poniedziałek, 21 października 2013

Indianie a biali


1. AMERYKA BEZ INDIAN?
W opracowaniach naukowych zajmujących się historią brytyjskich kolonii w Ameryce, jeszcze 20 lat lat temu niemal całkowicie pomijano Indian. Zaledwie jedna praca na sto publikowanych, zajmowała się rodowitymi Amerykanami, jakimi przecież są Indianie. Poza tym, zazwyczaj pisano o wojnach, a więc tubylcy postrzegani byli tylko jako zawada na drodze rozwoju cywilizacji białych.
Zaś, jeśli już była o Indianach mowa, to opisywani byli oni przeraźliwie stereotypowo, bez uwzględnienia bogactwa i różnorodności ich kultur. Dopiero od niedawna historycy zaczęli zadawać jakże proste, ale zarazem jakże uderzające pytanie: Jak wyglądałaby historia brytyjskich kolonii w Ameryce bez Indian?
Nie sposób tego nie zauważyć, że ignorowanie Indian wynikało głównie z europocentrycznego nastawienia badaczy. Ów europocentryzm jest zakorzeniony bardzo głęboko i od stuleci wyznaczał stosunek, jaki mieli pierwsi odsadnicy do tubylców. Przede wszystkim, przekonani oni byli o bezwzględnej wyższości cywilizacji europejskiej nad jakąkolwiek inną. Swój świat “cywilizowany” przeciwstawiali niecywilizowanemu (ta dychotomia istniała już od czasów starożytnych), czyli “dzikiemu”, “barbarzyńskiemu”.
Rozbudowana została specjalna “idea dzikości” w Ameryce, która wyznaczała, regulowała i motywowała stosunek kolonistów do Indian. W wersji najbardziej prymitywnej oczerniała ich, przedstawiając jako ludożerców, “istoty o twarzach psów, ciałach bez głów, czy stopach z piętami do przodu”… etc. Wersja bardziej zracjonalizowana również sugerowała, że Indianie żyli w stanie podobnym zwierzętom, jako że nie nosili ubrań, nie zakładali miast (co było nieprawdą), no i oczywiście nie znali religii chrześcijańskiej. Nawet Deklaracja Niepodległości – do dzisiaj stawiana za wzór praw jednostki i obywatela – mówi o “bezlitosnych indiańskich dzikich”, wyłączając ich w ten sposób z korzystania z praw dla białych.

2. ZMIENNI BIALI
W XVIII wieku – zwłaszcza wśród ludzi wykształconych, bardziej uwrażliwionych humanistycznie, posiadających szersze horyzonty myślenia i zainteresowania – wyrażano się także przychylnie o Indianach, widząc w nich symbol oświeceniowej wiary w naturalne dobro człowieka i przyrody, często niestety kreując przy tym jeszcze jeden mit (idea tzw. noble savageJean-Jacques Rousseau), równie odległy od rzeczywistości, co mity indiańską rasę szkalujące. Jednakże zwracało to uwagę na tę ludzką stronę “innego”, doszukując się w nim cech pozytywnych. Poglądy szanujące Indian były jednak wyjątkiem. Te, niekiedy wzniosłe i ogólnie tolerancyjne postawy były w jaskrawej sprzeczności z postawą przeciętnego kolonisty, którego stosunek do Indian kształtowany był przez konkretną rzeczywistość i praktyczną walkę interesów. Nie był więc zbyt wysublimowany i zmieniał się często, w zależności od warunków.
Na początku kolonizacji, kiedy biali potrzebowali od tubylców żywności (bez tej pomocy by nie przeżyli) i później, kiedy z nimi handlowano (głównie skórami i futrem), Indianie byli w ich oczach sprzymierzeńcami. Ten okres był jednak bardzo krótki i trwał zaledwie kilkadziesiąt lat, na początku XVII wieku. Później, kiedy zaostrzyły się konflikty (chodziło przede wszystkim o zagarnianie przez coraz bardziej licznych białych ziemi), Indianin stawał się przeszkodą, wrogiem.

