sobota, 5 stycznia 2013

Głos Indian Praktykować dobre wartości wywiad z Jamesem Robideau



Z Jamesem Robideau (Wichapi Wicasa - Człowiekiem Gwiazdą), kuzynem Leonarda Peltiera, wieloletnim działaczem AIM, duchowym przywódcą Lakotów, prawnikiem plemiennym, opiekunem i wychowawcą młodzieży, obrońcą praw Indian z USA rozmawiają Marek Maciołek i Marek Nowocień



T: Tradycyjna kultura Lakotów została niemal doszczętnie zniszczona przed ponad stu laty. Potem przez wiele lat - aż do początku lat 70. - Indianie nie mieli możliwości swobodnego rozwoju własnej kultury i praktykowania tradycyjnych ceremonii. Tymczasem podczas wykładu na Uniwersytecie Poznańskim przekonywałeś, że podstawy tradycyjnej kultury lakockiej pozostają nadal takie same. Jak odpowiadasz tym, którzy twierdzą, że współcześni Indianie są już inni - nie tak tradycyjni, jak ich przodkowie, nie mieszkają na co dzień w tipi i nie noszą piór we włosach?

JR: Tradycje są wśród nas ciągle żywe, choć nie tak, jak sto lat temu - z powodu asymilacji. Już w okresie okupacji Wounded Knee, u progu lat 70., dostrzegliśmy, jak trudno jest być Indianinem i żyć w zgodzie ze swoimi wartościami. Łatwo jest mieszkać w tipi i stroić się w pióra, ale to nie znaczy jeszcze, że jest się Indianinem. Bo Indianinem tak naprawdę jest się przede wszystkim w środku. Nasz tradycyjny sposób życia został osłabiony - to prawda - ale teraz znowu uczymy naszą młodzież tradycji i dzięki temu znowu stajemy się silniejsi.

T: Jakie są główne wartości lakockiej kultury?

JR: Uczciwość - nie tylko wobec samego siebie i Stwórcy - ale także wobec wszystkich dookoła. Uczciwość - to nasza najważniejsza wartość. Poza tym - mądrość, odwaga i hojność. To nasze cztery główne wartości.

T: Dzięki staraniom Indian o przetrwanie tradycyjnych tubylczych wartości i religii Kongres USA uchwalił w 1978 roku Ustawę o wolności religijnej amerykańskich Indian (AIRFA), a następnie - w 1994 roku - duży pakiet poprawek do tej ustawy. Czy Twoim prawa te mogą pomóc nadać indiańskim religiom status podobny do innych uznawanych powszechnie religii, a ich wyznawcom - swobodnie je praktykować?


JR: Tak - te ustawy mogłyby nam pomóc, ale wielu ludzi we władzach federalnych i stanowych nie lubi ich przestrzegać. Powinni to robić, ale nie chcą. A jak nie chcą, to nie ma takich przepisów, które by ich do tego zmusiły. Tym ustawom brakuje "zęba" - przepisów wykonawczych, które zagwarantowałyby możliwość korzystania z pełni naszych praw.

T: Wiele słyszeliśmy w przeszłości o problemach indiańskich więźniów ze swobodnym wyznawaniem indiańskich religii i praktykowaniem tradycyjnych ceremonii. Czy sytuacja ndiańskich więźniów w więzieniach stanowych i federalnych ulega jakiejś poprawie?

JR: W niektórych więzieniach jest możliwość uczestniczenia w tradycyjnych ceremoniach, takich jak inipi, szałas potu, ale w wielu miejscach władze więzienne opierają się. Ciągle najwięcej zależy od naczelników więzień. Gdy sprzeciwiają się, to robią to wbrew prawu, ale wtedy władze udają, że tego nie dostrzegają. Ten problem występuje szczególnie w stanach Nowy Meksyk i Dakota Południowa, gdzie jest najwięcej indiańskich więźniów. Wiem o tym, bo od wielu lat jestem duchowym doradcą indiańskich więźniów i pomagam im organizować szałasy potu i tubylcze grupy kulturalne - zwłaszcza w więzieniach stanowych, gdzie sytuacja jest trudniejsza, niż w placówkach federalnych.

T: Czy orientujesz się także, jak pod tym względem wygląda sytuacja indiańskich kobiet?

JR: W porównaniu z mężczyznami, w więzieniach jest mało Indianek - najwięcej w Dakocie Południowej i Arizonie, gdzie mieszka wielu Indian. Sam mam np. kuzynkę w więzieniu stanowym na Florydzie. Sytuacja kobiet w więzieniu jest o tyle trudniejsza, że zwykle jest ich tam niewiele. Jeśli mają wystarczająco dużą grupę, to mogą prosić o spotkanie z człowiekiem wiedzy z zewnątrz. Na przykład w Dakocie Południowej korzystają z pomocy duchowego doradcy i mają swoje ceremonie. Ale jeśli w więzieniu są tylko dwie lub trzy Indianki, to zwykle muszą sobie radzić same.

T: Dlaczego wyjechałeś z Dakoty Południowej na Florydę? Czy takie - postępujące przecież od lat - rozproszenie terytorialne nie utrudnia odradzania tradycji i odbudowy indiańskich narodów?

JR: To prawda. Moi krewni z Pine Ridge powtarzają mi: "Jesteś jednym z nas, powinieneś być tutaj." Dlatego chcę tam wrócić. Zresztą, nigdy nie mieszkałem na Florydzie na stałe - wyjeżdżam tam na 2-3 miesiące i wracam do rezerwatu. Jeżdżę tam głównie po to, by zbierać fundusze na rzecz naszego projektu - Dakota Youth Project. To dobre miejsce dla takiej działalności.

T: To gdzie jest Twój dom?

JR: Moja ojczyzna to rezerwat Spirit Lake w Dakocie Północnej. Mieszka tam część narodu Santee Dakota, do którego należę. Ja od wielu lat mam dom w Allen w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Poludniowej. Postanowiłem tam zamieszkać, gdy w latach 70. zostałem adoptowany przez lakocką rodzinę i to jest teraz mój dom. Na Florydzie mam coś w rodzaju domku zimowego. Mamy też ośrodek dla indiańskiej młodzieży koło Seattle na Północnym Zachodzie. Nie byłem tam już dość dawno, a powinienem tam częściej zaglądać.

T: Czy możesz opowiedzieć coś więcej na temat projektu Dakota Youth Project?

JR: Ten projekt realizujemy już od wielu lat, ale niecałe 3 lata temu uzyskaliśmy status "non-profit" i numer podatkowy, co daje możliwość odpisywania od podatku dotacji na rzecz Projektu. W tym właśnie celu pojechałem na Florydę, o tym myślałem. Udało się to nam i postanowiliśmy zbudować tam dom, w którym młodzi Indianie mogliby czuć się bezpieczni i rozwijać się. Naszym głównym celem jest oświata młodzieży i kobiet, a także szerokiej opinii publicznej w zakresie problemów naszej młodzieży i tego, jak możemy jej pomagać. Organizujemy na przykład wieczorami szałasy potu, a kiedy czekamy na rozgrzanie się kamieni, słuchamy zaproszonych ludzi wiedzy i starców.

T: Prowadzicie działalność tylko w domach założonych w ramach Projektu?

JR: Działamy w domach, szkołach i publicznie. W szkołach organizujemy pogadanki, na które zapraszamy ludzi o określonej wiedzy, ekspertów. Odwiedzamy też ludzi w domach, zbieramy rodziców, sąsiadów, starców i ludzi wiedzy, by dyskutować o problemach i sposobach radzenia sobie z nimi. Na przykład ostatnio zorganizowaliśmy dla młodzieży konferencję z udziałem prawników poświęconą prawom Indian. Zaprosiliśmy prokuratora stanowego, obrońcę federalnego, sędziego sądu plemiennego, przewodniczącego rady plemiennej i tradycyjnego przywódcę duchowego. Wyjaśnialiśmy, co czeka młodych ludzi, jeśli trafią do sądu i do więzienia, jaki wpływ może to mieć na ich życie. Inny warsztat w szkole średniej poświęciliśmy niedawno chorobie zwanej zespołem poalkoholowego uszkodzenia płodu. Mieliśmy zdjęcia nienarodzonych jeszcze dzieci, których matki piły w ciąży alkohol, wyjaśnialiśmy wątpliwości i pozwalaliśmy wypowiadać się samym młodym ludziom.

