niedziela, 19 maja 2013
piątek, 17 maja 2013
czwartek, 16 maja 2013
Legendy Indian: Gluskapi i Malsum
Legenda Indian Algonkinów
Gluskapi i jego brat wilk Malsum byli bliźniakami. Ich matka zmarła przy porodzie. Z jej ciała Gluskapi stworzył Słońce, Księżyc, zwierzęta, ryby i ludzi. Jego złośliwy brat Malsum zrobił góry, doliny, węże i wszelkie uciążliwości dla ludzi. Bracia byli prawie że nieśmiertelni. Istniały bowiem sposoby aby ich zabić. Malsum spytał Gluskapiego co może spowodować jego śmierć. Gluskapi odpowiedział szczerze, że kontakt z sowimi piórami lub z kwitnącym sitowiem może być dla niego śmiertelny. Malsum ze swojej strony przyznał, że tylko uderzenie korzeniem paproci może go zabić. Złośliwy i podstępny wilk zaraz wziął swój łuk i ustrzelił sowę. Piórem wyrwanym ze skrzydła ptaka dotknął śpiącego Gluskapiego. Gluskapi zmarł od razu ale ze złości na Malsuma obudził się ponownie do życia. Wilkowi tajemnica brata nie dawała spokoju, przy najbliższej okazji postanowił go zniszczyć. Gluskapi wyjaśnił mu, że może umrzeć tylko przez uderzenie korzeniem sosny. Śmiejąc się popędził Malsuma do lasu. Sam zaś przeprawił się przez rzekę mrucząc do siebie:
-Tylko kwitnące sitowie może mnie zabić-
Ale tylko tak mówił bowiem wiedział, że Quah-beet wielki bóbr siedział ukryty na brzegu i słyszał jego słowa. Bóbr zaraz udał się do Malsuma by zdradzić mu swą wielką tajemnicę. Prosił by Malsum dał mu skrzydła takie jak u gołębia. Złośliwy wilk szydził z Quah-beeta wołając:
-Hej, ty z ogonem jak pilnik po co ci skrzydła?-
Na to zezłościł się bóbr i poszedł do Gluskapiego. Powiedział mu, że Malsum zrobił sobie z niego żarty. Teraz zdenerwował się na brata Gluskapi. Poszedł w głąb lasu, wykopał z poszycia korzeń paproci, odnalazł swojego wiarołomnego brata i zabił go.
Gdy Gluskapi skończył formować świat stworzył ludzi i małe nadprzyrodzone istoty jak np. karły i czarodziejki. Ludzi uformował z pnia jesionu a elfy z kory. Wytresował dwa ptaki by przynosiły mu informacje z całego świata. Wybrał białego i czarnego wilka na swoje sługi. Był wtedy często nieobecny, ponieważ prowadził gwałtowne i niszczące wojny przeciwko złym potworom nawiedzającym świat. Takie same wojny prowadził przeciwko czarodziejom i czarownicom wyrządzającym ludziom szkody. Wyrównał pagórki, podporządkował sobie prawa natury. Zrobił się tak wielki jak olbrzymy. Ale dla ludzi był dobry, pobłażliwy i z humorem patrzył na ich słabostki. Pewnego razu wziął się za olbrzymiego czarodzieja Win-pe, potężną i wpływową postać mieszkającą wtedy na ziemi. Win-pe zrobił się tak wielki jak najwyższe drzewa w lesie ale Gluskapi uśmiechnął się i zrobił jeszcze większy sięgając aż do gwiazd. Następnie dotknął lekko czarodzieja swym łukiem z pnia, nadepnął go i zabił. I mimo, że Gluskapi zniszczył dużo potworów i złych mocy, ludzie nie stawali się lepsi i mądrzejsi. Wręcz przeciwnie, im więcej dla nich czynił, tym gorsi się stawali. Osiągnęli w końcu taki stopień zła, że Gluskapi postanowił opuścić świat na zawsze. Jednak istoty te nie były mu obojętne. Zdecydował dać im jeszcze jedną szansę. Ogłosił, że w ciągu następnych 7-miu lat spełni każde ich życzenie. Wielu chciało skorzystać z tej propozycji ale było to bardzo trudne, gdyż nie było łatwo odnaleźć miejsce pobytu Gluskapiego. Tych, którzy go znaleźli i prosili o rozsądne rzeczy hojnie nagradzał ale tych, którzy prosili o niemądre rzeczy surowo karał. Czwórka Indian, która wyruszyła na poszukiwanie miejsca zamieszkania Gluskapiego dotarła do ziemi tak pięknej, że stanęli zachwyceni. Gluskapi spytał z czym do niego przychodzą. Pierwszy powiedział, że ma złe serce i łatwo wpada w złość. Chciałby stać się łagodnym i pogodnym. Drugi, że jest biednym człowiekiem a chciałby stać się bogatym. Trzeci, że jest niskiego stanu i jego krewni w plemieniu pogardzają nim. Chciałby być przez wszystkich poważanym i szanowanym. Czwarty był zarozumiałym mężczyzną. Chociaż był wielki wypchał skórą swoje mokasyny by robiły wrażenie jeszcze większych. Chciał być największym w plemieniu i żyć sto lat. Gluskapi wyjął ze swojego czarodziejskiego worka 4-ry zawiniątka i dał każdemu o co prosił. Powiedział, że mogą je otworzyć dopiero gdy przybędą do domu. Kiedy trzej pierwsi wrócili do domu i otworzyli swe zawiniątka znaleźli w środku maść o cudownym zapachu. Po nasmarowaniu się maścią zły człowiek stał się pogodnym i cierpliwym, biedny stał się dość szybko bogatym a pogardzany stał się poważanym i szanowanym. Czwarty podczas swego powrotu zatrzymał się w rzadkim lesie. Rozwinął swoje zawiniątko i posmarował się maścią. Jego życzenie również się spełniło ale nie w taki sposób jaki oczekiwał. Został zamieniony w sosnę, gatunek wysokiego rosnącego sto lat drzewa.