3. KRADZIEŻ
Zdarzały się w (nota bene purytańskiej) Nowej Anglii przypadki zabierania Indianom zapasów żywności (w zimie), okradania grobów Indiańskich. Łapano Indian i sprzedawano jako niewolników. Stosowano siłę, by zdobyć dobra należące do Indian. Nie uwzględniono praw tubylców do własności. Nie było mowy o stosowaniu równego prawa dla Indian i dla białych. Liczono przy tym, że uda się tubylców nie tylko podporządkować, ale i zmusić do pracy dla kolonistów. Indianie mieli jednak inna naturę – mniej uległą niż Murzyni – a jako tacy nie nadawali się na niewolników.

http://wizjalokalna.wordpress.com/tag/tryptyk-indianski/

sobota, 19 października 2013

pieśń



Pieśń
potoku rwącego
szybującego ptaka
zieleni drzew
miękkości trawy
woni kwiatów
światła gwiazd
ciepła słońca
wytrwałości skał
lekkości powiewu
skrzydeł motyla
gwałtowności burzy
butyy mustanga
dumy bizona
modlitwy wilka
bicia serca.

Pieśń upadków i powstań
ciszy i gwaru
pokory i brawury
trwania i przemijania
mądrości i niedoświadczenia
miłości i nienawiści
hojności i egoizmu
wzrostu i umierania
siły i słabości.

Pieśń
wiecznego kręgu.

Pieśń
życia.

wtorek, 15 października 2013

Wzrastanie- Nawrócenie Wędrującego Ducha


„Lubiłem zabijać ludzi. Lubiłem, bo miało to słodki smak, tak jakbym jadł coś słodkiego.”*
wódz Wędrujący Duch, osada Frog Lake, 1 kwietnia 1885 r.

- Polećmy nasze dusze Bogu! – wezwał ojciec Fafard.

Gromada wiernych pochyliła głowy w modlitwie. Niektórzy czuli, że ich czas się wypełnił. Obecny na Mszy Metys Karol Gouin, z zawodu cieśla, emanował spokojem. Właśnie zakończył spowiedź, oczyścił duszę z grzechów w obecności francuskiego misjonarza. Już się nie lękał...

Dobiegający zza okien kościoła łomot indiańskich bębnów, dzikie okrzyki zdawały się przybierać na sile. Nagle drzwi świątyni otwarły się z trzaskiem. Na progu stanął wysoki Indianin z karabinem w ręku. Jego twarz pokrywały barwy wojenne.

Był to wódz Indian Kri – Wędrujący Duch.

Czerwoni i Biali

Maleńka osada Frog Lake, na Terytoriach Północno-Zachodnich (obecnie kanadyjska prowincja Alberta) nagle znalazła się w oku cyklonu. Jeszcze niedawno jej nieliczni biali i metyscy obywatele żyli w przykładnej zgodzie z Indianami Kri z pobliskiego rezerwatu.

Kilka osób zatrudnionych było przez władze jako instruktorzy, uczący czerwonoskórych braci uprawy roli i hodowli bydła, pomagający im w pracach gospodarczych. Dodatkowo rząd przyznał subwencje na wzniesienie młyna i tartaku, co miało pomóc w usamodzielnieniu Indian. Ci ostatni mogli też liczyć na rządowe dostawy żywności, których dystrybucją zajmował się agent rezerwatu.

O rozwój duchowy mieszkańców osady troszczyli się misjonarze oblaci, 36-letni ojciec Leon Fafard, i o 10 lat młodszy przybysz z Francji, ojciec Feliks Marchand, którzy prowadzili również parafialną szkołę.
Panujący stan równowagi zakłóciło osiedlenie się w rezerwacie licznej grupy Indian Kri z Równin pod wodzą Dużego Niedźwiedzia. Niedawni koczownicy rychło popadli w spory zarówno ze swymi osiadłymi ziomkami, jak i z mieszkańcami Frog Lake.