Podobne zajęcia ze specjalistami, zdjęciami, itp. mamy na temat szkodliwości palenia tytoniu, narkotyków. To nasza działalność. Planujemy wybudować w Pine Ridge drewniany dom z czterema sypialniami dla młodzieży z okręgu Allen, gdzie mieszkam. Niedaleko jest pastwisko dla stada bizonów, które należy do plemienia. W rezerwacie są dwa takie pastwiska dla plemiennycb stad - jedno w odległości 60-70 mil i drugie - niedaleko nas. Pomiędzy nimi są jeszcze stada należące do prywatnych właścicieli - białych i Indian. Być może my także dorobimy się kiedyś własnego stada...

T: W indiańskiej prasie i internecie można spotkać wiele ostrzeżeń przed podróżującymi po świecie fałszywymi "plastikowymi" szamanami. Potępia się osoby, które za duże czasem pieniądze sprzedają indiańską duchowość podczas ceremonii i warsztatów organizowanych w Europie, lub mieszają ją z innymi tradycjami i elementami New Age. Co sądzisz na ten temat? Czy w ogóle ma sens, by nie-Indianie uczestniczyli w indiańskich ceremoniach?


JR: Nasze wierzenia i przekonania zależą od człowieka wiedzy - naszego nauczyciela. Jeśli nie przeszkadza mu obecność nie-Indian, to zaprasza ich na organizowane przez siebie ceremonie. A jeśli ma coś przeciwko temu, to nie pozwala, by nie-Indianie brali w nich udział. Bywają ceremonie zamknięte i takie, które są otwarte - jak te u Crow Doga, w których uczestniczę od wielu lat. To tam biorę udział w Tańcach Słońca i dzięki temu otrzymałem wiele duchowych wskazówek. Większość tych ceremonii, które sam widziałem była zgodna z drogą Lakotów. Nie mieszało się w nich dróg lakockich z innymi, takimi jak magia kryształów, czy inne elementy typowe dla New Age. Czegoś takiego się nie robi. Jeśli ktoś chce poznawać indiańskie pieśni i wzory, chce uczestniczyć w lakockich ceremoniach szałasu potu, czy fajki, to powinien to robić zgodnie ze wszystkimi regułami. Jeśli tego nie robi, jeśli miesza to z innymi tradycjami, to idziemy do niego i mówimy: "Nie rób tego. Nie nadużywaj naszych lakockich dróg".

T: Czy według Ciebie indiańskie tradycje można dobrze poznać, korzystając wyłącznie z książek i filmów, czy też jest to możliwe np. tylko przez kontakt osobisty?

JR: Zawsze lepiej jest mieć kontakt osobisty... A książki? Przed laty przeczytałem książkę Black Elka "The Sacred Pipe", ale nigdy nie postępowałem z fajką dokładnie tak, jak to było tam opisane. Po prostu przeczytałem ją - i tyle. A kiedy przyszedł czas mojej nauki, po prostu poszedłem samotnie na wzgórze i modliłem się. Później otrzymałem pierwsze wskazówki od Crow Doga, wziąłem udział w swoim pierwszym Tańcu Słońca i w ten sposób uczyłem się - z własnego doświadczenia. Ciężko jest przeczytać książkę i móc powiedzieć - już wiem jak to jest.

T: Bywają ludzie, którzy sądzą, że jak przeczytają wiele książek, obejrzą dużo filmów i zapamiętają każdy szczegół, to poznają bardzo dobrze indiańskie tradycje. Tymczasem w opisach tradycji i obrzędów nawet w ramach jednego plemienia bywają duże różnice. Czy jest tak dlatego, że Indianie nie mieli nigdy tradycji pisanej i opierali się na ustnych wskazówkach starców i duchowych nauczycieli? Czy, nie mając spisanych zasad postępowania, każdy z nich może mieć inny obraz tradycji, własną drogę i osobistą wizję?


JR: To prawda. Nie ma takiego uniwersalnego zbioru zasad. To, co wspólne - to najbardziej podstawowe wartości naszej kultury. Tak jest na przykład z fajką - w zasadzie wszystko co jej dotyczy jest proste, bardzo proste. Jednak wielu ludzi lubi coś dodać, skomplikować. Robią z fajką różne manipulacje, zwroty i obroty. Mają swoje własne pomysły, jak należy robić szałas potu... Gdy my robimy szałas potu, to zapraszamy człowieka wiedzy, przygotowujemy wszystko, co niezbędne i zaczynamy się modlić. Człowiek wiedzy śpiewa cztery pieśni, a kiedy on śpiewa, my - modlimy się. Wtedy on wchodzi do szałasu i zapala fajkę, a kiedy podaje nam fajkę, to ja palimy. Wydmuchując dym, modlimy się - to wszystko. To proste.
Ale bywają ludzie, którzy wszystko komplikują. Zwracają się w różne strony, kłaniają się wokoło, całują ziemię i zanim zapalą fajkę - muszą wygłosić długą mowę. W praktyce robią ci wykład: "Wiem to i to, trzeba postępować tak i tak, itp." I znów obracają się i kłaniają, jak podczas przedstawienia, zanim w ogóle podadzą fajkę dookoła. Na tym, moim zdaniem, polega różnica - Lakoci robią to w prosty sposób.

T: Czy nie sądzisz, że mieszkanie na ziemiach przodków i mówienie ich językiem jest czymś ważnym, być może nawet nieodzownym, by móc powiedzieć o sobie: "Jestem tradycyjnym Lakotą"? Czy można pozostać tradycyjonalistą, będąc oderwanym od własnej społeczności, mieszkając w mieście, albo w Europie?


JR: Tak, można żyć w sposób tradycyjny także w mieście. Tak było ze mną. Dopiero w czasach okupacji Wounded Knee zacząłem poznawać tradycje Lakotów, pościć i brać udział w Tańcu Słońca. Nikt nie mówił mi, jak mam to robić, więc robiłem to tak jak umiałem, kierując się sercem. Nie piłem alkoholu, nie paliłem, żyłem z jedną kobietą - nikt mnie tego nie uczył, sam czułem co jest dobre. Czasami miałem problem, żeby poradzić sobie z własnym umysłem - nie nienawidzić nikogo, nie rozbierać kobiet wzrokiem... Ale kiedy zacząłem tak postępować, to okazało się to łatwe. I to dla mnie znaczyło - być Indianinem. Praktykować dobre wartości, żyć w zgodzie z nimi. Pod tym względem łatwo być Indianinem. To wcale nie takie trudne, jeśli się tylko chce.

T: Czy można powiedzieć, że tak wyglądał typowy powrót młodych Indian do tradycyjnych wartości?

JR: Tak, i dziś wielu z nich postępuje w ten sposób. To wraca. Gdy zaczęliśmy uczyć młodzież, to przekonaliśmy się z zaskoczeniem, że jest bardzo otwarta. Poza tym - wbrew różnym opiniom - w czasach protestów w Custer i Wounded Knee zachowywaliśmy się porządnie. I widzieliśmy, że wielu pijaczków z ulicy trzeźwieje i przychodzi do nas, mówiąc: "Chcemy wam pomóc". Pozwalaliśmy im zostać z nami, stawialiśmy ich przy drzwiach na straży i wtedy to oni zaczynali zachowywać się przyzwoicie i dawać z kolei przykład innym. Kiedy widzisz dobry przykład, naśladujesz go. Musimy dawać przykład. Musimy pokazywać innym, jak żyć... Wszędzie możesz być Indianinem, nie ma znaczenia czy mieszkasz w Europie, czy gdzie indziej. Tylko bądź dobrym przykladem...

T: Czy sądzisz, że ktoś, kto urodził się w Polsce, ale postanowił, że dowie się o Indianach jak najwięcej i pozna ich jak najlepiej, będzie miał prawo powiedzieć kiedyś, że czuje się duchowo Indianinem?