poniedziałek, 13 maja 2013
niedziela, 12 maja 2013
piątek, 10 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Legendy Indian: Gluskapi i niemowlę
Legenda Indian Algonkinów
Gluskapi zwyciężył już między innymi Kewawkqu-rasę olbrzymów, Medocolins-przebiegłych i chytrych czarodziejów oraz Pomola-złego ducha nocy. Poczuł się z tego powodu bardzo potężnie. Chełpił się przed pewną kobietą, że może wszystkich pokonać. Ale kobieta uśmiechnęła się i powiedziała:
-Jesteś pewny mistrzu? Wielu chciało go pokonać i nikt go jeszcze nie zwyciężył. -
Zaskoczony Gluskapi chciał się dowiedzieć jak nazywa się ta osoba.
-Nazywa się Wasis-powiedziała kobieta-ale nie radzę ci mierzyć się z nim. -
Wasis był tylko niemowlęciem. Siedział na ziemi i ssał kawałek klonowego cukru mrucząc prostą melodię. Gluskapi nigdy nie był żonaty więc był kompletnie niedoświadczony w obchodzeniu się z dziećmi. Z całą ufnością i radością poprosił dziecko aby do niego podeszło. Dziecko uśmiechało się, ale ciągle siedziało na miejscu. Gluskapi więc przepięknym głosem dokładnie naśladował głos ptaka. Ale Wasis nie zwracał na niego żadnej uwagi dalej ssąc swój cukier. Gluskapi do czegoś takiego nie był przyzwyczajony. Zezłościł się i strasznie groźnym głosem powiedział Wasisowi aby do niego podszedł. lecz Wasis zaczął tak głośno krzyczeć, że górował nawet nad słowami Gluskapiego ale nie ruszył się ze swojego miejsca. Gluskapi był bardzo wściekły, poruszył wszystkie swoje magiczne sztuczki. Wypowiadał straszliwe czarodziejskie zaklęcia i okropne egzorcyzmy. Śpiewał pieśni, wskrzeszał zmarłych i wypędzał z głębokich ciemności złe moce. Ale Wasis myślał oczywiście, że to zabawa. Zmęczony już śmiechem patrzył na to znudzony. Zrozpaczony Gluskapi wypadł z szałasu a Wasis ciągle siedząc na ziemi triumfalnie wołał:
-Gugu-
I do dzisiaj jeszcze Indianie utrzymują, że kiedy dziecko woła „Gugu” przypomina czasy gdy Gluskapi chciał je pokonać.
środa, 8 maja 2013
Indianie Wrony i konie
Wrony są być może najzasobniejszym w konie narodem na wschód od Gór Skalistych .
Posiadanie przez jedną rodzinę 100 tych zwierząt nie jest rzeczą niezwykłą. Większość mężczyzn w średnim wieku ma ich od 30 do 60. Jeżeli ktoś nie posiada ich co najmniej 20 mówi się , że jest biedny Również Czarne Stopy posiadają wiele koni co jest przyczyną niekończącej się wojny. Rzadko zdarza się , by minął tydzień podczas którego duże ich ilości nie byłyby wykradzione przez oddziały wojenne którejś ze stron.
Podczas tych napadów rabunkowych giną ludzie , co z kolei wymaga zemsty ze strony tracącego danych wojowników plemienia. Podczas jednego lata , bądź tez zimy setki zwierząt zmieniają w ten sposób właściciela. Większa cześć czasu członków każdego z plemiona wypełniona jest bądź pilnowaniem własnych koni bądź próbami zdobycia zwierząt wroga.
Wrony dobrze opiekują się swymi końmi przynajmniej na tyle na ile jest to możliwe w ich wędrownym trybie życia .Zajmują się nimi więcej niż jakiekolwiek inne plemię zamieszkujące terytorium północno - zachodnie , z wyjątkiem Gros Ventres.
Często odprowadzają je o 10 -12 mil od obozu , gdzie konie są pojone i pilnowane przez stacjonujących tam młodych ludzi .Strażnikami koni są młodzi mężczyźni w wieku od 15 do 25 lat, którzy pilnują tylko koni należących do swojej rodziny .
Gdy obóz rozbity jest na granicach terytorium nieprzyjacielskich lub przewidywana jest obecność wrogich oddziałów wojennych , najlepsze konie zabierane są do obozu i przywiązywane u wejść do namiotów by mogły służyć w pogoni w razie gdyby reszta zwierząt została nocą skradziona. Ludzie ci żyją w ciągłej świadomości , że mogą utracić wszystkie konie, będące całym bogactwem , na rzecz wojowników otaczających plemion , w szczególności Siuksów i Czarnych Stóp.