Rebelia

Tymczasem z okręgu Saskatchewan napłynęły niepokojące wieści. Zamieszkujący ten rejon Metysi (potomkowie Francuzów i Indian) znaleźli się w ostrym sporze z rządem federalnym. Metysi mieli swoje głębokie racje, bronili swej kultury i tożsamości, na które nastawała bezduszna władza. Ich nieszczęściem było, że na czele protestu stanął zawodowy polityk, szczwany demagog i „prorok” religijnej sekty, niejaki Ludwik Riel.

Riel, osobnik utalentowany acz niekiedy zdradzający objawy zaburzeń psychicznych, nie uznawał kompromisów; rozpoczął prawdziwą rewolucję. Na wiosnę 1885 r. ogłosił utworzenie niezależnego rządu metyskiego z siedzibą w Batoche. Niepodzielną władzę w państwie Metysów sprawować miała sekta, której Riel był „prorokiem”. Sekciarze rozpoczęli bezprawne aresztowania swych przeciwników, w tym miejscowych księży. Przybyły na miejsce zamieszek oddział Północno-Zachodniej Policji Konnej wpadł w dobrze zorganizowaną zasadzkę; polała się krew. Na kanadyjskich preriach wybuchła wojna.

Wielki Czwartek w Frog Lake

Doniesienia o buncie Metysów, a zwłaszcza o porażce policyjnych „czerwonych kurtek”, wywołały entuzjazm wśród koczowników Dużego Niedźwiedzia. Wieczorem 1 kwietnia 1885 r. w rezerwacie złowrogo załomotały bębny. Szczególnie jątrzącą rolę odegrał Wędrujący Duch, wódz wojenny Kri z Równin. Z nostalgią wspominał „słodki smak” zabijania, zapowiadał, że nazajutrz uda się do Frog Lake skosztować „dwunożnego mięsa”.

Wielu Indian, szczególnie osiadłych Leśnych Kri, kategorycznie odmówiło przyłączenia się do awantury. Jednak spora grupa wojowników, po całonocnych pląsach, ruszyła z Wędrującym Duchem i Dużym Niedźwiedziem na Frog Lake.

Wpadli do osady w godzinach rannych. Rozpoczęli grabież sklepów i prywatnych domów. Mieszkańcy schronili się w kościele.

Był Wielki Czwartek, 2 kwietnia 1885 r. Ojciec Fafard, przeczuwając najgorsze, wezwał do modlitwy. Niedługo potem Indianie wdarli się do świątyni. Wielu było pijanych alkoholem zrabowanym w sklepach. Brutalnie bijąc kolbami wiernych popędzili ich w stronę rezerwatu. Podobno Duży Niedźwiedź nie chciał dopuścić do najgorszego. Ale Wędrujący Duch był żądny krwi...

Słodycz zabijania

Pierwszy umarł Tomasz Quinn, agent rezerwatu, Metys ożeniony z Indianką. Powaliła go kula z winchestera Wędrującego Ducha; inny wojownik dobił go strzałem w głowę.

Potem śmierć zabrała Karola Gouina, cieślę, również Metysa. Towarzysze niedoli zapamiętali jego nadzwyczajny spokój, po spowiedzi jaką odbył u ojca Marchanda.

Trzeci zginął Jan Gowanlock, kupiec. Przybył do Frog Lake niedawno, planował zbudować tu młyn.
Powietrze pachniało prochem, wciąż rozlegał się grzmot wystrzałów. Śmiertelnie ranny Jan Delaney – instruktor rolny i przyjaciel Indian - teraz umierał w ramionach żony. Obok przyklęknął ojciec Leon Fafard, odmawiając modlitwę za konających. Pani Teresa Delaney ujrzała, że stojący tuż obok czerwonoskóry unosi strzelbę do ramienia. Była przekonana, że ta kula przeznaczona jest dla niej.