JR: Szczerze wierzę, że wielu ludzi w głębi serca pragnęłoby zostać Indianami. W Stanach Zjednoczonych jest wielu białych ludzi, którzy z taką nadzieją przyjeżdżają do rezerwatu. Oczywiście nie zawsze i nie przez wszystkich są tam mile widziani. Ale jeśli są skromni, wrażliwi i cierpliwi, to zostają tam razem z nami, poznają nasz język i pieśni, uczą się jak używać fajkę. A my obserwujemy ich, patrzymy jakie mają podejście do ludzi i ziemi, jak postępują z fajką i jak tańczą podczas Tańca Słońca.

T: Są w Europie i w naszym kraju ludzie, zazwyczaj od dłuższego czasu interesujący się głęboko Indianami - a zwłaszcza ich tradycyjną kulturą i obrzędowością - którzy mówią: "Znam i rozumiem Indian tak dobrze, że czuję się Indianinem". Czy taki sposób myślenia jest dla Ciebie do przyjęcia?

JR: Wielu takich ludzi przyjeżdża do nas, do Dakoty Południowej. Pamiętam pewną białą kobietę, dobrze zbudowaną, która przyjechała na nasz Taniec Słońca. Nie przeszkadzał jej wysiłek i palące słońce, bo naprawdę modliła się. Jest też Murzynka, z włosami zaplecionymi w warkoczyki, która przyjeżdża do nas bodaj od czterech lat i stała się naprawdę duchową osobą. Kiedy modli się, to robi to bardzo szczerze, z głębi serca. Jest wielu takich ludzi, którzy niczego nie udają i nie starają się robić dobrego wrażenia, ale naprawdę poświęcają się.

Ale bywają też inni, którzy udają, pozują, może chcą się innym pokazać. Pamiętam takiego jednego dobrze umięśnionego faceta. Przyszedł na Taniec Słońca i mówi, żeby go przekłuć. A potem jeszcze raz... Następnego dnia znowu, tak chyba z dziesięć razy. A Crow Dog powiedział tylko: "Dobrze, pozwólmy mu się wykazać". Kiedy pojawił się następnym razem twierdził, że bierze udział w Tańcu Słońca od dziesięciu lat i na dowód pokazywał swoje blizny... Ale my widzimy takie rzeczy. I więcej do nas nie wrócił. Może się ożenił...

T: W ostatnich spisach ludności w Stanach Zjednoczonych coraz więcej ludzi deklaruje się jako Indianie - zapewne licząc na uzyskanie z tego powodu rozmaitych korzyści i przysługujących Indianom uprawnień. Czy takie zjawisko nie osłabia w pewien sposób tubylczej społeczności? Można by powiedzieć, że ciągle coś tracicie na rzecz innych...

JR: Indianie mają coś takiego jak karty plemienne. Jest to dowód, że są prawdziwymi Indianami, że ich przodkowie także byli Indianami. Ale wielu naszych ludzi, szczególnie w miastach, nie dba o to. Dzięki temu wielu białych może twierdzić, że są Indianami i mało kto się tym nie przejmuje. Według mnie nie wyrządza nam to większej szkody - ci ludziei tak nie mogą odnosić korzyści z bycia Indianinem, dopóki nie mają takiej karty, dopóki nie udowodnią swojego tubylczego pochodzenia przed władzami plemienia.

T: Części Indian nie zależy na posiadaniu kart plemiennych, bo kojarzą się im z przepustkami wystawianymi przez władze więźniom wojennym. Tymczasem - paradoksalnie - wielu białych chciałoby otrzymać takie karty, chciałoby zostać więźniami...

JR: Ja też długo nie miałem swojej karty. Dopiero dwa lata temu, kiedy odwiedziłem rezerwat Spirit Lake, powiedziałem: "Może wydacie mi kartę? Czasmi może mi się przydać." I dostałem ją.

T: Kto decyduje o wydaniu karty?

JR: Plemię. Potrzebne jest do tego świadectwo urodzenia. Moja mama i tato wypełnili odpowiednie dokumenty, kiedy się urodziłem. I kiedy składam wniosek, to podaję imiona rodziców, a plemię sprawdza te dokumenty w swoich archiwach, zanim wyda mi kartę. Tak więc trzeba mieć plemiennych przodków.

T: Czy ktoś, kogo przodkowie nie byli członkami plemienia, może otrzymać taką kartę? Czy można w jakiś sposób zasłużyć na to, by stać się członkiem określonej rodziny i tubylczej społeczności?


JR: Tak, można to zrobić przez adopcję. Na przykład ja mam przybranych rodziców z rodziny Bear Runner z Pine Ridge. Zostałem adoptowany przez Oglalów po okupacji Wounded Knee, podczas Tańca Słońca. Oscar Bear Runner poszedł z żoną do przyjaciół z tokala (lakockiego stowarzyszenia wojowników) i powiedział: "Chcę, by został naszym synem". Po Tańcu Słońca odbyła się ceremonia adopcji. W ten sposób stałem się częścią rodziny i plemienia. Oscar dał mi do wypełnienia dokumenty i powiedział: "Wypełnij to, a zostaniesz formalnie adoptowany. Będziesz mógł głosować i mieć inne prawa jako członek narodu Oglala".

T: Czy mozna być członkiem kilku plemion, np. Dakotów ze Spirit Lake i Lakotów z Pine Ridge?

JR: Rząd uważa, że można należeć tylko do jedenego plemienia. Dlatego powiedziałem Oscarowi, że oficjalnie zostanę przy swoim starym plemieniu. Podziekowałem mu za jego propozycję, ale z różnych powodów pozostałem członkiem narodu Spirit Lake. Jednak taka adopcja jest możliwa.

T: Jak to się zazwyczaj odbywa?

JR: Powiedzmy, że przyjechałeś do rezerwatu i po pewnym czasie ty i jeden z członków plemienia stwierdzacie, że jesteście dla siebie jak bracia. Wtedy może odbyć się tradycyjna ceremonia adopcji - taka jak ta, którą ja miałem. Oczywiście zawsze ktoś z członków rodziny może powiedzieć, że się na nią nie zgadza. Ale jeśli już ktoś zaproponował taką ceremonię, to zazwyczaj wszyscy są za. Wtedy ma miejsce ceremonia i zostajesz uznany za członka rodziny. Potem, jeśli wypełni się wszystkie dokumenty, to idzie się z nimi do Rady Plemiennej. Rada Plemienna głosuje: "Tak, możesz zostać członkiem naszego plemienia".

Następnie idzie się do Biura do Spraw Indian i oni akceptują to, lub nie. Ale odmowa zdarza się najczęściej w Radzie Plemiennej. Tam może być problem. Gdyby Oscar Bear Runner zaniósł moje papiery do Rady, to z powodu mojej działalności w AIM miałbym 50% szans na to, że zostanę zaakceptowany. Nigdy do końca nie wiadomo. Ale w taki właśnie sposób nie-Indianin może zostać członkiem plemienia.

T: To może być bardzo dobra wiadomość dla wielu ludzi w Polsce: "Słuchajcie, być może kiedyś, w przyszłości, będziecie mogli zostać członkami plemienia, staniecie się moją rodziną..."

JR: Kto wie? W naszej tradycji jest coś takiego jak tiospaye, szeroka rodzina. Wiele rodzin w rezerwacie ma wśród swoich członków nie-Indian. Na przykład mój przyjaciel Sam Moves Camp wiele podróżował - do Kanady i gdzie indziej - i jego tiospaye ma wielu białych członków w różnych miejscach. Ci ludzie naprawdę pomagają całej rodzinie i robią wiele dobrych rzeczy. Jeśli zostaniesz członkiemtiospaye, to możesz zdobywać wiedzę, poznawać dzieje rodziny, historię plemienia, uczyć się lakockiego... A kiedy tutaj powrócisz, to możesz być ekspertem, prawdziwym znawcą, kimś wiarygodnym.

T: Znane są przykłady ludzi, którzy byli uważani za przyjaciół Indian i nawet - jak Kevin Costner - zostali adoptowani, a potem wykorzystali to dla własnych celów - budują prywatne kasyna w Czarnych Górach, zarabiają na bogactwach indiańskich ziem, albo podają się za indiańskich szamanów i organizują płatne ceremonie dla osób poszukujących kontaktu z indiańską duchowością...