Podczas pisania tej książki ( luty 1856 r ) oddział Czarnych Stóp skradł 70 koni z obozu Wron znajdującego się u ujścia Yellowstone. Dokonali tego wcześnie w nocy więc Wrony nie wiedziały o kradzieży aż do około 10 rano następnego dnia około której to strażnik poszedł doglądnąć zwierząt . Jak tylko odkryli rabunek , 100 wojowników ruszyło w pogoń , każdy jadąc na rączym koniu i prowadzać drugiego luzem Czarne Stopy miały noc przewagi , ale konie musiały torować sobie drogę w głębokim śniegu przez co stracili dużo czasu , natomiast pogoń skorzystała z utorowanego przez nich szlaku Przez 3 dni i 2 noce Wrony kontynuowały pogoń pozostawiając po drodze zmęczone konie i dosiadając te ciągnięte luzem Pod koniec drugiego dnia również zapasowe zwierzęta opadły z sił więc Indianie kontynuowali pogoń pieszo .
Członkowie obu grup nic nie jedli , nie pili i nie spali oraz narażeni byli na ogromny chłód. Była to pogoń życia i śmierci więc nie było czasu do stracenia . O zmierzchu trzeciego dnia Wrony zbliżyły się do wrogów ,którzy głodni i znużeni zatrzymali się , zabili bizona i przygotowywali sobie posiłek . Jako środek ostrożności odprowadzili konie kilka mil dalej i me będąc świadomi bliskości ścigających przygotowywali się do spędzenia milej nocy wokół ognia. Pod osłoną ciemności i drzew porastających brzegi Yellowstone , Wrony zbliżyły się do ich obozu. Musieli jednak nadłożyć kilka mil do miejsca , gdzie znaleźli swoje spokojnie pasące się konie , które odzyskawszy odprowadzili na pewną odległość od ognisk wrogów. Dokonawszy tego niektórzy chcieli zaatakować Czarne Stopy nocą jednak przywódca poczekał do świtu kiedy , jak się spodziewał ruszą om w różnych kierunkach by połapać konie. To pozwoliłoby na zabicie wroga bez narażania się na niebezpieczeństwo. Było jak przewidział. Wczesnym rankiem dwóch mężczyzn udało się szlakiem koni i zbliżyło się do miejsca , gdzie oczekiwali ich wojownicy Wron. Zaatakowali ich. Jeden uciekł , a drugi próbował oddać strzał lecz został pchnięty nożem oskalpowany na żywca i potem zabity. Wojownicy Wron nie próbowali się mścić na reszcie , osiągnęli to czego oczekiwali - odzyskali konie i zabili wroga nie tracąc nikogo z własnego oddziału , co jest większym osiągnięciem niż zabicie kilku wrogów ze stratą kogoś ze swoich Takie potyczki i pogonie mają miejsce w pobliżu obozów Wron i Czarnych Stop niemal codziennie , zarówno latem jak i zimą. Podczas jednego roku więcej niż 1000 osób ginie po każdej ze stron. Gdy oddziały są silne , dochodzi do groźnych bitew podczas których każda strona traci 50 do 100 wojowników , gdy jednej z nich uda się dogonić drugą. Lecz często udaje im się ujść z końmi bez strat , szczególnie w lecie , gdy niełatwo posuwać się tropem w szybkim tempie lub gdy duże oddziały wojenne napadają na małe obozowiska. Jakiekolwiek straty w koniach ponoszą Wrony wynagradzają im to coroczne wędrówki do Płaskich Głów i Nez Perce , z którymi wymieniają broń , koce itd. Gdy wracają sytuacja się powtarza , jako że Czarne Stopy będąc czterokrotnie liczniejsi niż Wrony również zyskują na tych wyprawach. Z tego i innych powodów liczba Wron staje się stopniowo się zmniejszać. Assimboini zaopatrują się w konie kradnąc je Czarnym Stopom, a Siuksowie z kolei zabierają je Assmiboinom. W taki sposób biedne zwierzęta są gnane od jednego narodu do drugiego , często wracając kilkakrotnie do swych pierwotnych właścicieli .To , wraz z nagonkami na bizony i przenoszeniem obozów szybko je wymęcza. Wrony szacują wartość swych koni od 60 do 100 dolarów a np. zwierzęta Czarnych Stóp można nabyć za sumę od 20 do 60 dolarów.
Ważne jest znaczenie koni w tej historii , jako że wyjaśnia jedną z głównych przyczyn niekończącej się wojny miedzy plemionami ,która musi prowadzić do całkowitego ich wyginięcia. Bez koni Indianie nie są w stanie utrzymać swych rodzin pozostając łowcami Muszą je posiadać lub głodować . Plemiona mające ich niewiele zdobywają je od tych mających ich dużo, a mniejsze narody , na skutek częstotliwości wypraw rabunkowych stają się tak mało liczebne , ze stają się łatwą zdobyczą dla silniejszych. W takiej sytuacji są obecnie Wrony , którzy mimo wystarczającej odwagi z trudem mogą chronić zwierzęta , które posiadają . Mniejsza tez ich liczba wymusza by zdobyć je od wrogów Jednakże robią to i wobec lego liczebność ich maleje.