Zacisnęła powieki...

Usłyszała strzał, a potem łoskot walącego się ciała. Otwarła oczy. To padł ojciec Leon trafiony w plecy. Zaraz potem inny napastnik wypalił mu z rewolweru w głowę.

Drugi z misjonarzy, zaledwie 26-letni ojciec Feliks Marchand stanął w obronie napastowanej kobiety. Zasłonił ją własnym ciałem. Wędrujący Duch podbiegł do niego, podniósł karabin, wycelował. Ojciec Feliks osunął się na kolana. Modlił się... Strzał rzucił nim o ziemię, kula rozerwała gardło. Umierał długo, w męczarniach.

Kule zabójców dosięgły Jana Williscrafta – zakrystianina rodem z Irlandii; następnie sprzedawcę Williama Gilchrista i kupca Jerzego Dilla.

Z rezerwatu nadbiegła większa liczba Indian. Byli przerażeni krwawym dramatem. Jakoś zdołali powstrzymać Wędrującego Ducha i jego szaleńców; zdołali uratować 70 białych i metyskich sąsiadów. Niestety, dla dziewięciu pomoc przybyła zbyt późno.

Ognisty jeździec

Napastnicy złupili kościół, rozbili tabernakulum, znieważyli Najświętszy Sakrament. Ocaleli mieszkańcy z największym szacunkiem pozbierali porozrzucane i podeptane Hostie.

W Wielką Niedzielę najeźdźcy wycofali się z Frog Lake. Przed odejściem podpalili kościół. Świadkowie opowiadali, że ognista łuna i chmura dymu z płonącej świątyni przybrały postać krzyża, który następnie przeistoczył się w jeźdźca. Wielu czerwonoskórych odczytało to jako zły omen. Podniebny jeździec miał surowe oblicze.

Grupa Dużego Niedźwiedzia pospieszyła na spotkanie wojsk Riela, znacząc swój szlak pożogą i rabunkami. Grabili zarówno białych, jak i czerwonoskórych. Nie wpłynęło to korzystnie na poparcie dla rebelii. Ogromna większość Indian Kanady, na czele z potężnym plemieniem Czarnych Stóp, odmówiła przyłączenia się do walki. Sekciarstwo „proroka” Riela zraziło do jego sprawy również katolickich Metysów. Indiańscy i metyscy rebelianci zdołali wystawić zaledwie pięć setek zbrojnych. Po kilku potyczkach z wojskiem poddali się.

Odkupienie

Podczas buntu zginęło ogółem 104 osoby**. Późniejsze represje nie były masowe, jednak kilkudziesięciu przywódców rewolty oraz uczestników napadów na ludność cywilną stanęło przed sądami. Ludwik Riel został uznany winnym zdrady Korony i skazany na śmierć. Przed egzekucją pojednał się z Bogiem i odwołał swe heretyckie błędy. Zginął na szubienicy 16 listopada 1885 r. Klapa zapadni otwarła się w momencie, gdy Ludwik ze spokojem odmawiał Pater noster.

Jedenaście dni później stracono ośmiu Indian winnych morderstw cywilów, w tym sześciu uczestników masakry w Frog Lake. Indiańscy skazańcy wystąpili odważnie, śpiewając wojenne pieśni i wznosząc okrzyki przeciw białym. Tylko jeden zachował milczenie. Był to Wędrujący Duch.

Wojenny wódz Kri z Równin szedł na spotkanie ze śmiercią w ciszy, zamyślony, jakby nieobecny. Nie był już tym samym człowiekiem, który kiedyś zachwycał się słodyczą zabijania; który poprowadził swych ziomków do rabunków i mordów. W więziennej celi doznał łaski nawrócenia. Po serii rozmów z kapelanem przyjął chrzest jako wierny Kościoła rzymskokatolickiego. Otrzymał imię Józef.