JR: Nie jestem pewien, czy Costner został członkiem plemienia. Może został adoptowany przez tiospaye... Ale na pewno to nie Lakoci dali mu Oscara! Cos wam pokażę...

Kiedy odwiedzałem więzienia, pomagając indiańskim więźniom, jeden z naczelników spytał mnie, skąd władze więzienne mają wiedzieć, że jestem naprawdę duchowym człowiekiem i przywódcą religijnym. "Przecież każdy może twiedzić, że jest człowiekiem wiedzy" - powiedział. Pojechałem więc do Rosebud i powiedziałem Crow Dogowi, że potrzebuję jakiegoś zaświadczenia. I dostałem coś takiego (pokazuje coś w rodzaju dyplomu potwierdzającego znajomość lakockich praktyk leczniczych i duchowych, podpisany przez tradycyjnego przywódcę duchowego Lakotów Oglala, Crow Doga). Bardzo lubię ten dokument, chociaż nie jest zatwierdzony przez żadne władze.

A ten z kolei (pokazuje inny dokument) wymienia szczegółowo moje kwalifikacje jako kapłana Kościoła Tubylczych Amerykanów i potwierdza uprawnienia do prowadzenia określonych ceremonii i posługiwania się różnymi obrzędowymi przedmiotami. To dokument władz stanu Dakota Południowa, gdzie jestem zarejestrowany. Pokazuję te dokumenty władzom więziennym, by udowodnić, że jestem "legalny". A oni robią ich kopie i w ten sposób mają mnie w swoich rejestrach. Nawet jak jadę na zbiory ziół do Teksasu, to zabieram ze sobą skróconą wersję tego dokumentu. Potwierdza on moje prawa, które zagwarantowano nam w traktacie z 1868 roku.

T: Czyli ten dokument dowodzi, że masz prawo i umiejętność prowadzenia ceremonii oraz posiadania i używania określonych przedmiotów - takich jak fajka, pióra, kości, zioła, peyotl - w celach obrzędowych. Czy każdy człowiek wiedzy powinien mieć dokument tego typu? Czy jeśli przyjedzie do nas ktoś, kto przedstawi się np. jako Czirokez z Oklahomy i powie, że może nas nauczyć wszystkiego o indiańskiej duchowości, to mamy prawo sprawdzić jego wiarygodność, zapytać kto był jego nauczycielem i jakie ma na to dowody? Czy nie będzie to obraźliwe?


JR: Nie. Nawet powinniście tak robić. Takie pytania są zawsze usprawiedliwione, bo wielu z nich nie ma nic takiego. Macie prawo wiedzieć jak najwięcej o tradycji, z której wywodzi się wasz nauczyciel.

T: Zauważyliśmy, że w Polsce ludzie traktują Cię często jako przedstawiciela wszystkich Indian i oczekują odpowiedzi na szczegółowe pytania dotyczące różnych plemion. Nie dostrzegają ich zróżnicowania. Czy czujesz się ambasadorem wszystkich Indian, czy raczej przedstawicielem swojego plemienia?

JR: Wolę mówić o tradycji i obrzędowości Lakotów, bo praktykuję ją od wielu lat. Jdnocześnie podróżuję do wielu innych plemion, pomagając im w odradzaniu ich własnych duchowych wierzeń i czasem myślę, że mógłbym reprezentować też inne znane mi plemiona. Nie mam jednak o nich równie głębokiej wiedzy i nie udaję, że się na tym znam. Opowiadam więc o sprawach znanych z historii, jak przesiedlenia Czirokezów, czy o plemionach z Północnego Zachodu, gdzie mieszkałem przez pewien czas i gdzie poznałem ich ceremonie i praktyki. Mogę opowiadać o plemionach jako o całości, o indiańskiej historii, o ustawach Kongresu dotyczących wszystkich Indian. Staram się mówić więcej o problemach generalnych i sprawach wspólnych dla różnych Indian, niż o szczegółach i różnicach, których mogę dokładnie nie znać.

T: A Ty sam - za kogo się uważasz? Mamy wrażenie, że unikasz określania się jako "tubylczy Amerykanin".

JR: Jestem Dakotą urodzonym w społeczności Spirit Lake. Dakotą Santee. Od dawna mieszkam wśród Oglalów z Pine Ridge. Mam też zimowy dom na Florydzie. Ale pochodzę ze Spirit Lake, rezerwatu w Dakocie Północnej, który dawniej nazywano Devils Lake.

T: Wiadomo, że wielu Indian, np. obecni członkowie Ruchu Indian Amerykańskich (AIM), występuje o zmiany starych, obraźliwych dla nich nazw geograficznych i symboli - np. maskotek szkół i klubów sportowych. O zmianie nazwy rezerwatu Devils Lake na Spirit Lake pisaliśmy kiedyś w "Tawacinie". Czy popierasz starania o takie zmiany, czy raczej uważasz, że są ważniejsze problemy?


JR: To dobrze, że są takie zmiany. Cieszę się, że zmieniono nazwę mojego rezerwatu, chociaż nadal lubię swoją starą kartę plemienną. A może powinienem ją zmienić? To dobrze, że ludziom zależy na tym, by być Indianami, by być w AIM, być liderami Ruchu. Wracam do tego, co mówiliście o waszych przyjaciołach, którzy lubią nosić indiańskie stroje. Podobnie jest u nas z AIM, do którego należy teraz wielu białych ludzi. Kiedy pojechałem na Florydę, ludzie z tamtejszego AIM zaprosili mnie na swoje spotkanie. Opowiedziałem im o moich doświadczeniach z działalności w AIM. Powiedziałem im, że byłoby dobrze, gdyby mogli w lutym pojechać do Dakoty Południowej na doroczne spotkanie w rocznicę okupacji Wounded Knee i tam dowiedzieć się więcej o braciach, którzy oddali życie za swój naród. Zaprosiłem ich też na Taniec Słońca.

T: Wiesz, że od 15 lat wydajemy w Polsce kwartalnik o tematyce indiańskiej. Co sądzisz o takiej idei? Czy wydawanie takiego pisma może pomóc ludziom w Europie w lepszym poznaniu i zrozumieniu Indian?
JR: Oczywiście, to zawsze pomaga. Potrzebujemy takich działań, wyjaśniania białym ludziom świata Indian, edukowania ich. Jeśli macie możliwość, to warto sięgać po indiańskie gazety, takie jak "Lakota Journal", "Indian Country Today", czy "News from the Indian Country" i brać z nich przykład.

T: Jak sądzisz, jakie tematy powinny dominować w naszych publikacjach - historyczne, współczesne? Czy np. możemy i powinniśmy pisać o duchowości Indian, czy raczej należałoby tego unikać?


Ludziom potrzebna jest wiedza o naszej historii, prawdziwej historii, także o historii współczesnej. Sam dużo o tym mówię podczas moich spotkań, nawet jeśli nie zawsze ściśle potrafię podać pewne daty czy fakty. Ale staram się być dokładny, na przykład kiedy opisuję jakieś ceremonie. Zawsze dobrze jest też wskazywać na wartości duchowe. Nie ma nic złego w mówieniu o duchowych wartościach i duchowej drodze życia. Ale podając jakiekolwiek informacje, starajcie się być możliwie precyzyjni.

T: Słyszałeś już zapewne o wewnętrznych dyskusjach w naszym Ruchu dotyczących sposobu podejścia do indiańskich tradycji i możliwości praktykowania ich w naszym kraju...