poniedziałek, 6 maja 2013
niedziela, 5 maja 2013
sobota, 4 maja 2013
stowarzyszenia Indian Crow
Absaroka (Wrony) mieli inny punkt widzenia na stowarzyszenia wojowników niż blisko spokrewnieni z nimi Hidatsa . By przystąpić do stowarzyszenia trzeba było się "wkupić", wiek zaś grał drugorzędną rolę. Wstępowało się tam poprzez zaproszenie, czasami sam pretendent wywierał presję by go przyjęto (poprzez dawanie prezentów odpowiednim osobom). W czasach gdy Maxymilian przebywał wśród Crow najważniejszym stowarzyszeniem byli Bulls (Byki), kilka lat później stowarzyszenia Lumpwoods i Fox (stowarzyszenie Lisa) rywalizowały o tą pozycję. Było regułą, że mężczyzna przystępujący do stowarzyszenia zostawał tam do końca życia i dlatego członkowie większości stowarzyszeń byli to ludzie w różnym wieku. Inicjacja do stowarzyszeń była wolna od "opłat", ryzyko podejmowane przez członków w walkach było wystarczająca opłatą.
PO 1870 roku Crow otrzymali od Hidatsa Hot Dance (Taniec Gorący) i Crazy Dog Dance (Taniec Szalonego Psa). Dla odróżnienia od oryginalnego Crazy Dog Dance otrzymanego od Hidatsa swój nazwali Long Crazy Dog Dance (Taniec Długiego Szalonego Psa).
Crow będąc członkami stowarzyszeń religijnych takich jak Stowarzyszenia Tytoniowe czy Świętej Fajki nie stosowali reguł obowiązujących w tych stowarzyszeniach do stowarzyszeń wojowników lub tanecznych. Sytuacja uległa zmianie w czasach gdy otrzymali od Hidatsa Crazy Dog Dance i Hot Dance. Od tego czasu "sprzedawali" swe usługi wewnątrz stowarzyszeń (jak to było w zwyczaju stowarzyszeń religijnych), lecz nadal nie wymagali opłat za inicjację. W rzeczywistości poprzez dawanie prezentów namawiali wpływowe osoby do przystąpienia do danego stowarzyszenia. Wraz z utworzeniem nowych stowarzyszeń niektórzy należący do starych stowarzyszeń wstępowali zarazem do nowych. Wcześniej wolno było należeć tylko do jednego ze stowarzyszeń
MUDDY HANDS I FOXES
Wcześni pisarze nie wspominają o Muddy Hands (Ubłocone Ręce) u Crow, ale było to swego czasu bardzo ważne stowarzyszenie. Najprawdopodobniej jego członkami byli starzy mężczyźni. Gdy stowarzyszenie istniało około 50 lat (1865-1870) przyjęli zaproszenie przyłączenia się do Fox (stowarzyszenia Lisa). Jedną z cech charakterystycznych dla Fox było to, że rzadko wygaszali oni ogień-reprezentujący wroga. Gdy grupa opuszczała dane miejsce bardzo odważny wojownik mógł wrócić i zgasić ogień jednocześnie składając przed samym sobą przyrzeczenie że nigdy nie ucieknie przed wrogiem. Ozdoby głowy (roache) Fox były wzorowane na roachach plemion leśnych. To wyróżniało stroje Fox od strojów innych stowarzyszeń. Jest to prawdopodobnie to samo stowarzyszenie, które Maxymilian nazywał Prairie Foxes (Preriowe Lisy). Fox tańczyli w półkolu, zaczynali z lewej strony półkola i tańczyli-skakali na obie nogi. Przed dołączeniem do Fox Muddy Hands tańczyli w zupełnie inny sposób. Dwóch członków (Muddy Hands) ubierało wojenne stroje i trzymając w rękach broń "podjerzdżali" od wiszącej na wbitej w ziemię tyczce skóry bizona (reprezentanta wroga) i uderzali w nią swą bronią. Następnie przedstawiali swoje wojenne wyczyny
http://indianie.kolba.eu/nr2.shtml
piątek, 3 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
Legendy Indian: Jak Gluskapi pochwycił lato
Legenda Indian Algonkinów
Ta stara piękna historia opowiada o tym jak Gluskapi pochwycił Lato.