Teraz wstępował na stopnie szubienicy, ze spokojem przyjmując zasłużoną karę. Miał świadomość, że łaska chrztu zmyła zeń całe popełnione zło.

http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1131/wzrastanie-nawrocenie-wedrujacego-ducha/?print=1

poniedziałek, 14 października 2013

dzień z życia Nawaho


Rose sprzedaje ostatni tego dnia przedmiot wykonany rękami Nawahów. Słońce późnego popołudnia domalowuje Wielkiemu Kanionowi w amerykańskim stanie Arizona różowe pasy. Jej stragan, znajdujący się przy drodze do Kanionu- najwspanialszego cudu natury, a Ameryce Północnej- daje niezłe dochody.
Na stole przed Rose leży duży wybór srebrnej biżuterii z turkusami. Wzory są tradycyjne i nowoczesne. Wyroby Nawahów można uważać za symboliczne dowody przenikania się tradycji wszystkich Amerykanów, zarówno rdzennych, jak i przybyłych tu niegdyś zza oceanu.

Rose ma na sobie pulower i spodnie, jej synek Chuck, ubrany w T-shirt i dżinsy, manipuluje przy własnym radiu stereofonicznym. Rose dorastała w rezerwacie, wśród ludzi, którzy nie dostosowali się jeszcze do stylu życia narzucanego im przez obcych.
Ziemie rezerwatu, pozostawiony Nawahom skrawek płaskowyżu, nie mogły zapewnić temu półkoczowniczemu ludowi takiej egzystencji, jaka była ich udziałem w przeszłości – gdy na rozległych obszarach wypasali swoje stada.

Życie jest teraz w pewnym stopniu łatwiejsze. Kongres uznał prawa rdzennych Amerykanów do samostanowienia
i posiadania własnej ziemi. Wielu z nich znajduje pracę poza rezerwatami. Jednak wielu Nawahów wraca do rezerwatów,
w których można znaleźć coraz więcej zajęć.
Mąż Rose, Jack, jest kierowcą na dużej farmie nastawionej na hodowlę bydła. Otrzymują także niewielki dochód z udziałów w kopalni minerałów, wydzierżawionej działających na ziemiach Nawahów spółkom z zewnątrz; przemysłowcy mogą tę ziemię jedynie dzierżawić, nigdy nie będą mieli prawa jej wykupić.

Rose i Jack zbudowali w rezerwacie schludny drewniany dom. Nawahowie wierzą, że ziemia jest istotą żywą – gdy się
z niej coś wydziera, to jakby się niszczyło część siebie. Chronią więc tę jałową ziemię i łąki przed nadmierną eksploatacją.
W ich domu nie ma instalacji wodnej ani łazienki. Wodę dowozi im cysterna, a sanitariat zbudowany jest na zewnątrz.

Wieczorami Rose wyrabia biżuterię. Opowiada przy tym synkowi – w języku Nawahów – legendy o sławnych wodzach swego plemienia i o duchach gór. Chuck zna je także ze szkoły, której nauczyciele i uczniowie są rdzennymi Amerykanami. Program nauczania jest zbliżony do tego, jaki przerabiają uczniowie szkół publicznych. Rose żywi nadzieję, że pewnego dnia jej syn wstąpi na jakaś uczelnię, lecz nie zatraci tożsamości Nawaha.
Gdy Chuck jest już w łóżku, Rose i Jack mają wreszcie trochę czasu na rozmowę. Zastanawiają się, w jaki sposób naród Nawahów mógłby najkorzystniej gospodarować swoją ziemią w nowoczesnym świecie. Wygrali już wiele bitew o zachowanie swych praw i terytorium.

http://www.whynotfly.pl/dla-podroznikow/ciekawe-oblicze-swiata/art,7,dzien-z-zycia-rodziny-indian-nawaho.html

sobota, 12 października 2013

*** (Żyjesz...)



Żyjesz
 i żyje
żyje siostra twa
i żyje mój brat.

Ma krew
twa krew
zmieszane
jak maku kwiat.