JR: W większości miejsc, w których miałem spotkania, pytano mnie o moje zdanie na temat ludzi w Polsce, którzy próbują żyć po indiańsku. Słyszałem już trochę o nich, widziałem też zdjęcia. Mam wrażenie, że niektórzy z nich starają się być Indianami, tworzyć własne zasady... Nie wiem, trudno mi to oceniać.
Ale na pewno powinniście szanować wasze własne tradycje i język, dbać o zachowanie piękna waszego kraju. Aby wam w tym pomóc, chcę przygotować dla was Święte Zawiniątko z przedmiotami, które mają przypominać o pięknie tej ziemi i pomagać w zachowaniu jej dla przyszłych pokoleń. Powinniście je szanować, możecie je też sami wzbogacać i upiększać. Możecie także zrobić własną fajkę i poprosić o poświęcenie jej przez któregoś z ludzi wiedzy, którzy kiedyś was odwiedzą, albo zabrać ją do poświęcenia podczas Tańca Słońca. Z waszym Świętym Zawiniątkiem moglibyście spotykać się na przykład raz w miesiącu i modlić się za pokój, zdrowie waszych bliskich, wzmocnienie waszej grupy i spełnienie dobrych marzeń. To mogę zrobić dla was.

T: Dziękujemy, James.

http://www.indianie.eco.pl/jrvisit/wywiadjr.htm

czwartek, 3 stycznia 2013

Legendy Indian: DZIWNY POCZĄTEK ISTNIENIA KUKURYDZY


Legenda Indian Abenaki

Jakiś czas temu, zaraz po tym jak zostali stworzeni Indianie, pewien człowiek żył samotnie, z dala od innych. Nie znał ognia i jadł korzonki, korę i orzechy laskowe. Człowiek ten bardzo tęsknił za towarzystwem.
Zmęczyło go kopanie korzeni, stracił apetyt i przez kilka dni leżał marząc. Kiedy się zbudził, zobaczył kogoś stojącego w pobliżu i najpierw bardzo się przestraszył. Ale kiedy usłyszał głos obcego człowieka, jego serce uradowało się i szybko spojrzał na przybysza. Zobaczył piękną kobietę z długimi włosami! "Choć do mnie" wyszeptał. Ale ona nic nie uczyniła, a kiedy spróbował zbliżyć się do niej, uciekła. Śpiewał do niej o swojej samotności i błagał, by z nim została.
W końcu odpowiedziała, "Jeśli zrobisz dokładnie to co ci każę, zostanę z tobą".
On obiecał, że zrobi, co w jego mocy. Zaprowadziła go więc do miejsca, gdzie wszędzie była bardzo sucha trawa. "Teraz weź dwa suche kije," powiedziała mu, "i pocieraj nimi szybko o siebie trzymając je w trawie".
Wkrótce poleciała iskra. Trawa zapaliła się, a ona powiedziała: "Kiedy zajdzie słońce, weź mnie i przewlecz po spalonej ziemi".
"Och, nie zrobię tego!" wykrzyknął człowiek.
"Musisz zrobić to, co ci karzę" powiedziała ona. "Gdziekolwiek mnie pociągniesz, tam wyrośnie coś podobnego do trawy, i ujrzysz coś podobnego do włosów wystających spomiędzy listków. Wkrótce nasiona tej rośliny będą mogły ci służyć".
Człowiek zrobił to, co kazała mu piękna kobieta. A kiedy Indianie widzą jedwabiste włoski na kolbach kukurydzy, wiedzą, że piękna kobieta o nich pamięta.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Jak nie płakać?



Jak nie płakać
gdy w sercu tkwi nóż?

Jak nie płakać
gdy zginą brat i wódz?

Jak nie płakać
gdy ziemi łono kopie wróg?

Jak nie płakać
gdy dziecko głód kołysze do snu?

Jak nie płakać 
gdy zabrali nam wolność?

Jak nie płakać 
gdy we mgle ginie znany świat?

Jak nie płakać
gdy los zamknął szczęścia bramę?

Jak nie płakać
wojowniku mój?

czwartek, 27 grudnia 2012

Legendy Indian HISTORIA BĘBNA

Legenda Indian Abenaki



Zostało powiedziane, że kiedy Stwórca rozdzielał miejsce do mieszkania między wszystkie duchy, ci którzy mieszkali w pobliżu Matki Ziemi słyszeli dźwięki, głośne BUUUM dochodzące z niedaleka.
Stwórca nasłuchiwał, a dźwięk przybliżał się i przybliżał, aż znalazł się zaraz przy Nim. "Kim jesteś?" spytał Stwórca. "Jestem duchem bębna" padła odpowiedź. "Przyszedłem tu by poprosić Cię byś mi pozwolił wziąć udział w tym cudownym przedsięwzięciu". "Co takiego chcesz uczynić?" Zapytał Stwórca. "Chciałbym towarzyszyć śpiewom ludzi. Kiedy oni zaśpiewają z głębi swoich serc, zaśpiewam wraz z nimi, jak bym był biciem serca Matki Ziemi". Stwórca zgodził się i od tamtego czasu, bęben towarzyszy śpiewowi ludzi.
U wszystkich tubylczych ludów świata, bęben towarzyszy wszystkim śpiewom. To tak naprawdę ludzki śpiew zmusił bęben do pójścia z tą prośbą do Stwórcy, żeby pomóc ludziom by ich modlitwy i śpiew sięgnęły miejsc, których miały sięgnąć. Za każdym razem, dźwięk bębna przynosi spokój, strach, ekscytację, powagę, siłę, odwagę i spełnienie śpiewającym. To jest jak bicie serca matki dającej przyzwolenie dla nowego życia rodzącego się w jej ciele. Bęben przyciąga orła i wysyła go z wiadomością do Stwórcy. Zmienia ludzkie życie!

środa, 26 grudnia 2012

Walki Dakotów z Kiowami


W swej migracji na zachod Lakoci napotkali takze Kiowow, ktorzy w tamtym okresie polowali na preriach polozonych na poludnie od Gor Czarnych. Wkrotce doszlo do pierwszych walk i w 1798 Lakoci zniszczyli cala wioske Kiowow. Gdy na poczatku lat 1800-ych James Pursley dotarl w celach handlowych nad rzeke Platte spotkal tam Kiowow. Do wymiany jednak niedoszlo poniewaz przybyli Lakoci i przegonili Kiowow. Kiowowie zostali zmuszeni schronic sie w Gorach Skalistych niedaleko zrodla Poludniowej Platte. (str. 191 w George Hyde - "Indians of the High Plains: from the prehistoric period to the coming of the Europeans")
Indianin Kiowa

W roku 1813 Komancze i Kiowa wybrali sie nad rzeka Horse Creek, ktora jest doplywem Platte, gdzie spotkali sie z Czejenami, Arapahami i Lakotami w celach handlowych. Komancze i Kiowa zaoferowali im liczne konie zdobyte na Hiszpanach. Niestety zanim doszlo do pierwszej transakcji wojownik Lakotow poklocil sie z wojownikiem Kiowa a nastepnie zabil go tomahawkiem. Nastepnie Lakoci przypuscili szarze na wioske Kiowow w wyniku ktorej nie tylko Kiowowie ale i zaskoczeni Komancze, Czejeni i Arapaho rzucili sie do ucieczki w kierunku gor. Byl taki chaos ze przez dluzszy czas nie wiadomo bylo kto i dlaczego szarzowal. (Kiedy trzy lata pozniej doszlo do ponownego wielkiego spotkania Indian prerii, tym razem nad Cherry Creek niedaleko obecnego miasta Denver w Kolorado, Kiowa, Komancze i Apacze Prerii nie przybyli na nie.)

Bedac obiektem agresji ze strony Lakotow, Kiowowie zaczeli migrowac na poludnie, aby w koncu dotrzec na prerie polozone na poludnie od rzeki Arkanzas. Tam zawarli przymierze z Komanczami i Apaczami Prerii. Nowe lowiska Kiowow obejmowaly rozlegle prerie pomiedzy rzekami Arkanzas, Cimarron, Canadian i rzeka Czerwona. Kiowa stali sie swietnymi jezdzcami i wojownikami. Czesto dolaczali do Komanczow na dalekie lupiezcze rajdy do Meksyku. Podczas tych wypraw zdobyli olbrzymie ilosci koni i mulow. A to z kolei spowodowalo ze plemiona ktore mialy ich znacznie mniej, organizowaly wyprawy na ziemie Kiowow w celu ich zdobycia. Rajdy Komanczow i Kiowow sialy groze takze wsrod Apaczow.
Z czasem stosunki miedzy Lakotami i Kiowami ulegly takiej poprawie ze dochodzilo do wzajemnych odwiedzin. Np. Poludniowi Oglala kilkakrotnie przybyli na Taniec Slonca Kiowow organizowany na Terytorium Indianskim (obecna Oklahoma).

http://web2.airmail.net/napoleon/_LAKOTA_SIOUX_1.htm#_i_wojny_i_bitwy_z_Szoszonami

poniedziałek, 24 grudnia 2012

wojenna ścieżka




Na barwnej twarzy

pierwszy złoty blask

okrzyk wojenny 

i kopyt mustanga dźwięk

w ciszy tonie.

wróg ujrzy drugi świat

nim spojrzy w oczy moje.