Od dłuższego już czasu Gluskapi wędrował daleko na północy po lodowej krainie.Gdy zrobił się zmęczony i głodny postanowił schronić się w wigwamie zamieszkałym przez potężnego olbrzyma Zimę. Przyjęto gościa bardzo serdecznie i podano mu fajkę nabitą tytoniem. Zima zabawiał go uroczą historyjką z dawnych czasów pykając przy tym swoją fajkę. Monotonne opowiadanie wywołało lodową atmosferę, która ogarnęła Gluskapiego swym czarem i został uśpiony. Zapadł w głęboki sen- sen zimowy. Spał sześć długich miesięcy, po których gdy czary i mróz ustąpiły obudził się. Udał się w drogę powrotną do domu. Szedł daleko na południe aż zrobiło się tak ciepło, że kwiaty zaczęły kwitnąć dookoła. Doszedł w końcu do tajemniczego lasu, w którym pod starymi drzewami tańczyło dużo malutkich ludzi. Władczynią tego ludu była Lato niezwykle piękna, również bardzo mała istota. Gluskapi pochwycił ją w swoją dużą dłoń. Lassem zrobionym z łosiowej skóry okręcił delikatnie jej ciało i zaczął uciekać ciągnąc ją za sobą. Delikatna istotka biegła z tyłu przeraźliwie wrzeszcząc i szarpiąc za lasso. Gluskapi biegł jednak dalej. Ponownie dotarł na północ i udał się do wigwamu Zimy. Olbrzym przyjął go jak poprzednio bardzo gościnnie i począł opowiadać mu starą historię. Ale teraz Gluskapi był dobrze przygotowany. Lato leżała na jego piersi i emanowała taką siłą i gorącem, że te potężne czary spowodowały u Zimy pierwsze oznaki wyczerpania. Pot spływał mu obwicie z twarzy i powoli zaczął się topić. Zaczęła się również topić jego czapa. Natura wokoło poczęła się budzić i ożywało wszelkie ćwierkające ptactwo. Zielone trawy wschodziły a zwiędnięte ostatniej jesieni liście spłynęły z odwilżą w dół rzeki. Gdy nastała wreszcie nowa pora Gluskapi uwolnił Lato i pozwolił jej wrócić na południe.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
niedziela, 28 kwietnia 2013
sobota, 27 kwietnia 2013
Wojenny ścieżka Indian - uderzenia
W dawnych czasach, jeszcze przed podbojem, zwraca uwagę fakt, że dla pewnych plemion Równin wojna była najistotniejszą sprawą. Wśród wojennych zwyczajów, szczególnie dwa z nich zostały najlepiej poznane i opisane. Są to skalpowanie i zaliczanie uderzeń. Pomimo tego, iż poświęcono im dużo miejsca, są one na ogół źle rozumiane a ich książkowe wytłumaczenie jest bardzo trudne. Istnieje dużo błędnych sądów na ten temat, które trudno naprawić, ponieważ zwyczaje te od dawna nie są praktykowane i znane są one obecnie tylko bardzo starym ludziom.
W periodyku zajmującym się sztuką użytkową Indian północnoamerykańskich, można było przeczytać:
„Dawniej, największym osiągnięciem dla Indianina było zdobycie skalpu, lecz wraz z pojawieniem się broni palnej, zabijanie stało się dużo łatwiejsze i duża ilość takich trofeów straciła na wartości. Indianie zaczęli wtedy uważać, że chwalebniejszym czynem będzie dotknięcie ciała wroga laską uderzeń podczas bezpośredniej walki z wrogiem.”
W jednej z książek o Indianach napisano: „Zwycięstwo wojownika uwarunkowane było od spełnienia jednego z trzech warunków: jeżeli zabił wroga, oskalpował go lub był pierwszym, który dotknął wroga żywego lub martwego. Były to czyny, które sprawiały, że mężczyzna stawał się wojownikiem i mógł się tymi czynami publicznie chwalić, a bycie pierwszym, który dotknął wroga było uważane za czyn największy, możliwy do zdobycia podczas bitwy.”
Obydwa te cytaty wprowadzają czytelnika w błąd, ponieważ według nich zabijanie lub skalpowanie wrogów równało się ważnością ze zwyczajem zaliczania uderzeń. Wśród plemion, z których zwyczajami jestem zaznajomiony, rzeczywisty kontakt z przeciwnikiem przez dotknięcie go jakimkolwiek trzymanym w ręce przedmiotem lub samą ręką był najdzielniejszym czynem, jakiego mógł dokonać.
Zabicie wroga było rzeczą dobrą, ponieważ to pomniejszało ich liczbę, oskalpowanie wroga natomiast nie było żadnym ważnym wyczynem i w żaden sposób nie przynosiło to zaszczytu. Zabici wrogowie bardzo często byli pozostawieni nieoskalpowani. Jeżeli jednak wróg został oskalpowany, skóra z jego głowy była zabierana raczej jako trofeum (dla udowodnienia swego czynu) lub do specjalnego tańca jako dobry znak a nie jako coś bardzo ważnego. Dotknięcie wroga jakimś przedmiotem trzymanym w ręce, gołą ręką lub jakąkolwiek inną częścią ciała było uważane za dowód odwagi, był to wyczyn, który sprawiał, że mężczyzna lub chłopiec stawał się godnym zaufania.
Kiedy wrogi wojownik został zabity, wszyscy znajdujący się najbliżej zabitego wojownika próbowali jako pierwsi dobiec lub dojechać do niego i dotknąć trzymanym w ręce: strzelbą, łukiem, biczem czy też specjalną laską uderzeń. Liczba zaliczonych uderzeń zależała tylko i wyłącznie od wojownika. Ktokolwiek chciał skalpować to skalpował zabitych, lecz ani zabijanie ani skalpowanie nie było uważane za czyn przynoszący zaszczyt, zaś mężczyzna, który dotknął wroga, zdobywał wyróżnienie.
