Matka Ziemia miała dwóch synów, Glooskapa i Malsuma. Glooskap był dobry, mądry i twórczy, Malsum zły, samolubny i niszczący.
Kiedy ich matka umarła, Glooskap poszedł, by z jej ciała stworzyć rośliny, zwierzęta i ludzi. Malsum na przekór bratu stworzył trujące rośliny i węże.
Gdy Glooskap dalej tworzył cudowne rzeczy, Malsum zmęczył się swym dobrym bratem i zastanawiał się jak go zabić.
Żartując, Malsum chełpił się, że jest niezwyciężony, chociaż istniała jedna rzecz, która mogła go zabić: korzenie paproci.
Całymi dniami zadręczał Glooskapa chcąc dowiedzieć się na co podatny jest jego dobry brat. W końcu, ponieważ Glooskap nigdy nie kłamał, zwierzył się, że tylko pióro sowy mogłoby go uśmiercić. Wiedząc to, Malsum zrobił z pióra strzałę sowy i zabił Glooskapa.
Moc dobra jest tak potężna, że Glooskap powstał z martwych, gotów się zemścić. Znowu żywy Glooskap wiedział, że Malsum nie przestanie spiskować przeciw niemu.
Glooskap zrozumiał, że nie miał żadnego wyboru i musiał zabić Malsuma po to, by dobro nadal panowało na Ziemi, a jego stworzenia mogły dalej żyć w spokoju. Pewnego dnia poszedł do strumienia dokąd zwabił swego złego brata mówiąc, że kwitnie tu pewna trzcina, która także może go zabić.
Gdy zły brat przyszedł, Glooskap wyciągnął korzenie paproci i rzucił je w Malsuma, który padł martwy na ziemię. Duch Malsuma zapadł się pod ziemię i przybrał postać ducha niegodziwego wilka, który nadal od czasu do czasu zamęcza ludzi i zwierzęta, ale na szczęście boi się światła dziennego.