życzenia



Wszystkim kochającym Indian i odwiedzającym mojego bloga :


W dniu Bożego Narodzenia;

Dziś składam życzenia

Aby raźniej w duszy było,

Aby Ci się dłużej żyło,

Aby szczęścia i radości,

Pomyślności i miłości

Z życia nigdy nie ubyło,

Aby Ci się lepiej żyło.

W życiu bez smutku i cierpienia.

shania - Karolina




sobota, 22 grudnia 2012

Siedem ceremonii Lakotów


Istnieje siedem głównych lakockich ceremonii odprawianych do dnia dzisiejszego. Są to:


  • Inipi- szałas potu,



  • Hanbelecha- błaganie o wizję,



  • Making relatives- adopcja,



  • Sun Dance- taniec słońca,



  • Soul keeping- zachowanie duszy po śmierci zmarłemu ucina się kosmyk włosów i zachowuje w domu, w ten sposób jego dusza opiekuje się jego mieszkańcami,



  • Becoming a woman- stanie się kobietą młodą dziewczynę zamyka się w domu lub tipi wraz ze straszymi kobietami, które uczą ją obowiązków przyszłej żony,



  • Throwing a ball- rzut piłką młoda dziewczynka wyrzuca piłkę zrobioną ze skóry bizona w cztery strony świata, ta ceremonia przeprowadzana jest najrzadziej i najmniej o niej wiadomo,