Według Indian najdzielniejszym czynem było zaliczenie ciosu przez dotknięcie lub uderzenie żywego, niezranionego wroga i pozostawienie go nadal żywego. Taka sytuacja była bardzo powszechna wśród omawianych tu plemion. Bardzo często opowiadanym zdarzeniem był moment, kiedy dwa sobie wrogie plemiona staną naprzeciw siebie i jeden odważny wojownik występował przed swoją linię, szarżował na wroga, przebiegał (lub przejeżdżał) wzdłuż ich linii, uderzał jednego z nich, po czym wracał do swoich. Jeśli natomiast wojownik ten spadł z konia lub jego koń został zabity to cały jego oddział natychmiast ruszał mu na ratunek i przyprowadzał z powrotem do swoich.
Podczas polowania, nie było wcale niezwykłym dla chłopca lub młodego mężczyzny fakt zabicia zwierzęcia, mimo, że nierzadko było to zwierze bardzo niebezpieczne, niezwykłe było to, że mógł na tym zwierzęciu zaliczyć uderzenie. Znam przypadek, kiedy młodzieńcy ścigali czarnego niedźwiedzia po prerii, zabili go swoimi strzałami, następnie podbiegali do niego by zaliczyć uderzenie.
Dowodem odwagi dla wojownika było to, że zdołał on pokonać wroga nie używając przy tym broni. Większym zaszczytem był atak z lancą aniżeli z łukiem i strzałami, jeszcze większym było pójście do walki tylko z tomahawkiem bądź kamienną maczugą, lecz najdzielniejszym czynem był atak nieuzbrojonego wojownika (albo z batem bądź też długą gałęzią – czasami nazywanej laską uderzeń). Przy okazji chciałbym powiedzieć, że nigdy kamiennej maczugi nie nazywano laską uderzeń.
Częstym przypadkiem u Szejenów – w odróżnieniu od innych plemion równin - było to, że mężczyzna, jeśli posiadał swą laską uderzeń i był bez nadziei na powrót do zdrowia, lub zdarzyło mu się jakieś wielkie nieszczęście i był przekonany, że już długo nie pożyje, deklarował wtedy swój zamiar wystawienia się podczas bitwy. W praktyce oznaczało to popełnienie samobójstwa przez desperacki atak na wroga, podczas którego dokonywał kilku odważnych czynów i ginął. Była to oczywiście bardzo honorowa droga do śmierci, chwalebniejsza niż zastrzelenie się, zasztyletowanie się lub powieszenie się. Tak na marginesie warto dodać, że czyny te nie były uznawane za powód do wstydu. Samobójstwo przez powieszenie się było raczej praktykowane przez dziewczyny, których serca zostały złamane przez niespełnioną miłość.
W 1910 żył jeszcze w Montanie człowiek, który gdy miał siedemnaście lub osiemnaście lat, po długiej chorobie, która wydawało się, że nigdy się nie skończy, zadeklarował swemu ojcu chęć wystawienia się. Ojciec zgodził się i podarował swemu synowi najsilniejsze „leki”, jakie miał. Chłopiec wyjechał na południe z wyprawą wojenną, a jedyną bronią, jaką zabrał ze sobą był mały toporek. Gdy zbliżali się do terenów wrogich plemion, spotkali dwóch Indian Omaha, którzy wracali właśnie z polowania. Oboje uzbrojeni byli w strzelby. Szejen uderzył na nich na najlepszym wojennym koniu swojego ojca. Wyminął jednego z wrogów, który próbował go zastrzelić, lecz jego broń nie wypaliła, młodzieniec wykorzystał to i uderzył przeciwnika swoim toporkiem. Drugi z Omachów wystrzelił do Słonecznej Drogi, lecz ten zdążył się schować za swym koniem, po czym Szejen zrzucił wroga z konia. Oboje zostali przez niego zabici. Spełnił tym swoje przyrzeczenie. Powrócił ze swoimi ziomkami do obozu w wielkiej chwale. Podleczył się i dziś, gdy ma około siedemdziesięciu pięciu lub siedemdziesięciu czterech lat ciągle opowiada historię swojej młodzieńczej wyprawy.
Szejenowie uznawali uderzenia wrogów tylko do trzech razy, to znaczy trzech mężczyzn mogło dotknąć ciała wroga i otrzymać za ten czyn jakiś zaszczyt. Zaszczyty były „rozdawane” według takiego porządku, w jakim zostały dokonane uderzenia. Następne uderzenia nie przynosiły już zaszczytu. Arapaho uznawali jeszcze czwarte uderzenie. Podczas bitwy członkowie jednego plemienia uderzali wroga bez patrzenia na to, czy został on już dotknięty przez wojownika z sojuszniczego plemienia. I tak, gdy po jednej stronie w bitwie stali Szejenowie i Arapaho, to na jednym wrogu mogli zaliczyć aż siedem uderzeń. Takie postępowanie wprowadzało nieraz wiele zamieszania, na przykład, gdy w bitwie nad Rio Grande del Norte połączone siły Szejenów, Arapaho, Komanczy, Kiowa i Apaczy pokonały Ute.
Kiedy Szejen dotykał wroga, którego przedtem nikt nie dotknął krzyczał: ah haih’ i wołał: „Jestem pierwszy”. Drugi, który zaliczył uderzenie wołał: „Jestem drugi”. I tak samo trzeci.