Mo oddech
twój oddech
szemrzą
jak w gałęziach wiatr.

Mój lęk
twój lęk
silny
jak sarny przed wilkiem strach.

Moje marzenia,
twoje marzenia
wzbijają się
jak pod niebo ptak.

Ma śmierć
twa śmierć
będzie
jak zachód słońca

Z jednego wyszliśmy
do jednego zmierzamy
jesteśmy połączeni
jak niebo i gwiazdy.

wtorek, 8 października 2013

Wierzenia Indian - ICAGA


jest to wiara Dakotów w siłę wzrostu. Ludzie powinni widzieć siebie jako część natury i wszechświata, jeśli tego nie robią, tkwią w iluzji i psychicznej izolacji. Aby uwolnić się z tego stanu powinniśmy wyzwolić w sobie współczucie dla innych ludzi, a także dla natury, gdyż nic nie jest doskonałe, to my również nie będziemy nigdy w stanie osiągnąć pełni doskonałości, mimo to samo dążenie do ideału jest ścieżką do wolności i podstawą wewnętrznego ładu. Indianie zachęcają, by choć  jeden dzień i jedną noc spędzić w odosobnieni, na modlitwie i kontakcie z naturą, która będąc dziełem Stwórcy, jest jego najwspanialszą świątynią. Niegdyś Indianie udawali się w odosobnione miejsce na 4 dni, w czasie tym nie jedli i nie pili. Jednak nawet jedna noc w skupieniu, ciszy i spokoju, pozwala poczuć nam duchowe więzy, łączność i przynależność do natury. Aby to osiągnąć nie możemy przeszkadzać sobie żadnymi przyziemnymi troskami, nie możemy z góry zakładać czego oczekujemy. O zachodzie słońca obserwujmy zachowanie zwierząt, z którymi dzielimy się naszym domem - ziemią.
"Może zobaczysz sowę, lub ją usłyszysz? A może masz szczęście i zobaczysz jelenia lub zająca? Kiedy obserwujemy naturę nasze rozprasza się i jesteśmy jej cząstką" - mówi Eagl Man, Indianin Dakota
Dzięki odosobnieniu mamy czas, aby pomyśleć dlaczego żyjemy? Jaki cel postawił przed nami Stwórca, natura, los? Nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi, gdyż każdy z nas jest inny, każdy ma własną odpowiedź, każdy musi ją sam odnaleźć.
Gdy Indianie czują się samotni, słabi i zagubieni, zwracają się do drzew, ptaków i innych stworzeń, które są im braćmi o siostrami, niosącymi przedwieczną mądrość. Zwracają się do swego wnętrza. I słuchają tego, czego większość białych ludzi nie słyszy. Indianie słuchają ciszy...

na podstawie Otwarta rana Ameryki - A Ziółkowska-Boehm

poniedziałek, 7 października 2013

Kartka wyrwana z pamiętnika, czyli myśli o Native Americans



"Brak zrozumienia między kulturami jest wynikiem wszystkich pozostawionych bez odpowiedzi pytań, zalegających między pokoleniami."

Muzyka indiańska jest głosem, który nie pozwala zapomnieć o przeszłości i zapewnia o trwaniu w przyszłości.

"Nie możemy zabijać wszystkiego czym jesteśmy tylko po to, by przetrwać"
cienie pojętnych

W tym oto miejscu leżymy martwi, 
gdyż nie chcieliśmy żyć
hańbiąc ziemię, 
z której wyrośliśmy"
Jutro

Jak można się z tego śmiać?
Niech każdy będzie sądzony za jego czyny,
ja zapłaciłem cenę,
by żyć na własnych warunkach.
Jutro

sobota, 5 października 2013


Barwne motyle, co tańczą
w zachodu ostatnich płomieniach,
podziwiane,
obojętnie mijane,
taniec co modlitwą
szmerem skrzydeł brzmiącą
do słońca,
by nad szczyty wróciło,
do świata,
do Boga,
by mu pozwolone było 

piątek, 4 października 2013

Kartka wyrwana z pamiętnika, czyli myśli o Native Americans



Mitakuye Oyasin to nauka, która daje siłę, gdy odkryjemy w sobie powiązanie ze wszystkim, co żyje, gdy pozwolimy by nasz oddech stał się częścią oddechu świata, gdy poczujemy, że krew w naszych żyłach krąży jak soki w drzewie to znajdziemy w sobie przedwieczny spokój i harmonię natury, a siła życia, siła natury, będzie płynąć wraz z krwią w naszych żyłach.