http://alicja.id.uw.edu.pl/sciezka/sciezka4.htm

czwartek, 20 grudnia 2012

Legendy Indian KRÓLIK ZAWIERA ROZEJM


Legenda Abenaki

Dawno temu, kiedy Glooscap rządził Wabanaki, żyły tam dwa żwawe zwierzęta, Wydra Keoonik i Królik Ableegumooch, które zawsze płatały sobie figle. Pewnego dnia, kiedy Keoonik pływał, Ableegumooch zwinął sznur z nanizanymi na niego węgorzami, który Keoonik zostawił na brzegu. Keoonik wyskoczył z wody i puścił się we wściekłą pogoń. Nie miał problemu z wyśledzeniem królika, gdyż ryby przy każdym skoku zostawiały na ziemi ślad. Jednak strasznie się zdziwił, gdy ślad nagle się urwał na polanie Stał zdumiały, jednakże, nagle ślad skończył się w lesie na polanie, gdzie przy małym ogniu siedziała stara kobieta.
"Kwah - ee, Noogumee," powiedział Keoonik, używając formy grzecznościowej w stosunku do starszej kobiety. "Widziałaś skaczącego królika ciągnącego sznur z węgorzami?"
"Królik? Królik?" wymamrotała stara kobieta. "Co to za zwierzę?"
Wydra wyjaśniła, że to było małe, brązowe, skaczące stworzenie z długimi uszami i krótkim ogonem.
"Nie widziałem takiego zwierzęcia," gderała starucha, "ale cieszę się przyszedłeś, ponieważ jest mi zimno i jestem chora. Proszę zbierz trochę chrustu na ognisko".
Będąc uprzejmym zwierzęciem, Keoonik poszedł spełnić prośbę staruszki. Gdy wrócił z chrustem, rozejrzał się dookoła zaskoczony. Stara kobieta zniknęła. Na miejscu, gdzie siedziała, zobaczył odcisk pośladków królika a odciski łap prowadziły wprost do lasu. Wtedy sobie przypomniał, że Ableegumooch potrafił zmieniać swoją postać i w ten sposób robił z innych głupka.
"A to nędzny królik!" rozpaczał Keoonik i ruszył w ślad za Ableegumooch. Tym razem trop zaprowadził go prosto do wioski Indian Penobscot, gdzie Keoonik zobaczył królika rozmawiającego z chudym i smutnym człowiekiem noszącym pióra wodza we włosach. Podstępna wydra wycięła mocny kij i ukryła się za drzewem. Niebawem, Ableegumooch nadszedł spacerując ścieżka w dół, jego pysk był zamyślony, a brwi zmarszczone.
Keoonik tylko na to czekał. Podniósł kij i walnął królika z głuchym odgłosem. Ableegumooch padł na trawę.
"To powinno cię nauczyć", z satysfakcją pomyślał Keoonik, i usiadł, by zaczekać aż królik się ocknie.
Niebawem Ableegumooch obudził się i rozejrzał się oszołomiony.
"Co zrobiłeś z moimi węgorzami?" spytał Keoonik.
"Dałem je Indianom", wymamrotał królik i z jękiem dotknął miejsce uderzenia na swojej głowie. "Po co mnie uderzyłeś, ty głupie stworzenie?"
"Ci Indianie głodują, Keooniku", powiedział królik. "Od wielu księżyców ktoś kradnie ich jedzenie."
"Wciąż to samo", gderał Keoonik, "To były moje węgorze".
Królik z determinacją uderzył swymi tylnymi nóżkami o ziemię
"Keooniku, musimy znaleźć rabusiów i ukarać ich!"
"My?" zdziwił się Keoonik.
"Tak, ty i ja," powiedział z mocą królik. "Zawrzyjmy rozejm, aż złapiemy złodziei".
Keoonik pomyślał sobie, że Ableegumooch był ostatnią istotą mogącą narzekać na ludzi kradnący jedzenie innym! Jednakże, zbyt współczuł plemieniu Penobscotsów.
"W porządku", zgodził się "Zawrzemy rozejm," i podali sobie ręce. Wtedy zaczęli iść w kierunku wsi by spytać wodza co mogliby zrobić, by pomóc, ale gdy byli już niedaleko, zobaczyli rozmawiające dwa inne zwierzęta. Były to łasica Uskoos i mysz Abukcheech, oboje tak kłopotliwi, że nawet ich rodziny nie chciały mieć z nimi nic do czynienia.
"Podsłuchajmy je", szepną Ableegumooch, pociągając Keoonika za drzewo.
"Znajdziemy tych rabusiów wodzu," powiedział Uskoos "O nic się nie martw".
"Możesz na nas polegać" ciągnął Abukcheech.
Ableegumooch szturchnął wydrę. "Słyszałeś?"
"Słyszałem," powiedział Keoonik. "Więc jednak Indianie nie potrzebują naszej pomocy."
"Tak sobie myślę…" powiedział królik.
"O czym? I, dlaczego szepczemy?"
"Ciii! Pomyślmy trochę Keooniku. Czy ty wiesz jak tych dwoje spędza czas? Śpią cały dzień a polują po zmroku".
"Wielu z nas tak robi", odpowiedział na to Keoonik.
"Dobrze, ale posłuchaj," powiedział królik. "Wszystkie futrzane ubrania w obozie zostały przeżute, rozdarte i popsute. Jakie zwierzęta to robią a potem sobie gdzieś idą?"
"Łasice i myszy", odpowiedział Keoonik natychmiast. "Bardzo dobrze. Pójdźmy za nimi i zobaczmy, co się zdarzy".
Tak więc, Keoonik i Ableegumooch, trzymając się poza zasięgiem wzroku, poszli za łasicą i myszą do dużej jamy w zboczu wzgórza, gdzie mieszkały inne myszy i łasice o złej reputacji. Wszystek pozdrowiły Uskoosa i Abukcheech i wysłuchali, co miały do powiedzenia. Królik i wydra, schowane za krzakiem jagody także słuchali.
"Udawaliśmy, że bardzo im współczujemy" powiedział ze śmiechem Uskoos "i jeszcze zobowiązaliśmy się im pomóc".
"Tak, teraz już nas nie będą podejrzewać" powiedział Abukcheech i wszystkie myszy i łasice zarechotały.
"Teraz nadszedł czas" powiedział Uskoos, "aby zawołać wszystkie zwierzęta i zaplanować podbój Penobscots. Ponieważ jesteśmy inteligentniejsi niż Indianie i zasługujemy na to by mieć wszystkie jedzenie dla siebie."
"Dobrze mówi!" wykrzyknięto wokoło.
"Jak przekonamy innych by do nas dołączyli?" spytał Abukcheech.
"Mniejsi będą się bali nam odmówić" oświadczył Uskoos. "Na innych użyjemy oszustwa. Powiemy im, że Penobscots planują zabić wszystkie zwierzęta na ziemi i będziemy musieli się przyłączyć żeby ich powstrzymać".
"Wtedy, wilki, niedźwiedzie i myszy nam pomogą" radował się Abukcheech, "wkrótce będziemy mieli wszystkich Indian na naszej łasce!"
Wydra i królik mogliby ledwie mogli uwierzyć w to, co usłyszały. Muszą ostrzec Indian.
"Chodź", szepnął Keoonik, ale królik tylko przykucnął, tam gdzie stał, napięty i nieruchomy. Po prostu chciało mu się kichać! Ableegumooch chciał kichnąć tak jak jeszcze mu się nigdy nie chciało, ale nie mógł tego zrobić, bo to by ich wydało. Spróbował więc się powstrzymać. Naciągną na nos swoją wargę, aż ten stał się podobnie jak oczy czerwony, lecz to nie pomogło.
"Aćchummmmmm!" kichnął wreszcie.
Natychmiast, łasice i myszy rzuciły się na Keoonika i Ableegumoocha i wywlokły ich z ukrycia.
"Szpiedzy!" warknął Uskoos.
"Zabij ich, zabij ich!" wrzasnął Abukcheech.
"Mam lepszy plan," powiedział Uskoos. "Zostaną naszymi pierwszymi członkami". I powiedział więźniom, że muszą się do nich przyłączyć, jeśli chcą przeżyć.
Biedny Ableegumooch. Biedny Keoonik. Oni woleli umrzeć, niż zrobić to czego chcieli złodzieje, przecież byli przyjaciółmi Penobscots. Ableegumooch otworzył usta, by przeciwstawić się nikczemnikom nie zważając na konsekwencje, ale jego usta tylko warknęły i zamknęły się. Usłyszał dziwny dźwięk, dźwięk fletu piszczącego z dala i wiedział, co to było. To był magiczny flet Glooscap i Wielki Wódz wysyłał Glooscapowi wiadomość.
Królik przypomniał sobie coś, co Glooscap mu powiedział dawno temu, na poły w żartach, na poły poważnie. "Ableegumooch" rzekł, "najlepszy sposób, by złapać węża to myśleć jak wąż!" Natychmiast królik zrozumiał. Stanął by pomyśleć jak myszy i łasice, czując chciwość i samolubstwo, które w nich było. Wtedy zaświtał mu plan.
"Bardzo dobrze", powiedział, "dołączymy do was. Ci Indianie na pewno są bardzo okrutni i nieuczciwi. Zasługują na najgorszy los. "Ale jeszcze wczoraj" zaczął Keoonik, lecz poczuł trącenie łokciem od Ableegumooch. "Mój przyjaciel i ja widzieliśmy wielki skład jedzenia ukryty w sekretnym miejscu, prawda Keoonik?"
"Och, tak, tak" wyjąkał Keoonik, zastanawiając się co to za sztuczka, którą szykował królik.
Łasice i myszy podskoczyły w obłąkane i podekscytowane. "Gdzie? Gdzie? Gdzie jest to miejsce?" dopytywały się.
"Zabierz nas tam natychmiast!" płakał Uskoos, oblizując usta.
"Oczywiście," powiedział Ableegumooch, idąc w stronę lasu. "Chodźcie za nami".
Abukcheech będący myszą nie dorastał im do pięt, ale Uskoos wkrótce pchał się do przodu. Każde zwierzę chciało być z przodu i w ten sposób szybko przemierzyli las, łąki, doliny i wzgórza, i w końcu sapiąc i chrząkając dotarli do dna trawiastego wzgórza. Ableegumooch wskazał na stos skał na szczycie.
"Tam znajdziecie bogactwo, którego szukacie" krzyknął. "Śpieszcie się, śpieszcie! Najlepsze dostaną ci, którzy będą pierwsi".
Wszystkie zwierzęta rzuciły się do biegu, chcąc być na górze pierwszym. Królik i wydra odsunęły się i patrzyli jak ten dziki tłum wspinał się w górę, wyżej i wyżej, aż nagle wszystkie te zwierzęta znalazły się na krawędzi urwiska z morzem głęboko poniżej. Te, które były pierwsze próbowały się zatrzymać, ale zostały zepchnięte przez tłum stłoczony z tyłu i jedne po drugich z krzykiem poleciały wprost do morza.
"No to" powiedział Keoonik, spoglądając z dreszczem poza krawędź klifu, "problem mamy z głowy".
"Tak, koniec z problemami Penobscotsów" powiedział królik. "Razem uratowaliśmy naszych przyjaciół od myszy i łasic, Keooniku, chodźmy do domu razem, w pokoju jak dobrzy sąsiedzi".
"Zgoda" powiedziała wydra, ale zaraz potem potknęła się i upadła na ziemię. To Ableegumooch podstawił mu nogę.
"To za uderzenie mnie w głowę!" zaśmiał się królik i pobiegł do lasu. Podnosząc się wściekły Keoonik pobiegł za nim krzycząc, "Tylko zaczekaj, aż cię złapię i oduczę cię płatać figle!". Tak oto ich rozejm zakończył się.
Glooscap, patrząc na nich, śmiał się z ich figli, ponieważ wiedział, że w ich psotach nie było żadnej złośliwości w stosunku do siebie czy Indian.
Jeszcze raz wszystko dobrze się skończyło.


poniedziałek, 17 grudnia 2012

****



Białe kwiaty,

co z nieba spadają,

każdy jak wojownika dusza

wspaniała,

co oddał życie 

za ziemię swą

ukochaną.

czwartek, 13 grudnia 2012

Legendy Indian: JAK GLOOSCAP STWORZYŁ SUGARLOAF MOUNTAIN (GÓRY CUKROWO-CHLEBOWE)

Legenda Abenaki

Dawno temu, podczas lata ludzie żyli blisko brzegów rzek by mogli przyglądać się łososiom wędrującym w górę rzeki na tarło. Pewnego dnia, zauważyli, że łososie nie mogły się przedostać w górę rzeki. Tego dnia pojawiło się wiele olbrzymich bobrów, które zbudowały tamę na rzece Restigouche. Dlatego też łososie nie mogły dostać się do miejsca, w którym odbywały tarło. Ludzie bardzo się tym zasmucili! Wiedzieli, że jak łososie nie odbędą tarła to nie będą miały dzieci i nie będzie co jeść w zimie. Zwołali więc naradę. Na niej stwierdzili, że nie chcą powierzać rozwiązania tego zadania Glooscap’owi. Zdecydowali, że wypłyną w kanu, i będą walczyć z bobrami. Ludzie weszli do kanu i wypłynęli, ale kiedy zbliżyli się do bobrów, te zaczęły rozchlapywać wodę ogromnymi ogonami. Kanu i ludzie wywrócili się. Nie potrafili zniszczyć tamy. Bobry były zbyt wielkie. Wrócili na ląd by ponownie się naradzić. Postanowili wezwać Glooscap’a. Wtedy Loon był posłańcem Glooscap’a. Poprosili więc Loon’a by go zawołał. Loon żałobnymi dźwiękami zawołał Glooscap’a. Wołanie poniosła woda i wkrótce Glooscap przybył na grzbiecie swego wieloryba. Glooscap spytał, "Dlaczego mnie wezwaliście?" Opowiedziano mu wtedy o bobrach, tamie i o problemach łososia z tarłem. Powiedzieli mu, że przez to nie będą mieli co jeść w zimie. Glooscap wyszedł wtedy na środek tamy i uderzył ją swoją pałką. Gdy to zrobił tama rozleciała się na części. Jedna z nich stała się wyspą, którą teraz zwą Heron Island. Inna część, która odleciała daleko teraz jest zwana Bantry Point. Glooscap złapał przywódcę bobrów i rozhuśtał go wokoło siebie trzymając jego ogon. Gdy Glooscap go puścił, bóbr poleciał wiele mil i spadł zamieniony w skałę, dziś zwaną Sugarloaf Mountain (Góry cukrowo-chlebowe). Glooscap wrócił do pozostałych bobrów. Zaczął uderzać je po głowach, aż stawały się mniejsze i mniejsze. W końcu zmniejszyły się do wielkości takiej jak są dziś. Glooscap obiecał ludziom, że bobry w New Brunswick nigdy już nie urosną I nigdy nie zbudują tamy tak dużej, żeby powstrzymały łososia od tarła. Ludzie nigdy nie będą musieli się o to martwić.