Jest oczywiste, że podczas zamieszania w każdej bitwie miało miejsce bardzo dużo pomyłek i jakiś wojownik mógł wierzyć, że on jest uprawniony do honorów, o których inni myśleli, że należą się im. W tym celu po zakończonej bitwie, zwycięski oddział zbierał się wokół ogniska, na którym zazwyczaj gotowała się strawa (najczęściej bizonie mięso). Na ziemi obok ognia kładziono fajkę i strzelbę. Zainteresowani wojownicy podchodzili do ognia i wpierw dotykając fajki informowali o swoim czynie mówiąc: „Jestem pierwszy”, „drugi”, bądź „trzeci”, tak jak to miało miejsce podczas bitwy. Mogło się też zdarzyć, że jakiś inny wojownik sprzeciwił się mówiąc: „Nieprawda, to ja uderzyłem go pierwszy”. Wtedy dochodziło do sporu, ale różnica zdań była regulowana od razu na miejscu.
Często te dyskusje bywały bardzo burzliwe. Przywołam tu przypadek, który zdarzył się pomiędzy Paunisami i o którym swego czasu było bardzo głośno. Pewien Siuks został zabity i kilku wojowników (Baptiste Behele – półkrwi Skidi, pomniejszy wódz oraz chłopak bez znaczącej pozycji) pędzili do ciała, aby zapewnić sobie honor bycia tym, który dotknie go jako pierwszy. Baptiste miał najszybszego konia i dojeżdżał już do ciała, gdy w pewnym momencie jego wierzchowiec potknął się i przewrócił, a więc nie mógł już dotknąć go, choć zrobiłby to gdyby jego koń nie potknął się. Nie był to duży problem dla Indian, którzy jednogłośnie przyznali ten honor młodzieńcowi.
Kiedyś dwóch młodych Szejenów ścigało się, aby dotknąć zabitego wroga. Ich konie biegły równie szybko, chociaż jeden nieznacznie wyprzedzał drugiego. Pierwszy z młodzieńców był uzbrojony w szablę, a drugi, który już prawie wyrównywał, wyciągnął rękę, w której znajdowała się lanca. Szabla była krótsza niż lanca i właściciel szabli miał jedynie szansę na zaliczenie drugiego uderzenia, lecz opuścił swą rękę w dół, chwycił lancę towarzysza i dotknął nim zabitego wroga, czym zapewnił sobie pierwsze uderzenie. Chociaż posiadacz lancy ciągle ją trzymał, to jego ręka na drzewcu znajdowała się za ręką posiadacza szabli i musiał zadowolić cię drugim uderzeniem. Zaliczenie uderzenia lancą było równoznaczne z uderzeniem gołą ręką.
Ktoś, kto był pewny swoich praw oraz był wspierany przez swoich krewnych podczas dyskusji na placu mógł przy ich pomocy formalnie dojść do prawdy. Mógł korzystać także z uroczystej przysięgi. I tak Szejenowie przysięgali przez potarcie Świętych Strzał i mówili: „Strzały, czy mnie słyszycie? To ja to zrobiłem (lub nie)”. Natomiast Czarne Stopy kładli ręce na główce fajki i wtedy przysięgali.
U Szejenów w wypadku sporu, kto i jako który dotknął wroga, wymagano dodatkowej przysięgi. Służyły temu pewne rekwizyty: pomalowana bizonia czaszka (czerwony pasek dzielił ją na pół, biegł od środka pomiędzy rogami aż do otworów nosowych, wokół oczodołów pomalowane były czerwone obwódki, prawa część była czarna a na nim okrągła plama, symbolizująca słońce, a po lewej czerwony księżyc; w oczodoły i nozdrza wetknięta była świeża, zielona trawa), która symbolizowała święty szałas [medicine lodge], naprzeciw niej leżała strzelba i cztery strzały symbolizujące święte strzały Szejenów. Przysięgający mężczyzna brał po kolei wszystkie te przedmioty w ręce i wypowiadał powyższe słowa. Na ziemi obok strzał i strzelby umieszczano również patyki długości jednej stopy, w takiej liczbie ilu zostało zabitych wrogów w bitwie, o której dyskutowano.
W zamieszaniu bitewnym wiele osób zaliczało wiele uderzeń, co powodowało spory, wobec czego przysięga była bardzo pożądana. Na takie przysięgi zbierało się wielu mężczyzn, jak i kobiet, co sprzyjało składaniu świadectw podczas ceremonii. Wódz polecał obwoływaczowi zwołać wszystkie osoby, które domagały się uznania, w porządku, w jakim deklarowane były uderzenia wroga, tzn. wpierw mężczyznę, który uważał, że dotknął wroga pierwszy, później tego, który dotknął jako drugi, itd. Składający przysięgę wojownik podchodził do świętych przedmiotów, wyciągał ręce ku niebu i mówił: Mā ĭ yūn ăsts’ nī āh’tū (Duchowo Siło, wysłuchaj mnie), potem pochylając się kładł rękę na świętych przedmiotach i mówił: Nā nĭt’ shū (Dotknąłem go). Po przysiędze dodawał jeszcze: „Jeśli mówię nieprawdę, mam nadzieję, że wkrótce jakaś kula lub strzała mnie dosięgnie i zginę”.