Indiańska filozofia życia, to filozofia pełna pozytywnej myśli.

Gdyby do mojego kraju przybył obcy naród, zabrał mi ziemię, budowałby na niej swoje miasta, wysłał przeciw mojemu narodowi swoje wojsko, to mielibyśmy prawo walczyć, zabijać i niszczyć to co należy do wroga. Indianie również mieli to prawo, dlaczego więc sądzono białym prawem powstańców z Minnesoty i dlaczego skazano ich na najgorszą z kar, i dlaczego nagradzano żołnierzy za walki z Indianami???

Honoru i pamięci o przeszłości nigdy nikt poza tobą samym ci nie odbierze. A godność człowieka pozostanie na zawsze.

środa, 2 października 2013

Indianie w językach świata cz. 1




afrikaans -Indiërs

albański - Indians

arabski - الهنود

azerski - Indians

baskijski - indioak

bengalski - ইন্ডিয়ানস
białoruski - індзейцы

bośniacki - Indijanci

bułgarski - индианците

cebuański - Indian

chiński tradycyjny - 印度人
chiński uproszczony - 印度人

chorwacki - Indijanci

czeski - Indové

duński Indians

esperanto - baratanoj

estoński - indiaanlased

filipiński - indians

fiński - Indians
francuski - Indiens
galicyjski - indios

niedziela, 29 września 2013

Wolność


Prosta jak strzała,
dumna jak wojownik
z podniesioną głową
szła nucąc pieśń zwycięstwa.

Nie związali jej 
nie zakneblowali
otoczyli iluzoryczną granicą

A ich jedynym snem
jej upadek i śmierć
i plują na hańbę jej w twarz

Rzucają ja na kolana
a ona wstaje
póki żyje w miłości swych dzieci


Prosta jak strzała,
dumna jak wojownik
z podniesioną głową.

sobota, 28 września 2013

Szalony Koń- dzisiaj???


A gdyby Tashunca Witko żył dziś, ze swymi ideałami,niezłomnością ducha. Kim by był? Jaki by był? Pewnie całe życie spędził by w rezerwacie, nienawidził przecież białych, jak mógłby żyć w ich miastach.Prawdopodobnie nosiłby długie włosy jak przodkowie i robił wszystko by pokazać światu swoją odmienność, swoją "indiańskość", pokazać to, że gardzi światem białych i, że to on zna prawdziwe ideały. Pewnie często odwiedzałby swoje ukochane góry. Tylko czyj pomnik by wtedy wykuwano? Siedzącego Byka? Moim zdanie =m to on byłby w stanie najgodniej zastąpić swego współplemieńca.. Tashunca Witko brałby pewnie udział w powwow, działał w jakiejś indiańskiej organizacji. Z czasem zostałby może wodzem, choć może w późniejszym wieku niż w rzeczywistości. No i może jego życie byłoby szczęśliwsze, przecież raczej nikt nie zabiłby mu w rezerwacie brata, nie zginęli by jego przyjaciele, jego córeczka byłaby wyleczona. Ale pewni nadal byłby samotnikiem, zakochanym w swej ziemi, ludzie i Black Hills, gdzie wybrałby się by dostąpić wizji. Może poprowadził by Lakotów do lepszego jutra. Ale wtedy kto byłby ideałem i bohaterem tych licznych, którzy go kochają i podziwiają

shania