środa, 12 grudnia 2012

Indianie - Czarne Stopy


Tak jak Komancze dominowali na poludniowych preriach, Lakoci na srodkowych, tak Czarne Stopy byli wladcami polnocnych prerii. Jednak choroby przyniesione przez bialych tak strasznie oslabily to plemie ze juz nigdy nie odzyskalo swej potegi. Epidemie ktore wybuchly w latach 1780-81, 1837-38, 1845, 1857-58, 1864, i 1869 spowodowaly ze ich liczebnosc spadla z 10.000-15.000 do okolo 5.500 osob w USA i Kanadzie. Dla porownania liczebnosc plemienia Wron, spadla z tego samego powodu z 6.500 osob do 3.500 w 1845, aby wzrosnac do 4.100 w 1871.

Czarne Stopy, Kri Prerii i Plaskie Glowy byli znani z charakterystycznego stojacego pioropusza Skladal sie on z 18-30 pior. W latach 1890-ych Assiniboini dali Czarnym Stopom pioropusz taki jaki uzywali Siouxowie. Owy pioropusz stal sie tak popularny ze stopniowo calkowicie wyparl tradycyjny pioropusz Czarnych Stop.

Plemie Czarnych Stop dzielilo sie na kilka szczepow:
 - Siksika czyli Czarne Stopy (ang: Blackfeet). Lowiska Czarnych Stop lezaly w Kanadzie miedzy rzekami Polnocnym i Poludniowym Saskatchewan. Poniewaz rozlegle rowniny zwane preriami rozciagaly sie od rzeki Rio Grande na poludniu (granica USA z Meksykiem) do rzeki Polnocny Sakatchewan na polnocy, mozna wiec powiedziec ze Siksika zajmowali polnocny kraniec prerii.

 - Kainai lub Szczep Wielu Wodzow. Anglicy i Amerykanie nazywali ich Bloods, czyli Krwawi. Ich lowiska lezaly miedzy Poludniowym Saskatechawan a rzeka Mleczna. Krwawi czesto przechodzili granice aby napadac na Wrony i inne plemiona. To prawdopodobnie z tego szczepu Czarnych Stop pochodzi Maly Bizon, glowna postac z ksiazki Arkadego Fiedlera "Maly Bizon."

 - Piegan lub Pikuni. Jedyny ze szczepow Czarnych Stop zamieszkujacy ziemie lezace w USA, w obecnym stanie Montana. Tylko niewielka czesc Pieganow (tzw. Polnocni Pieganie) miala lowiska w Kanadzie w prowincjach Alberta i Saskatchewan. Pieganie mieszkajacy w USA byli nazywani Poludniowymi Pieganami. Z tego powodu niektorzy uwazaja ze plemie Czarnych Stop dzieli sie nie na trzy ale na 4 szczepy: Siksika (Czarne Stopy), Kainai (Wielu Wodzow, Krwawi), Polnocnych i Poludniowych Pieganow.

Liczebnosc szczepow Czarnych Stop w 1870:
Siksika - 225 tipi
Kainai - 210 tipi
Polnocni i Poludniowi Piegan - 330 tipi

Wioski liczyly 10-40 tipi.

Szczepy Pieganow i Krwawych nienawidzili traperow jak malo ktorzy Indianie. Na przyklad na wiosne 1810 rozegrala sie bitwa niedaleko zrodel Missouri miedzy nimi a bialymi i Szoszonami. Szoszoni poniesli spore straty, zginelo takze 2 traperow. W innych potyczkach wiosna 1810 roku, zginelo prawie 20 traperow. W 1807 ekspedycja liczaca 42 Amerykanow dotarla do Montany gdzie zostala wybita do ostatniego czlowieka przez Czarne Stopy. Ta masakra odbila sie glosnym echem na pograniczu. W latach 1822-29 Czarne Stopy zabily co najmniej 51 Amerykanow i zabraly towar wartosci kilku tysiecy dolarow. Amerykanie uwazali ze kanadyjscy handlarze (z brytyjskiej firmy Hudson Bay Company) nad rzeka Saskatchewan sprzedaja bron Czarnym Stopom, a ci z kolei dzieki dobremu uzbrojeniu maja smialosc atakowac amerykanskich traperow i mysliwych. W Kwietniu 1865 Krwawi zabrali 40 koni z Fortu Benton. W 1869 grupa wojownikow Czarnych Stop wpadla do Fortu Benton aby pomscic smierc kilku swoich. Doszlo do kilkugodzinnej strzelaniny na ulicach miasteczka. Poniewaz wojownicy byli znacznie gorzej uzbrojeni od mieszkancow wiec po ciezkich stratach wycofali sie. Biali zaczeli przezywac Czarne Stopy "Dziecmi Szatana". (Winfred Blevins pisze w swej ksiazce Give Your Heart to the Hawks na str. 284: "Children of Satan, name for the Blackfeet.")

Czarne Stopy toczyli walki z prawie wszystkimi sasiadami a nawet z plemionami nie majacych z nimi wspolnej granicy, jak np. z Lakotami. Obszarami gdzie dochodzilo do starc Czarnych Stop i Lakotow to dolina rzeki Muszelkowej w centralnej Montanie i obszar wokol ujscia rzeki Mlecznej do Missouri, w polnocnej czesci tego stanu. Najczesciej Czarne Stopy byly reprezentowane w wojnach z Lakotami przez wojownikow ze szepow Pieganow i Krwawych. Byly to jakkolwiek drobne starcia, nie dorownujace tym miedzy Czarnymi Stopami a Nakotami, Kutenejami, Assiniboinami, Gros Ventres, Kri czy Wronami.

W 1805 Czarne Stopy, Kri i Assiniboini zorganizowaly wspolna wyprawe wojenna przeciwko Siouxom. Pisze Siouxom, poniewaz nie jestem pewien czy to byli Lakoci czy Nakoci, czy sily mieszane. Niestety zanim wyruszono doszlo do wielkiej klotni w ktorej 28 Indian zostalo zabitych (25 Czarne Stopy i 3 Assiniboinow).
W 1857 niewielkie grupy wojownikow Pieganow wyprawily sie daleko na poludnie, az nad rzeke Platte, aby krasc konie Lakotom, Czejenom i Arapahom. W zimie 1881 podczas pobytu Lakotow Siedzacego Byka w Kanadzie grupki wojownikow Czarnych Stop i Kri kradly im konie. Szczegolnie to sie nasililo po tym jak Niski Pies ze swymi ludzmi oposcil Siedzacego Byka i wrocil do USA aby poddac sie Amerykanom. Tak mocno oslabiona grupa Siedzacego Byka byla lakomym kaskiem dla plemion kanadyjskich.

http://web2.airmail.net/napoleon/_LAKOTA_SIOUX_1.htm#_i_wojny_i_bitwy_z_Szoszonami

poniedziałek, 10 grudnia 2012

***



W świetle gwiazd
oczy Wasze,
w wiatru tchnieniu
głos,
w potomnych sercach
dusze Wasze,
w słońca cieple
serc żar.

Wy Bezimienni
imię to dał wam czas
od czterech żywiołów
wieczna chwała Wam