Potem ze szczegółami opowiadał jak uderzył wroga. Po nim wzywano ludzi, którzy zaliczyli na tym wrogu drugie uderzenie, a potem trzecie i każdy szczegółowo opowiadał swą historię. Po nich wzywano wojownika, który zaliczył pierwsze uderzenie na drugim wrogu, potem tych, którzy dotknęli go jako drudzy i trzeci. Wszyscy roszczący sobie prawa do honorów opowiadali historię swego dotknięcia.
Jeśli w takich warunkach, mężczyzna złożył fałszywe oświadczenie, uważano, że na pewno po jakimś czasie on lub ktoś z jego rodziny umrze. Szejenowie obawiali się skutków przysięgi i nawet, gdy nie byli pewni, czy wszystko było tak, jak deklarowali, nie wstawali, gdy wywoływano ich imię. Z drugiej strony ktoś mógł nieświadomie – z powodu jakiegoś przeoczenia lub pomyłki – fałszywie przysiądz, że był pierwszy. Ktoś mógł także świadomie przysięgać fałszywie. W 1862 roku pewien wojownik spierał się z drugim o honor pierwszego uderzenia. Po roku, gdy Szejenowie odprawiali święty szałas [medicine lodge] nad rzeką Republican, zginął i wszyscy byli pewni, że rok temu kłamał.
Kiedy dwóch mężczyzn usiłowało dotknąć wroga, świadkowie mogli powiedzieć jednemu z nich: „Nie widzieliśmy wyraźnie co zrobiłeś, lecz jesteśmy pewni tego, co zrobił drugi”. W ten sposób można było uniemożliwić komuś zdobycie honoru pierwszego uderzenia. Ludzie, którzy pretendowali do zdobycia uznania byli czynnie popierani przez swoich krewnych.
Jeżeli za uciekającym wrogiem ruszyła pogoń i jeden z wrogów upadł, bądź odłączył się od swego oddziału oraz był już dotknięty trzy razy, unikając przy tym jakiejś poważniejszej krzywdy, i odłączył się od swoich, to można było na nim od nowa zaliczać uderzenia.
Jako przykład osobliwości związanych z zaliczaniem uderzeń na wrogu według zasad Szejenów, można przywołać przypadek Żółtej Koszuli. W wielkiej bitwie nad potokiem Wolf w 1838 roku pomiędzy sprzymierzonymi Kiowami, Komanczami i Apaczami a Szejenami i Arapahami po drugiej stronie, na Kiowie, Żółtej Koszuli, zaliczono dziewięć uderzeń. Kiedy atakowano obóz Kiowów, Żółta Koszula walczył pieszo i tam zaliczono na nim trzy uderzenia, lecz nie odniósł żadnej poważniejszej rany. Później dotarł do swojej wioski, dosiadł konia i wrócił do bitwy, gdzie podczas walki zaliczono na nim kolejne trzy uderzenia. Zaraz potem jego koń został zabity, a on złamał sobie nogę. Strzelając z łuku walczył dalej siedząc na ziemi i znowu dotknięto go trzy razy, po czym zabito. Tak zaliczono na nim dziewięć uderzeń i wszystkie zostały uznane. Innym razem dziewięć uderzeń zaliczono na pewnym Paunisie, lecz zdołał on uciec.
Jeżeli przez jakieś niedopatrzenie trzecie uderzenie nie zostało formalnie zaliczone, to zdjęcie wrogowi na przykład mokasynów, a więc kradzież, uznawano za trzecie uderzenie, ponieważ człowiek, który je zdejmuje, dotyka ciała nieżywej osoby. Uderzenie mogło być zaliczone zarówno na mężczyźnie, jak i na kobiecie i dziecku, ponieważ jeśli kogoś porywano, to najpierw zaliczano na nim uderzenia. Były też inne czyny godne uznania, lecz niemające porównania z honorem dotknięcia wroga. U Czarnych Stóp takim czynem było zabranie tarczy, strzelby, łuku, strzał bądź świętej fajki, przy czym każdemu takiemu wyczynowi mogło towarzyszyć dotknięcie wroga.
Wśród tego ludu bardzo cenione było pokonanie wroga pieszo i w dawnych obrzędach różnych stowarzyszeń często po obu stronach szyi konia malowano czerwone odciski dłoni, co wraz z innymi rysunkami na brzuchu oznaczało kontakt ciała konia z wrogiem.
Wśród Szejenów takim dzielnym czynem było porwanie konia. Jeżeli ktoś dotknął wroga i przy okazji zabrał mu tarczę lub strzelbę, zawsze o tym wspominano. Uderzano w bęben za zaliczenie uderzenia, potem za zdobycie tarczy, potem za zdobycie strzelby i potem – jeżeli wojownik oskalpował zabitego – za zdobycie skalpu.
Wierzę, że głęboki szacunek, jakim się cieszy akt uderzenia wroga, jest pozostałością starego uczucia, które przeważało, zanim Indianie zaczęli używać pocisków, gdy musieli walczyć twarzą w twarz, maczugami lub zaostrzonymi kijami. W takim przypadku tylko ci, którzy się zwarli bezpośrednio, mogli zadać ranę i zdobyć chwałę. Gdy zaczęto stosować strzały, prawdopodobnie ciągle wierzono, że lepiej jest spotkać się z nieprzyjacielem twarzą w twarz, niż zabić go na odległość.
http://assiniboine.republika.pl/old/skalp.htm
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)














.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

